środa, 31 października 2012

FIAC 2012

Jesień w Paryżu to prócz deszczu również Międzynarodowe Targi Sztuki Współczesnej FIAC. Nie sposób ich przeoczyć, jeśli korzysta się z oczu i nóg, tym bardziej, że co roku zataczają szersze kręgi. Miasto obwieszone jest plakatami, wielkogabarytowe dzieła zaczepiają w tzw. przestrzeni publicznej. W Jardin des Plantes (Ogrodzie Botanicznym), Tuileriach, na Placach Vandome i Concorde. Setki dzieł mniejszych rozmiarów można podziwiać i nabywać w nawie Grand Palais, w której tego roku zainstalowali się "galerzyści" reprezentujący twórców z całego świata. 

Otwarci, chłonni, gorliwi paryżanie nie przepuszczą żadnej okazji, żeby się czegoś nowego dowiedzieć, doświadczyć, zainspirować. W weekend wszystkie wymienione wyżej miejsca przeżyły oblężenie. Kilku moderatorów cudem uniknęło stratowania przez uduszenie. Kim jest moderator? Tłumaczem z hermetycznego języka sztuki współczesnej na język nieśmiałka (nieśmiałego człowieka) zagubionego w gąszczu interpretacji. Niwelatorem dystansu pomiędzy artystą i dziełem a odbiorcą. Zazwyczaj studentem historii sztuki, który przybliża zainteresowanym, "co autor miał na myśli". 

Przedstawiam mojego moderatora z Ogrodu Tuileryjskiego:


Świetnie się rozumieliśmy.










Żądnych porządnej relacji z tytułami lub beztytułami dzieł, nazwiskami artystów bardzo uprzejmie odsyłam do bloga Holly.

sobota, 27 października 2012

Dziewczyna Bonda

Uśmiałam się setnie czytając w "Wyborczej" wywiad z gwiazdą Skyfall Naomi Harris.

"Kocham karabiny, chociaż jestem pacyfistką" - powiedziała. Dawno nie słyszałam tak przemyślanej, spójnej wewnętrznie deklaracji...

O tym, jak spotkała Daniela Craiga:
"Pierwszy raz zobaczyłam go idąc korytarzem na przymiarkę kostiumów. Drzwi były uchylone, zauważyłam, że on już tam jest. Zapytano mnie czy chcę dołączyć, ale powiedziałam, że poczekam na swoją kolej. Jednak gdy Daniel zobaczył, że odchodzę, złapał mnie za głowę i powiedział: - Gdzie idziesz idiotko?"

Zdaje się, że Bond natychmiast ją rozszyfrował ;) Nie powinien był jednak łapać dziewczyny za głowę, gdyż mógł poczynić dalsze szkody...

Dalej rozpływa się nad Craigiem:
"Pierwszego dnia zdjęć byłam zdenerwowana, myliłam się w ruchach, zapominałam kwestie, a on brał to na siebie. Mówił: - Sorry, to ja zawaliłem, to ja zapomniałem. Szybko poczułam się lepiej."


Jak dotrze do niej, co nakłapała, poczuje się gorzej.
Właściwie na swój sposób aktorka reklamuje film. Chyba wybiorę się na Skyfall, żeby usłyszeć te trudne do zapamiętania kwestie...

"Czym robienie Bonda różni się od robienia Piratów z karaibów?" - pyta dziennikarz.

"Gdy weszłam w serię "Piratów" oni zdążyli już odnieść sukces, mnóstwo osób było w to zaangażowanych."


No tak, film o agencie 007 to kameralna, skromna produkcja, która dopiero walczy o światową sławę i masową widownię.

"Czy nadawałaby się Pani na prawdziwą agentkę wywiadu?" - pada pytanie.

"Przygotowując się do filmu spotkałam agenta MI6. Powiedział mi, że rekrutują właśnie takie osoby jak ja. Szukają ludzi wyciągających informacje od innych, i to bez użycia tortur, takich, przed którymi wszyscy sami się otwierają. A mnie nieznajoma, nie wiadomo dlaczego, natychmiast mówi: - Niedługo zamierzam się rozwieść."


Moim zdaniem złotousta Naomi Harris nadawałby się bardziej na rzecznika prasowego MI6 ;)

czwartek, 25 października 2012

Smak Belle Epoque

Korzystając z rzadkiej okazji, że akurat nie padało, dopadłam podmiejskiego pociągu i udałam się do centrum miasta Paryża celem obejrzenia kolejnej wystawy. Przystanek Most d`Alma i kilka kroków do avenue Marceau do siedziby Fundacji Pierre Berger Yves Saint Laurent, założonej po śmierci projektanta przez Bergera, jego wieloletniego partnera i współpracownika.

Fundacja zajmuje się spuścizną Laurenta w postaci kilku tysięcy kreacji, kilkunastu tysięcy dodatków haute couture, rysunków stworzonych przez niego na przestrzeni 40 lat. Realizuje projekty kulturalne i edukacyjne. W Palais de Tokyo można do 19 listopada zobaczyć świetne prace powstałe dzięki jej finansowemu wsparciu. Organizuje również czasowe wystawy poświęcone nie tylko modzie. W 2010 roku w Petit Palais pokazano przygotowaną z wyobraźnią, rozmachem i profesjonalizmem Retrospektywę YSL. To wtedy uznałam, że moda może być sztuką, a projektanci bywają artystami. Roku Pańskiego 2012 Fundacja zabiera w podróż w czasy Belle Epoque.



Ekspozycja W stronę Jacquesa Emile`a Blanche`a nawiązuje tytułem do powieści Prousta W stronę Swanna i pozwala przez moment poczuć ducha i materię pięknej epoki. Ze ścian zainscenizowanych salonów i oranżerii patrzą na nas ludzie, którzy byli jej częścią. Kreowali rzeczywistość i sztukęPisarze, poeci, kompozytorzy, tancerze, melancholijne panie z towarzystwa przy fortepianach i lustrach, dandysi z włosami "na przedziałek", wywiniętymi rogami kołnierzyków i kwiatami w butonierkach.


Portret Desiree Manfred pożyczony z internetu. Byłam grzeczna i prawie nie robiłam zdjęć wbrew zakazom. Tylko jedno pamiątkowe, ciemne jak sto diabłów umazanych sadzą.
Blanche (1861-1942) był rozchwytywanym we Francji i Anglii portrecistą, bywalcem bulwarów oraz salonów, przyjacielem artystów i arystokratów. Na wystawie zgromadzono głównie portrety jego pędzla. Pędzla zbyt rzadko oryginalnego zdaniem znawców. (Mnie się podobało, szczególnie kilka zamyślonych kobiet we wnętrzach.) Do cenionych dzieł należy wizerunek zaprzyjaźnionego z malarzem Marcela Prousta. To ulubiony przez autora W poszukiwaniu straconego czasu portret, z którym nie rozstał się do końca życia. Niechaj ów fakt będzie ostateczną rekomendacją ekspozycji, jeśli świeża magdalenka nie zanęciła dostatecznie :)


Odnaleziony w necie

niedziela, 21 października 2012

Dzień w Kąpień (no dobra, Compiegne)

Rządził stąd Ludwik XV i XVI, Napoleon I i III. Teraz króluje już tylko symetria.



















piątek, 19 października 2012

O wszechstronnych

Małżonkowie szli ostatnio Avenue de Villiers i Bee dostrzegła tabliczkę na murze kamienicy.
"Tu mieszkał, pracował i jadał bagietki w latach... obywatel sławny i zasłużony... członek Akademii Francuskiej, inżynier i humanista."

To tak jak ja! - zatriumfował Spider.
- Mghm!! Mghm!!!
- Inżynier z wyboru, humanista z konieczności.

wtorek, 16 października 2012

Okazje w operze

W minioną sobotę od rana lało jak z wiadra. Wszystkie nasze ambitne plany wycieczek do odległych katedr malowanych przez Moneta i pałaców Napoleona rozpłynęły się w deszczu. Jako nagroda pocieszenia pozostał Paryż. Gdy po południu przejaśniło się na chwilę, ruszyliśmy do Opery Garnier, aby zdobyć bilety na wieczorny spektakl baletowy. Pewna dobra dusza zdradziła nam swego czasu, że na godzinę przed przedstawieniem można dostać w kasie wejściówki za przystępną cenę dziesięciu euro. Niestety, nie my jedni wiedzieliśmy o tej okazji. Niestety, było mokro, mroczno i ponuro, więc  wielu wpadło na pomysł umoszczenia się w fotelu pod złotym, suchym sufitem. 

W bocznym wejściu opery ustawił się i usadowił na obitych pluszem ławach długi ogonek chętnych. Japończyków, Chińczyków, Duńczyków zainteresowanych zaliczeniem dowolnych pień lub pląsów, byle w legendarnym budynku paryskiej Opery. Francuzów, którzy zagapili się z wcześniejszym zakupem lub woleli przyoszczędzić na sztuce wysokiej. Tego wieczoru sztuka była najwyższych lotów. Balet George Balanchine oparty w całości na choreografiach tego wybitnego rosyjskiego twórcy zmarłego w 1983 roku.

Strażniczka w granatowym mundurku z krótkofalówką uspokajała, że biletów starczy dla wszystkich, no to czekaliśmy. Tymczasem jedna kolejka do dwóch kas ani drgnęła. Przy okienkach trwały w najlepsze dyskusje pomiędzy niewładającymi językiem francuskim turystami a niewładającymi angielskim ani japońskim sprzedawcami. Jak również pertraktacje pomiędzy obydwoma mówiącymi językiem Baudelaire`a stronami na temat jakości proponowanych miejsc. Wygrzebywanie kart płatniczych z odmętów kieszeni i torebek, przypominanie sobie pinów. Zapowiadało się, że na zaplanowaną kolację nie zdążymy i będziemy wtórować orkiestrze burczeniem żołądków. Postanowiłam wyskoczyć na chwilę nabyć jakieś ociekające masłem pieczywo cukiernicze, żeby uciszyć przewody pokarmowe. Spider został na posterunku z nakazem stoczenia (jakby co) boju o dobre miejsca. "Zresztą zaraz wracam" - rzekłam.

Gdy wróciłam z pożywieniem, Spider stał przed wejściem i powiewał dwoma biletami. Minę miał nietęgą. Zdziwiłam się, ucieszyłam i zaniepokoiłam w odstępach jednosekundowych.
- Dlaczego ty się oddalasz w najmniej odpowiednim momencie???
- Kiedy właśnie moment wydawał się bardzo odpowiedni...
- Najlepsze miejsca, jakie zostały!!" - wręczył mi bilety.

Na pierwszym przeczytałam:
4 balkon, rząd 3, miejsce 1
Widoczność ograniczona

Na drugim:

4 balkon, rząd 3, miejsce 3
Scena niewidoczna

- Eeee... Co znaczy to, co właśnie przeczytałam...?
- Że będziemy słuchać tupania baletu. Ty będziesz widziała pół baletnicy, a ja tylko ciemność. I nie dlatego, że zamknę oczy.

W geście rozpaczy usiłowałam zwrócić te bilety w kasie, ale kasjer nie rozumiał, o co mi chodzi i twierdził, że to świetne miejsca...
Pani bileterka pocieszała, że przynajmniej zobaczymy sobie foyer...
No to weszliśmy.

Najpierw gapiliśmy się na imponujące wnętrza opery i tłum z normalnymi biletami mrowiący się na monumentalnych schodach, potem zajęliśmy się słodkościami, co pozwoliło na chwilę zapomnieć o naszej niedoli. Nie wiadomo kiedy, zrobiło się bardzo późno i należało zająć miejsca. Bądź mądry i znajdź człeku te pokątne fotele na czwartym balkonie, o którym nawet obsługa zdawała się zapomnieć! Nikt nie był nam w stanie powiedzieć, w którą stronę powinniśmy się udać, do którego pudełka wskoczyć. Dzwonek dzwonił przeciągle i ostatecznie, numeracji żadnej ani widu, inni widzowie równie niezorientowani, obsługa nadal zajmowała się parterem (sto euro za bilet), wpadaliśmy przez jakieś drzwi i wypadaliśmy. W końcu wdarliśmy się na balkon położony dokładnie na wprost sceny i zrezygnowani opadliśmy na najbliższe wolne miejsca. I zaczęło się.

Bordowa, fantazyjnie udrapowana kurtyna poszła w górę. Popłynęła harmonijna muzyka Czajkowskiego. W lekkich podskokach wbiegły na scenę rzędy baletnic w zwiewnych, błękitnych sukienkach. Równie błękitna ściana z tyłu stanowiła jedyną dekorację pierwszej części spektaklu - Serenady. Siedzieliśmy osłupiali pośrodku nieba. Z doskonałą widocznością na romantyczne układy Balanchine`a, dziesiątki baletnic przesuwających się w symetrycznie zakomponowanych figurach, stworzonych wręcz do oglądania z góry. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie - parter tego nie widział... W kolejnej części - Agon - ekscytowaliśmy się genialną, energetyczną, nowoczesną choreografią do muzyki Strawińskiego, nagradzaliśmy solistów częstymi, rzęsistymi oklaskami. Po przerwie delektowaliśmy się dowcipem i doskonałym wykorzystaniem rekwizytu (w postaci długiej ni to ławy, ni to drabiny) przy muzyce Prokofiewa w Synu marnotrawnym.
Na koniec oczywiście entuzjastyczne oklaski aż do bólu opuszków palców.

Chyba wybierzemy się do Opery Bastille. Podobno przed spektaklem można tam nabyć bilet za jedyne pięć euro ;)

Jej Wysokość na wysokościach

Galerii mojej ulubionej wieży ciąg dalszy.
Tym razem na suficie Opery Garnier wymalowana przez Marca Chagalla. W lekkim przegięciu, jakby szykowała się do ukłonu po udanym występie.


















sobota, 13 października 2012

Pomocy! Pomocy...

O czym jeden "pam", jak mawia pewien Mały Bandyta, tak smutno i bez nadziei na przyszłość melorecytuje tekstem drugiego "pama"?
O niemożliwym świecie? Niemożliwej kobiecie? Suchym liściu? Zafarbowanym podkoszulku?
Czy przeczucie mnie zwodzi, bo w rzeczywistości opowiada o wakacjach życia na Bahamach...
Radio FIP, do którego z radością powróciłam, wsunęło mi tę drzazgę w ucho.
Może kto językowo wyedukowany ulituje się i wyjmie?? ;)

piątek, 12 października 2012

Maraton-przystanek Maillol

Ledwie zipię, przebiegłam maraton. Wrażeń tyle, że z nadmiaru ręce opadają... obok klawiatury.

Pierwsze kilometry: Fundacja Diny Vierny - Muzeum Maillol



Uchowało się dotąd przed mymi zakusami, choć zdobna rzeźbami i płaskorzeźbami, efektownie oświetlona po zmierzchu "brama" kusiła, żeby zajrzeć głębiej. Brama okazała się XVIII-wieczną Fontanną czterech pór roku, za którą kryje się niewielki dziedziniec otoczony kamienicami. Część z nich wykupiła w latach 90. Dina Vierny modelka i muza Aristida Maillola, celem utworzenia muzeum upamiętniającego tego rzeźbiarza i malarza. Historia 15. letniej dziewczyny, która przywróciła natchnienie 73. letniemu artyście, stając się dla niego ucieleśnieniem ideału piękna, zasługuje na odrębną opowieść.


Aristide Maillol
Les deux Dina, 1939 
Huile sur toile, 130 x 98 cm 
© Adagp Paris 2012
Aristide Maillol, Dwie Diny, 1939, zdj. pochodzi z oficjalnej strony muzeum
Poza dziełami Maillola muzeum posiada kolekcję malarstwa nowoczesnego, m.in. płótna malarki prymitywistki Séraphine Louis (1864–1942), zwanej Serafiną z Senlis. Niedawna wizyta w Senlis przypomniała mi tę postać i zapragnęłam stanąć oko w oko z jej twórczością. Tymczasem zamiast kwiatów Serafiny, naoglądałam się gołej Diny i słonecznej Wenecji.
Pojęcie "stała kolekcja" sprawdza się w niewielu paryskich muzeach. Obrazy wędrują z parteru na piętra, z magazynów na ściany i odwrotnie. Podróżują między budynkami, miastami, kontynentami, wypożyczane na wystawy. Nie mają szansy pozostawić jaśniejszego kształtu na ścianie.

Serafina musiała ustąpić miejsca włoskiemu miłośnikowi miejskiej architektury. W Maillolu trwa czasowa wystawa Canaletto w Wenecji, która niczym wehikuł czasu przenosi do osiemnastowiecznej Serenissimy. Malowanej z wielką dbałością o detale architektoniczne i barwy budynków, o czym świadczy eksponowany brulion malarza ze szkicami miejsc i adnotacjami na temat kolorów ścian, proporcji budynków. Fascynująca jest możliwość obserwowania teatru codziennego życia toczącego się na wodach kanałów, ulicach i placach. Kupców, żebraków, sędziów, mieszczki, damy i gondolierów zajętych swoim tu i teraz.


Zdj. z netu

czwartek, 11 października 2012

Smacznego...

Uwaga: Wpis zawiera treści drastyczne.

Wieczorem
Spiderowi zapodziała się karta do firmowej kantyny. Szukał, szukał, nie znalazł. Poprosił Bee o przyrządzenie kanapek do pracy. Naprodukowała górę estetycznych-apetycznych sandwiczy. Owinęła folią, włożyła do woreczka i do lodówki.
Nazajutrz z rana
Po Spiderze nie ma śladu, na lodówce leżą kanapki. Niezły początek thrillera a la późny Hitchcock lub środkowy Polański.
W okolicach południa
Bee otrzymuje wiadomość ze zdjęciem. W tytule czyta: Lunch zakręconego naukowca.



Spider chwycił z lodówki końcówkę chleba, zamiast kanapek, które zresztą chwilę wcześniej wyjął, co świadczy, że jakiś kontakt z rzeczywistością zaistniał. Pomimo licznych przeciwności losu, postanowił nie poddawać się. Przyrządził sobie barszczyk z torebki, przeciął piętkę nożykiem do papieru i voila!

Pomiędzy małżonkami wywiązała się następująca wymiana mejli:

Bee: "Mam nadzieję, że nożyczki widoczne na zdjęciu, to nie groźba popełnienia seppuku po kiepskim żarciu..."

Spider: "Raczej myślałem o obcięciu języka. Po tak wykwintnym daniu warto pozbyć się smaku, aby ten ostatni pozostał na całe życie..."


Happy end: odnalazła się karta stołówkowa

sobota, 6 października 2012

Palais de Tokyo

Wybudowano go na Międzynarodową Wystawę Sztuki i Techniki, która odbyła się w 1937 roku. Zwał się wtedy Pałacem Muzeów Sztuki Nowoczesnej.  Otwarcia dokonał sam prezydent Francji Albert Lebrun. Zachowało się z tego wydarzenia oraz okresu budowy sporo zdjęć i kronik filmowych, które około roku temu prezentowano na niewielkiej wystawie w Musee d`Art Moderne.

Obecnie Palais de Tokyo mieści w dwóch niezależnych skrzydłach dwie niezależne instytucje kulturalne - miejskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej (od 1961) i państwowe miejsce prezentacji sztuki współczesnej, awangardowej i eksperymentalnej (od 2002), zwane Palais de Tokyo. Tu pojawia się ambaras z gatunku, co było pierwsze - jajo czy kura. Imię skrzydła rozszerzyło się na pałac, czy pałac zredukowano do skrzydła? Wiem na pewno, że nazwa pochodzi od Avenue de Tokyo, która biegła pomiędzy budowlą a Sekwaną. W 1945 aleję przemianowano z Tokyo na New York - prawdopodobnie na fali powojennej sympatii dla amerykańskiego sojusznika i niechęci do japońskich kamikadze. Straszne zamieszanie z tym Tokio w Paryżu...

Monumentalna, surowa architektura, miejscami remontowane, niedokończone wnętrza Palais de Tokyo zapraszają wyobraźnię twórców i odwiedzających do współpracy. 







Fabrice Hyber
Fabrice Hyber
Projekt Jonathana Bineta Dancefloor wchodzi w dowcipną interakcję z niedoskonałą, remontowaną przestrzenią klatki schodowej. Chwilami trudno stwierdzić, gdzie kończy się remont a zaczyna dzieło sztuki, które fragmenty są efektem pracy artysty malarza, które malarza pokojowego, a gdzie domorosły grafficiarz dorzucił swoje trzy grosze. Cudowne przemieszanie pojęć.





Poniżej fragmenty wystawy monograficznej Fabrice`a Hybera.




"Napisz, że mają wygodne, skórzane kanapy, na których można się zdrzemnąć czekając na żonę, która nadmiernie interesuje się robotą innych facetów..." - powiedział Spider. No to napisałam.

wtorek, 2 października 2012

Z Tokyo...

Jej Koronkowa Wysokość zagląda w okna Palais de Tokyo.
Urzekająca z każdej perspektywy.


poniedziałek, 1 października 2012

Pogwarki o temperaturze

Znana Wam skądinąd parka chodzi po kolejnym parku. Tym razem wokół pałacu Chantilly. Pogoda zmienną jest. Niebo chmurzy się i rozsłonecznia, temperatura pikuje w dół lub momentalnie rośnie. Trwa w najlepsze zabawa, w której Bee bierze aktywny udział. Wkłada, zdejmuje i wkłada płaszczyk, mota chustę wokół szyi i rozsupłuje, zapina i rozpina koszulę... Raz jej za zimno, to znów za gorąco.
W końcu Spider pyta:
- A może ty jesteś zmiennocieplna, gadzino?







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...