środa, 31 sierpnia 2011

Prowansja - Dzień drugi - Orange i inne

Słońce na śniadanie:

Spider pochłonął croissanty odejmując odrobinę smakowitości zdjęciu.
"Piękna jest ta kraina" - pozwolę sobie zacytować słowa taty przyjaciółki.

Rzymski amfiteatr w Orange. Ma prawie 2000 lat a nadal stoi i znosi tysiące turystów rocznie oraz operowe pienia sezonowo. Ave Cezar za rozmach architektoniczny i solidne budownictwo!

Prowansja - Dzień pierwszy - Awinion


W końcu wytropiłam błękitne niebo! Proszę o przekazanie starszemu panu z Trieru, że die Sonne ukryło się w Prowansji :)



czwartek, 25 sierpnia 2011

Małżeńskie pogwarki

Będąc wczoraj na spacerze ujrzeliśmy biegnące przez trawnik sympatyczne, szaro-brązowe ptactwo, przypominające niewielkie kuraki.
- Czy to są przepiórki?? - zakrzyknęła Bee uradowana bliskim spotkaniem z dziką przyrodą.
- Możliwe - odkrzyknął Spider - bo wyglądają smacznie!

Na jego usprawiedliwienie nadmienię, że przepiórki widział tylko na talerzu w jednej z paryskich restauracji.


P.S. A teraz ewakuuję się z mieszkania w trybie natychmiastowym!! Wstrętni kosiarze od rana maltretują osiedlowe trawniki... Wywołałam wilka z lasu... Ratuj się, kto możeee!!!!

wtorek, 23 sierpnia 2011

Prośmy, a nie będzie nam dane

... w każdym razie nie to, na czym najbardziej nam w danym momencie zależy. Dostaniemy coś z drugiej pozycji listy, z piątej lub dziesiątej, nigdy z pierwszej. Z pierwszej, owszem, możemy dostać, kiedy przestanie nam zależeć. Można spróbować fortelu z udawaniem, że nie zależy, kiedy jeszcze zależy, ale do tego trzeba być tak przekonującym, że samemu straci się rozeznanie, czy zależy, czy nie zależy. Najwygodniej i najzdrowiej zaś przyjąć teorię, że nie ogarniamy, nie rozumiemy wszechświata i nie wiemy, co dla nas dobre...

Po tym długim, mętnym i niepotrzebnym wstępie przejdę do rzeczy.
Ma chere soeur wpadła z wizytą na kilka dni. Celem nr 1 jej pobytu w fascynującym mieście Paryżu było spać, spać i jeszcze raz spać, oczywiście przynajmniej do południa, gdyż jako młoda mama cierpi na chroniczne braki w tej dziedzinie.

Poranek pierwszy
Na zazwyczaj sielankowym, cichym i spokojnym osiedlu, które zamieszkujemy, przypadł akurat dzień wywożenia wielkogabarytowych śmieci (wypada mniej więcej raz na dwa miesiące) i akurat sąsiad z naszej bramy znalazł co nieco do wyrzucenia, więc od wczesnego poranka zasuwał terkoczącym na asfalcie wózkiem do śmietnika i z powrotem, do śmietnika i z powrotem. Miał dużo rzeczy i mały wózek. Ledwie skończył, przyjechało pogotowie po obłożnie chorego staruszka z ostatniego piętra. Znoszą go waląc noszami o poręcze i zabierają w nieznanym mi medycznym celu do szpitala raz na jakiś czas. Ten raz nastąpił akurat pierwszego poranka ma soeur w słodkiej Francji.

Poranek drugi
Do akcji wkraczają ponurzy kosiarze. Wyrwana brutalnie ze snu ma soeur sądzi początkowo, że właśnie Kadafi zaatakował Francję. Z trudem udaje się jej wytłumaczyć, że jest bezpieczna.
(Teraz nastąpi opowieść, którą chciałam już dawno rozsnuć. Zamiłowanie Francuzów do krótko przystrzyżonych trawników wychodzi mi już ... uchem. Jak tylko trawniki na osiedlu zaczynają wyglądać po ludzku, znaczy po łąkowemu, pojawiają się ponurzy kosiarze ze swoim wysoce wyspecjalizowanym sprzętem i ścinają niewinne główki stokrotek, koniczyn i mleczopodobnych kwiatków, które otwierają żółte oczy, kiedy świeci słońce. Kosiarze nie znają litości. Najpierw skracają brzegi trawników kosiarą-kółkiem na metalowym drągu, potem kosiarą-wózkiem jeżdżą po pagórkowatych obszarach, następnie kosiarą-samochodzikiem traktują duże, płaskie powierzchnie. Na koniec dmuchawą sprzątają cały bałagan. Wszystkie te urządzenia generują po-twor-ny hałas. Kosiarze pracują w ochronnych słuchawkach, ale chorobę słuchu przypisywaną pniom mają na starość gwarantowaną. Mieszkańcy osiedla zamykają w tym czasie okna, spuszczają rolety i wyjeżdżają z wizytą do rodziny, ja zbieram manatki i pędzę na pociąg do Paryża. Rozumiem, że duma narodowa nie pozwala przedkładać łączki w angielskim stylu nad francuski trawnik, ale czy nie można by było zatrudnić do tej roboty człeka z kosą i człeka z miotłą??? Byłoby szybciej i ciszej. Ach! ta modernizacja!!)

Noc trzecia
Pełnia księżyca. Ma soeur źle sypia przy pełnym księżycu.

Noc czwarta
Ma soeur denerwuje się przed lotem powrotnym, co fatalnie wpływa na jakość snu.

Konkluzja
Cel nr 1 nie został zrealizowany, ale cel nr 2, czyli wieża Eiffla, wszystko zrekompensował :) Wszechświat wie lepiej - wyspać to się człowiek zdąży na emeryturze, ostatecznie snem wiecznym...

niedziela, 21 sierpnia 2011

Co mają mosty do szczęścia?


Pomstowałam swego czasu na blogu na paskudny balast na Moście Tumskim we Wrocławiu. Niniejszym przedstawiam paryski Pont de l`Archeveche. Moda na kłódki zakochanych wygląda na powszechną i rozwojową, wykazuje nawet dążenie do odrobiny finezji i indywidualizmu poprzez doczepianie wstążek, kawałków materiałów lub folii. Muszę przyznać, że ten most wygląda malowniczo, co nie zmienia mojego stosunku do tego zwyczaju.

Ze zgrozą obserwuję jak piękny Pont des Arts zarasta paskudztwem z drugą prędkością kosmiczną. Chyba zainwestuję w jakiś sekator albo gigantyczne nożyce ;)

Skąd się wzięła ta moda na przerzucanie odpowiedzialności za powodzenie związku na mosty? Te ostatnie noszą wystarczająco dużo ludzkich ciężarów... Jak na razie przybywa kłódek i ... rozwodów. A może gdyby zakochani i małżonkowie od początku skoncentrowali się na sobie, zamiast na jeżdżeniu po sklepach z żelastwem... No, ale co ja tu będę gdybać ;)

P.S. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu... Plaga bierze swój początek w Wiecznym Mieście, którego władze wzięły się, na szczęście, za porządki, o czym tu.

czwartek, 18 sierpnia 2011

POEZJA SUMO

Uwielbiam japońskie zawody sumo. Wywodzą się one z rytualnych obrzędów szinto, są nierozerwalnie związane z Japonią i najlepiej oglądać je w Japonii, bo tylko tutaj ujawniają pełnię swojego bogatego, złożonego smaku.

Fascynuje mnie w sumo połączenie prostoty i wyrafinowania. Pierwotna siła ujęta w karby duchowego obrzędu. (Japończycy wydają się być specjalistami od takiego właśnie mariażu. Wystudiowana, świadoma, celowa prostota ich ogrodów, ceramiki, architektury sięga jednocześnie najwyższego poziomu wyrafinowania.)

Sumici są niczym kapłani szintoizmu, na których podczas rytualnych starć w uświęconym kręgu spływa odrobina boskości. To istoty potężniejsze ciałem i duchem od przeciętnych członków społeczeństwa. Stanowili przez wieki i dla wielu nadal stanowią obiekt uwielbienia i fascynacji. Dla pokolenia ojców, dziadów i pradziadów byli wzorem cnót wszelakich. Czy dlatego, że brali sprawy w swoje mocarne ręce i zaciekle walczyli o miejsce w rankingu, zamiast potulnie poddawać się hierarchii? Czy oglądanie starć sumitów dawało upust społecznym frustracjom i pozwalało odreagować nacji, która zamiast śmiało stawać na otwartym polu zawodowym i towarzyskim, we dnie siedzi jak mysz pod ... biurkiem, wieczorami samotnie pogryza przed telewizorem suszone ośmiornice?
Zawody odbywają się co drugi miesiąc, w największych miastach Japonii - w Tokio (styczeń, maj, wrzesień), Osace (marzec), Nagoi (lipiec) oraz Fukuoce (listopad) - żeby cały naród mógł nacieszyć oczy widokiem ulubieńców. Turniej trwa 15 kolejnych dni. Każdy z zawodników dwóch najwyższych dywizji stacza jedną walkę dziennie (w sumie 15 walk), natomiast zawodnicy niższych dywizji toczą po 7 walk.

Wczesnym popołudniem ścierają się niżej notowani, "chuderlawi", początkujący. Na widowni wiele pustych miejsc, przeważają emeryci. Prawdziwa uczta dla oczu zaczyna się około trzeciej popołudniu! Widownia pełna, choć bilety w cenach nierozsądnych. Na scenę/ring wkraczają giganci. Wielkie brzuchy, niezłe piersi, potężne uda. Jedyny strój sumity to oryginalne stringi. Składają się z szerokiego pasa, podtrzymującego brzuch, i drugiego, osłaniającego precious i znikającego między pośladkami. Funkcję osłony pełnią bardzo skutecznie - kompromitacje się nie zdarzają. Do tychże majtek przymocowane są jeszcze w okolicach bioder wyplatane ze sznurka długie “frędzle” – niby przetrzebiona afrykańska spódniczka. Stanowią element uprzykrzający walkę. Obu stronom. Zgodnie z panującymi regułami zawodnicy odczepiają je po, lecz najczęściej odpadają w trakcie.

Przeciwnicy wkraczają dostojnie do kamiennego kręgu, wysypanego białym piaskiem. Zajmują pozycje wyjściowe, tzn. przykucają naprzeciw siebie. Walka rozpocznie się w momencie, gdy obie ręce obydwu zapaśników dotkną podłoża. I tu zaczyna się gra wstępna - na nerwach przeciwnika oraz widzów. Już brakująca ręka ma się zetknąć z ringiem, widownia z zapartym tchem czeka na tygrysi skok i zwarcie dwóch ciał w uścisku, kiedy nagle właściciel brakującej ręki rozmyśla się, wstaje i odchodzi w swój “róg”. Podanym przez asystenta ręcznikiem wyciera pot spod pach, następnie tym samym ręcznikiem twarz (uwielbiam sumo:). Uderza z całych sił w pas, klepie się po udach i pośladkach, groźnie pokrzykuje. To zapożyczona ze świata zwierząt demonstracja siły, próba zastraszenia adwersarza. Adwersarzowi nie pozostaje nic innego jak również rozprostować nogi, z mocą klepnąć się tu i ówdzie, huknąć w odpowiedzi. Obaj sięgają po sól i ciskają ją obficie na ring. Soli przypisuje się w szintoizmie moc oczyszczania,  odstraszania złych mocy.

Niektórzy sumici rozmyślają się przed walką po kilka razy. Jeden kaprysi, to i drugi nie pozostaje dłużny. Przyczyn można się tylko domyślać. Kilka przykładowych: „Niegotowy.”, „Wytrącony z równowagi jego poprzednim odejściem.”, „Ja tu będę dyktował reguły gry”, „Najpierw go wkurzę, zdekoncentruję, potem pokonam.”, „Niech publiczność ma trochę zabawy.” Im wyżej notowani zawodnicy, tym dłuższa gra wstępna. Widownia wyje, klaszcze, domaga się kulminacji. Wreszcie następuje zwarcie..., aby w przeciągu kilku sekund wyłonić zwycięzcę.
Wymagająca i wyrobiona przez stulecia publika nagradza go oklaskami o natężeniu zależnym od otrzymanych bodźców wzrokowych. W przypadku zawodu zgotowanego przez faworyta, na ring fruną dziesiątki cieplutkich poduszek wprost spod siedzeń rozczarowanych widzów.

Swoją drogą widz musi być czujny i skupiony, nie odwracać się w niewłaściwym momencie do sąsiada, nie jeść zaglądając w paczkę suszonych rybek (konsumpcja dozwolona) i najlepiej nie mrugać oczami, w przeciwnym razie może przegapić całą walkę. I pozostanie mu obejrzenie skrótów w telewizyjnych wiadomościach sportowych.

Ogólnokrajowy kanał NHK transmituje wszystkie zawody na żywo. Atmosferę jakimś sposobem również udaje im się przetransmitować. Zaletą oglądania takiego przekazu są przepiękne zbliżenia, liczne powtórki finału z różnych punktów widzenia oraz spowolnione ujęcia napiętych mięśni, drgającego nadmiaru tkanki tłuszczowej oraz bogatej mimiki sumitów. Poezja!!!

Przedłużanie starć poprzez długi wstęp ma głęboki sens z punktu widzenia marketingu. Gdyby sumici rzucali się na siebie bez finezyjnego wprowadzenia, walki zakończyłyby się w godzinę i wszyscy by na tym stracili. Zapaśnicy mieliby zaledwie kilka sekund na zaprezentowanie budowanych z poświęceniem zdrowia ciał, widzom odebrano by połowę przyjemności, co doprowadziłoby organizatorów do bankructwa a zawody odbywałyby się raz do roku dzięki sponsoringowi Cesarza.
Nie sposób nie wspomnieć na koniec o malutkim sędzim, który miota się pomiędzy olbrzymami. Wygląda na to, że ten zawód, przekazywany z pokolenia na pokolenie, uprawiają rody bardzo niepozorne wzrostem. Taka ludzka drobina zajmuje niewiele miejsca w kręgu, poza tym doskonale kontrastuje z zapaśnikami, zarówno masą ciała, jak i ubiorem. Sędzia, stanowiący podobno na ringu odpowiednik kapłana szinto, wystrojony jest jak kogucik na randkę. Ramiona bluzy przypominają rozpostarte skrzydła, nakrycie głowy zawadiacki grzebień, szerokie szarawary są jak nastroszone pióra. A jakie zestawienia kolorystyczne! Pomarańcz, zieleń, czerwień, błękit, wzory i kolory. Ten strój przerasta małego człowieka i równoważy nagość sumitów. Doprasza się uwagi, a i tak ginie pośród zmagań wielkoludów.

Uwielbiam sumo.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Plażowanie w Paryżu

Francuzi są ekspertami od zagospodarowywania wolnego czasu. Na plaży nad Sekwaną na nudę narzekać nie można.
Można natomiast poczytać...


Pospać będąc tubylcem...


i będąc japońskim turystą, który, jak już wspominałam przy innej okazji, potrafi beztrosko zasnąć na ławce przy głównym deptaku, a cóż dopiero w tak luksusowych warunkach...


Można dać się wymasować...


Pozwolić się zrosić...

Może nie wygląda, a jest przyjemne jak... spacer w chmurach.
Posłuchać bossa novy...


lub pośpiewać francuskie piosenki...



Ta aktywność cieszyła się największą popularnością. Większość Francuzów nie potrafiła oprzeć się pokusie przystanięcia i zaśpiewania przynajmniej kilku melodyjnych, skocznych lub rzewnych piosenek z repertuaru Piaf, Brela, Gainsbourga. Najzagorzalsi śpiewacy, trzon chóru, skoncentrowali się przy pianinie. Nieco dalej zaczęły tworzyć się małe centra taneczne, babcie z wnuczkami, dzieci z mamami, mężowie z żonami.
Można było jeszcze pograć w bule...


Pomachać do przepływających statków wycieczkowych...


Zbudować zamek z piasku...


Brakowało tylko sprzedawców "świeżych, pysznych jagodzianek" ;)

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Letnio w stolicy i wokoło

W weekend wznowiliśmy stare praktyki - podróże nieduże. Żadnego sprzątania, zakupów, byczenia się na kanapie, choć niektórzy z nas uważają tę ostatnią "aktywność" za godną uwagi:) Odwiedziliśmy Paryż, Narodowe Muzeum Ceramiki w Sevres :D, bazylikę Saint Denis i opactwo Royaumont.

W Paryżu zapanowały wakacyjne klimaty. Zdziesiątkowana populacja, mniej samochodów, nawet turystów jakby ubyło, choć to akurat mogło być kwestią wrednej pogody i ukrycia się tych ostatnich w suchych wnętrzach Luwru i Muzeum d`Orsay. Wiele restauracji, co drugi sklep z antykami, co trzecia galeria sztuki są okratowane, zamknięte na trzy spusty, a na drzwiach wisi karteczka "Wracam we wrześniu".

Paryżanie stadnie porzucają kamienną metropolię w sierpniu. W zamierzchłych czasach, gdy lato miewało cechy właściwe tej porze roku, taki wyjazd był ucieczką przed uciążliwym miejskim upałem. Obecnie jest raczej desperackim poszukiwaniem cudownego miejsca na ziemi, gdzie temperatura powyżej 25C utrzymuje się dłużej niż jeden dzień. Dlatego trzy czwarte mieszkańców Ile de France można obecnie spotkać w Prowansji lub na Lazurowym Wybrzeżu.

Tym, których nie stać na wakacje na Południu, pozostaje plaża usypana na nabrzeżach Sekwany i zawsze mogą liczyć na słoneczne kolory klombów w Ogrodzie Luksemburskim. Zdjęcia zrobiono przy łaskawszej aurze.




Muzeum Ceramiki... Piękna kolekcja fajansów i porcelany. Trzeba by tam spędzić tydzień i mieć pamięć z gumy, żeby zapamiętać każdą misternie wymalowaną filiżankę, talerz, wazę... Tu przerwę, gdyż mam litość dla Czytelnika...

W bazylice Saint Denis na północ od Paryża znajdują się imponujące grobowce większości francuskich królów. Artystyczny wyraz wielu rzeźb robi wrażenie na wrażliwym śmiertelniku. Miasto Saint Denis również wywarło na nas wrażenie wielością ras, tonami papierów i śmieci, pozostałych po niedzielnym targowisku, położonym niedaleko bazyliki ponurym, betonowym centrum handlowym-osiedlem mieszkaniowym w stylu wrocławskiego Manhattanu, no i dookolnymi blokowiskami, na których często gotuje się młoda krew... Mieszkać to bym w Saint Denis nie chciała... W samo południe nie czułam się zbyt pewnie...



Cysterskie opactwo Royaumont pięknie położone wśród lasów, jeszcze dalej na północ. Ulga dla oczu, płuc i wyobraźni. Powstało w 1228, ale czas nie obszedł się z nim łaskawie. Budynki jak ludzie, każdy ma swój los. Nieliczne dożywają sędziwego wieku w dobrej kondycji. W czasie rewolucji część zabudowań zniszczono, reszta służyła za przędzalnię, sierociniec. W latach 30. ubiegłego wieku prywatni właściciele podarowali opactwo państwu, działająca tam obecnie fundacja organizuje warsztaty muzyczne, koncerty.

Harmonijna fasada ze sklepioną bramą prowadzącą na wewnętrzny dziedziniec emanuje spokojem. Bramę główną zamykają o 18, ale nikt nie ponagla do wyjścia, więc zalegliśmy na ławce, pogryzając gorzką czekoladę na zmianę z serem Beaumont de Savoie i gapiliśmy się - Bee w przeszłość, Spider w przyszłość.

Harmonia symetrii

Refektarz
Tyle zostało z klasztornego kościoła

czwartek, 4 sierpnia 2011

wrocławskie zdziwienia

Po kilkumiesięcznej niebytności we Wrocławiu, porównania z paryską rzeczywistością same się narzucają, naprzykrzają. Po standardowych dwutygodniowych wakacyjnych wyjazdach nic podobnego się nie działo. Kilka tygodni to widocznie za krótko na uzyskanie odpowiedniego dystansu, odcięcie pępowiny.
W kwietniu uderzyła mnie mała skala miasta, kameralność Rynku, który zawsze wydawał mi się okazały, i tych kilku ulic wokoło. Tym razem nie odnotowałam podobnego wrażenia. Być może dlatego, że przez dwa dni po przyjeździe oglądałam miasto fragmentami - spod krawędzi parasola i między strugami deszczu, zaś pierwsze, świeże odczucie jest w tym przypadku kluczowe. (A propos deszczu czy szerzej pogody - pierwszy raz w życiu nosiłam zimową kurtkę w lipcu!!! Rozpiętą, ale jednak. Wo ist die Sonne??? - powtórzę za starszym panem, który skierował to pytanie do kolegi idącego drugą stroną ulicy w starożytnym mieście Trier. Nic dodać, nic ująć. Ostatecznie można dodać dla zwiększenia dramatyzmu kilka znaków zapytania. Trzy czwarte Europy stawia to pytanie sędziwemu, brodatemu panu...)

Znowu pojawiła się lekka konsternacja, że w miejscach publicznych, na ulicy wszyscy rozumieją, o czym mówimy, dlatego należy poddawać cenzurze pewne wypowiedzi, żeby nie wyjść na ekshibicjonistę, eliminować uwagi na temat zachowań niektórych bliźnich, żeby nie oberwać, no i unikać potyczek słownych z mężem. W Paryżu nawet wśród tłumu pozwalamy sobie na swobodny strumień świadomości, zwiększoną czujność wykazując jedynie w miejscach oblężonych przez turystów, bo Polaków jest wśród nich sporo. Zresztą mamy już niezłą wprawę w rozpoznawaniu rodaków po swojskiej, słowiańskiej urodzie.

Co mnie naprawdę drażniło we Wrocku, to czerwone światła na przejściach dla pieszych... oraz fakt, że ludzie stoją i czekają na zielone... Nawet gdy nic nie jedzie!!! (A jest we Wro kilka miejsc, które świętego Antoniego doprowadziłyby do ataku furii.) W Paryżu mieszkają sami daltoniści, więc nikt się kolorami sygnalizacji na przejściach nie przejmuje. Początkowo z niedowierzaniem przemieszanym z podziwem patrzyłam na paryżan łamiących prawo na oczach policji. Daltonizm okazał się zaraźliwy, żandarmi ewidentnie niezainteresowani. Obecnie jestem przekonana, że paryskie prawo mówi: Sugeruje się, żeby nie wkraczać na jezdnię na czerwonym świetle. Sugeruje się, żeby we własnym interesie nie ładować się pod nadjeżdżające samochody.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Dzień dobry, cześć i czołem!

Melduję nieposłusznie, że owadzia rodzina odwiedziła znowu Wrocek, bo taką miała potrzebę i fantazję. Na miejscu potrzeba okazała się głównie domeną Spidera, fantazja przypadła w udziale Bee :)

Spider kupował nowego GPSa, gdyż stary odmówił współpracy, oddawał aparat fotograficzny do czyszczenia, ponieważ uległ rozszczelnieniu, gdy Bee robiła zdjęcia wystawiając go przez okno pędzącego samochodu, pucował auto i oddawał do przeglądu, wieszał żyrandol, wymieniał żarówki, wieczorami dla relaksu przeprowadzał obliczenia numeryczne. Na obiad jadał samotnie kanapki z pysznego polskiego chleba z ohydnym polskim żółtym serem.

Bee, zarzucając zupełnie obowiązki gospodyni domowej, latała całymi dniami z prędkością odrzutowca po mieście, po kinach, po antykwariatach i placach zabaw z Małym Bandytą, czyli półtoraroczną siostrzenicą.

Na festiwalu Nowe Horyzonty upolowała kilka świetnych filmów (irańska Separacja, włoski Obiad w środku sierpnia, Pina w 3D). Na giełdzie staroci wyszperała francuską litografię, jakiej na darmo szukała we Francji, przedstawiającą scenę z osiemnastowiecznej komedii Fanfan i Colas. Niesamowite, jak przedmioty podróżują! Paradoksalnie trzeba przyjechać do Wrocławia, aby stać się szczęśliwą posiadaczką dziełka francuskiego grawera...


Odmeldowuję się i udaję na zasłużony odpoczynek. W ramach pokuty za wrocławskie "obiboctwo" od dwóch dni w Gif latam z odkurzaczem, Cifem, piorę, suszę i przyrządzam czasochłonne indyjskie potrawy.
Cd(oczywiście)n
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...