poniedziałek, 21 lutego 2011

My, tubylcy...

Z Gif do Paryża najczęściej udajemy się szybką kolejką, zwaną RERem B, która zaczyna się na lotnisku Charles de Gaulle, przecina Paryż zatrzymując się m.in. na stacji Luxembourg, Saint Michel/Notre Dame, Gare du Nord (brzmi pięknie, nieprawdaż?; dlatego wymieniam:) i mknie dalej na południowy - zachód, czyli w nasze rejony.

Jazda RERem zapewnia integrację z wielokulturowym francuskim społeczeństwem, całą gamę doznań nieestetycznych (brudne jak niepoświęcona ziemia siedzenia, wymazane sprejami, porysowane kluczami okna), przeżyć estetycznych (modelki siedzące na tych brudach, miasteczka za oknami), obserwacji obyczajowych (Arabowie w "piżamach"), jak również dramatycznych zdarzeń typu stan przedzawałowy w pociągu lub samobójca pod pociągiem.

Tym razem skupię się na obserwacjach obyczajowych. Pewnego letniego razu w drodze powrotnej do Palaiseau, gdzie mieszkaliśmy przed przeprowadzką do Gif, usiadły naprzeciw nas dwie czarnoskóre, a właściwie czekoladowoskóre kobiety z małą dziewczynką. Panie były zadbane niczym choinki w Wigilię. Ubrane w suknie charakteryzujące się ... nadmiarem ... bogactwem ... wszystkiego. Znalazło się tam miejsce na kolory, wzory, złote nici, srebrne nici, koraliki i szkiełka. Na głowach tkwiły fantazyjne turbany, w uszach, na rękach i szyjach złota biżuteria.
Dziecko było ubrane skromniej, natomiast miało zaplecionych na głowie kilkanaście mini-warkoczyków przewiązanych kolorowymi gumkami. Rosły mu zęby, więc wkładało całe dłonie do buzi, ślina płynęła po brodzie, po rękach, nogach. Nie odrywało oczu od Spidera, który nieco speszony tym zainteresowaniem, wpatrywał się w okno i dyskretnie usuwał kolana spod ... nadmiaru śliny. Od czasu do czasu przenosił wzrok na małą i robił głupie miny.

- Ile maluch ma lat? – zagaiła rozmowę Bee.
Panie nie znały angielskiego.
- Dziewięć miesięcy – odpowiedziały rękami.
- A skąd jesteście? - pałała chęcią dowiedzenia się, w którym afrykańskim kraju kobiety noszą tak bajeczne stroje.
- Z Les Ulis. (Miasto pod Paryżem.)
- Aha… Mhm… - zrobiło jej się głupio, bo może one czują się Francuzkami, a tu się im imputuje Afrykę. Mogły również nie zrozumieć pytania.
- A wy skąd jesteście? – zainteresowały się.
- Z Palaiseau…
W którym właśnie zatrzymał się pociąg.
Tośmy sobie porozmawiali, my tubylcy.

piątek, 18 lutego 2011

Słówko o "byczeniu"

Gdy jechali do Giverny, uwagę Bee zwróciły krowy koloru kawy Z MLEKIEM ;)  na pastwiskach po obu stronach drogi. Coś jej nie pasowało w tym obrazku.  Przyjrzała się uważniej. Wszystkie leżały. I nie były to krowy.

Jasne jak słońce stało się pochodzenie i znaczenie wyrazu „byczyć się”. Postanowiła przywrócić ten nieco zapomniany, a jakże precyzyjny, obrazowy czasownik, wywodzący się z ludowej obserwacji przyrody, do codziennego słownika. O co i do Was, Szanowni Czytelnicy, apeluje... apeluję.
Jak ulał będzie pasować do opisu sytuacji, w której osobnika zalegającego godzinami w pozycji horyzontalnej przed telewizorem, jedynie przeraźliwy, skręcający trzewia głód jest w stanie zmusić do podźwignięcia się ;)

środa, 16 lutego 2011

Giverny


Z trudnych do wyjaśnienia przyczyn, a szczerze mówiąc z przyczyny gapowatości, Spider i Bee czekali do ostatniego dnia października, żeby odwiedzić dom i ogród Moneta w Giverny, 80 km od Paryża.

Posiadłość jest sielankowa, malarz przeżył tam 43 lata. Na przeróżne gatunki kwiatów do ogrodu wydawał połowę swoich pokaźnych dochodów.
Muzeum kontynuuje najlepsze tradycje i również dziś ogród słynie z rabat uginających się od tysięcy kwiatów. Niestety, turystów z całego świata jest nieco więcej, dlatego wstępu między grządki bronią zielone łańcuchy. A ścieżki wiodące wokół ogrodu wylano betonem, w przeciwnym razie koleiny sięgałyby już jądra ziemi.

31 października, zamiast dywanu z kwiecia, zastaliśmy rdzawo-czarniawo-żółtawe uschnięte badyle, którym swoją drogą nie można było odmówić melancholijnej urody jesiennego rozpadu...
Niewątpliwą korzyścią było, iż nie musieliśmy lawirować wśród Amerykanów, których kształty wołają o ... nowego Rubensa, zaglądać ponad głowami Japończyków i słuchać jazgotu zawsze mających wiele do powiedzenia Chińczyków. (Pszczoły mogą sobie pozwolić na niepoprawność polityczną :)


W ogrodzie japońskim, do którego przechodzi się tunelem pod szosą, (Monet chadzał górą) nie zdziwił nas deficyt nenufarów. Wiadomy mostek był na swoim miejscu. Kolory drzew, krzewów i traw w intensywnie świecącym słońcu, na tle błękitnego nieba rekompensowały wszystko. Z braku pędzli i talentów malarskich prawie rozerwaliśmy aparat na pół. Robić zdjęcia każdy może, trochę lepiej lub gorzej.



Największych wrażeń dostarczył nam jednak zbiór japońskich drzeworytów, które Claude M. namiętnie kolekcjonował. (Wielu w drugiej połowie XIX wieku uległo fascynacji japońską sztuką, m.in. Van Gogh). Dziesiątki ukiyoe pokrywają ściany praktycznie wszystkich pomieszczeń w domu. Ilustracje legend, portrety pięknych kobiet (tzw. bijin-ga) i brzydkich aktorów kabuki (yakusha-e). Można by oglądać godzinami. Przy czym "normalnemu" turyście zwiedzenie domu zabiera piętnaście minut, Spider zrobił to w czterdzieści pięć, Bee w półtorej godziny i już porządkowi zaczęli się jej bacznie przyglądać...


Przespacerowaliśmy się następnie głównym asfaltem, wzdłuż którego położone jest Giverny. Znaleźliśmy: skromny grób rodzinny Monetów-Hoschede przy miejscowym kościele, spokój prowincji, stare auto Volvo, małe domki obrośnięte winoroślą, liczne galerie sprzedające obrazy i dwie urocze modelki.





sobota, 12 lutego 2011

Wspomnienie lata

Nie chciało się pisać latem o lecie, to się pisze zimą. Głównie dlatego, że ma się ciekawy materiał dowodowy :)

W gorące, letnie weekendy paryżanie, od rana do wieczora polegują na zielonej trawce we wszelkich możliwych parkach, ogrodach, na skwerach. Leżenie na trawie można śmiało nazwać sportem narodowym obok jedzenia "na mieście" i dyskusji na każdy temat. Taki piknik musi być spełnieniem marzeń Francuza o raju na ziemi, bo łączy wszystkie te trzy ulubione aktywności.



Plac des Vosges w dzielnicy Marais

Jednym z najbardziej obleganych jest Ogród Luksemburski. W porze lunchu nie można w nim wcisnąć na trawę jednego siedzenia, a co tu dopiero mówić o czterosiedzeniowej rodzinie. Nie bywamy w parkach o świcie, ale podejrzewam, że przed otwarciem (wszystkie zamykane są na noc) przy bramkach ustawia się kolejka ojców rodzin i młodzieńców. Nerwowo zerkają na zegarki, narzekają na opieszałość strażników, a potem pędzą jeden przez drugiego z kocami, żeby zająć najlepsze miejsca, na gęstej trawie pośrodku trawnika.

Co do konsumpcji, to jedzą, co tam kto lubi, ze szczególnym uwzględnieniem bagietek, stu gatunków serów i piętnastu gatunków zielonej sałaty. Piją przy tym wino. Wygląda na to, że we Francji w miejscach publicznych można. Albo nikt nie przejmuje się zakazami. Niżej Ogród Luksemburski w późnych godzinach wieczornych.




Poza ucztowaniem, opalaniem się, czytaniem, spaniem, uganianiem za dziećmi, co jeszcze można robić na trawniku przez tyle godzin??




Ustronny skwerek na dziedzińcu jakiejś instytucji związanej z UE także znalazł amatorów:



W parku na tyłach katedry Notre Dame brak zielonej trawki, za to są ławki i scena, na której występują często grupy jazzowe, rockowe, folkowe. Turyści mają tu liczebną przewagę nad miejscowymi, jednak przysiadają półgębkiem na dwa łyki wody mineralnej i pędzą dalej, do Centrum Pompidou, Luwru, na Plac Bastylii.


Wieczorami zabawa przenosi się na twardsze nawierzchnie:


Wyżej piknik na dziedzińcu Luwru, poniżej na moście na Sekwanie. Przyjezdni w mig przejmują miejscowe obyczaje i włączają się w to urocze, zbiorowe szaleństwo.




Byle do lata :)

wtorek, 8 lutego 2011

Duch Komercji

Obok wysokiej sztuki i wyrafinowanej kultury w Paryżu panoszy się zakupoholizm w ostatnim stadium uzależnienia i skrajny konsumpcjonizm.
Komercja sięga szczytu wspaniałej secesyjnej kopuły w Galeries Lafayette. Rzeki ludzi płyną z butiku Gucciego do Prady, przelewają się od Vuittona do Diora. Latem wśród pływaków przeważają turyści amerykańscy i chińscy, którzy prędzej zrezygnowaliby z wizyty w Luwrze niż z zakupów w Lafayette. Niektórzy z trudem utrzymują się na powierzchni, ciągnięci na dno przez ogromne papierowe torby z logo sławnych domów mody.

Bee lubi wyławiać poszczególne osobniki z tłumu i dopisywać im etykietki. Może to być "młoda żona groźnie wyglądającego Rosjanina", „Amerykanin, który przyleciał pierwszy i ostatni raz zaszaleć w mitycznym Paryżu, oglądanym w setkach hollywoodzkich musicali, komedii romantycznych, thrillerów i seriali i wydaje oszczędności życia na znane marki, żeby pokazywać je sąsiadom zamiast zdjęć na tle wieży Eiffla”. W przypadku Chinek - „córka właściciela 50. szwalni podrabiających sportowe kurtki firmy znanej górołazom i miastołazom” albo „żona członka partii i dyrektora kopalni węgla brunatnego zatrudniającej wieśniaków za 5 dolarów miesięcznie”.
Żeby wejść do butiku Chanel w Lafayette należy grzecznie poczekać w kolejce przed szklanymi drzwiami. Porządku pilnuje elegancki, młody, czarnoskóry ochroniarz-odźwierny. Tłum kłębiący się przy ladach i półkach spospolitowałby świątynię mody. W środku niczym w kościele, panuje przyjemny chłód, obsługa w ciemnych uniformach, nieliczni klienci mówią przytłumionymi głosami „proszę mi pokazać te buty za 12 000 euro”, z nabożeństwem oglądają torebki z podwójnym C. Bee chciała nawet przyklęknąć przed plazmą, na której wyświetlano pokaz najświeższej kolekcji domu mody Chanel.

Towaru na półkach niewiele. Tu liczy się jakość, nie ilość, a celebracja marki jest ważniejsza od produktu.
Po wizycie w Lafayette Spider i Bee przysiedli na metalowych krzesłach w parku Tuileries, gdyż działo się to upalnego letniego dnia. I wtedy przez usta Bee przemówił potężny Duch Komercji:
- Kochanie, na razie ustnie, ale w domu sporządzę Ci pisemną listę rzeczy, na których ogromnie by mi zależało. Zacznę od markowych okularów przeciwsłonecznych, preferowałabym Chanel lub Yves Saint Laurenta, następnie perły, mogą być krótkie, ale nie za krótkie, torebka Diora ... Luis Vuitton jest zbyt oklepany. Lista może ulec, na pewno ulegnie, rozszerzeniu…
- Kochanie, na chwilę obecną mogę Cię wrzucić dla ochłody do markowej fontanny z logo Tuileries.

sobota, 5 lutego 2011

Mężczyźni potrafią zaskakiwać. Kobiety na pewno też.

Ten post nijak się ma do pszczelich fascynacji dwoma metropoliami i jednym większym miastem, jednak nie mogłam się oprzeć:

Tato dwójki małych dzieci usłyszał w wiadomościach telewizyjnych czy radiowych informację o tragicznym wydarzeniu - inny ojciec wyrzucił przez okno dwoje własnych pociech oraz psa.
Komentarz naszego bohatera był następujący:
- I co mu ten pies zawinił...

Kolejny bohater chodził z dziewczyną osiem lat. Byli nierozłączni. Jak Flip i Flap, Bolek i Lolek, H i M. Chciał się żenić, ale wciąż odkładali ślub ze względów finansowych. Poleciał za ocean zarobić na weselisko. Zadzwonił po trzech miesiącach z informacją, że właśnie ... ożenił się. Trzeba przyznać, że szybko uzbierał fundusze.

piątek, 4 lutego 2011

Kronika galernika, czyli kto w galeriach piszczy

Kiedy już odwiedziło się wszystkie stałe i czasowe ekspozycje w 1001 paryskich muzeach i wciąż ma się ochotę na doznania metafizyczne, należy zrobić sobie rundę po galeriach. W małych i dużych, prywatnych galeriach, których dziesiątki znajdują się w mojej ulubionej dzielnicy Saint Germain de Pres, a setki w całym mieście, ekspozycje zmieniają się co miesiąc. Właściwie wystarczy przejść się malowniczą ulicą Sekwanową (wolne tłumaczenie rue de Seine), żeby znaleźć … wszystko: prymitywną rzeźbę Afryki i Oceanii, współczesne malarstwo chińskie, rysunki Degasa i Renoira, plakaty reklamowe z dwóch ubiegłych stuleci, dziewiętnastowieczne litografie francuskie i drzeworyty japońskie, nowoczesną ceramikę, fotografie, dużo fotografii - zaśnieżonego Nowego Jorku i Paryża, bezdomnych Hindusów, muzyków jazzowych, pacjentów przytułku dla psychicznie chorych w Ameryce Pd., sław XX. wieku, wnętrz pałacowych, egzotycznych krajobrazów. Fotografię ceni się we Francji na równi z innymi dziedzinami sztuki. W Polsce wydaje się mocno niedoceniana.
Oto intrygujące prace francuskiego artysty Paula Ducheina, zawieszone na ścianach galerii w drewnianych pudełkach-szkatułkach wypełnionych zbieraniną fragmentów kultury i natury:



Moja przyjaciółka podsumowała powyższą kompozycję następująco: "te kopytne dzieci z ptakiem wydają mi się jakieś straszne". Określenie "kopytne dzieci" uważam za językowy hit miesiąca :)




                                  
Dodam jeszcze, że wykorzystane w dziełach ssaki, ptaki i gady nie są sztuczne.
- O Jezu... - jęknął Spider na ich widok. - To ty sobie popatrz, a ja poczekam na zewnątrz.
Każdy sposób jest dobry, żeby się obronić przed dawką sztuki. Tym razem usiłował podszyć się pod miłośnika zwierząt :). Jednak CZYSTO NAUKOWA ciekawość zwyciężyła.

Innym razem w galerii Bailly Contemporain zapomniałam oddychać na widok niezwykłych zdjęć francuskiej fotografki Sabine Pigalle. Poniżej profanacja, czyli moje zdjęcia, które nie są w stanie przekazać siły rażenia jej zdjęć oraz link do strony:

http://www.sabinepigalle.com/03/beautysheets.html



wtorek, 1 lutego 2011

Refleksja nad skarpetką

Bee zakupiła w sklepie pewnej gapowatej sieci fioletowe skarpety w cętki (czarno-żółte paski każdemu się w końcu znudzą:) oraz pokryte napisami kiss me kiss me kiss me. Zadumała się nad możliwością praktycznego wykorzystania przez klientki umieszczonego na skarpetach komunikatu. Najbardziej logiczne wydaje się przeznaczenie ich na randkę z nieśmiałym młodzieńcem. Takim, co to wbija wzrok w podłogę. Jednak biorąc pod uwagę, że nieśmiali chłopcy są gatunkiem wymierającym, równie anachronicznym jak słowo randka i przenośnia wbijać wzrok w podłogę, skarpety nie znajdą szerokiego zastosowania. Już prędzej przydadzą się zaniedbywanym mężatkom. Będą tylko musiały stanąć na głowie, żeby zwrócić na siebie uwagę mężów:)

Scriabin wśród żywiołu wyprzedaży

Pewnej soboty w połowie stycznia zrobiło się w Paryżu wiosennie i wyprzedażowo. W dzielnicy Marais groźny tłum z przewagą rodzaju żeńskiego (groźna tłuma) przemieszczał się z butików po prawej do butików po lewej z naręczami papierowych toreb, torebek, pakunków oraz walizek. Wielkie napisy Soldes!!!, 30%, 50%, 70%!!! wprowadziły tłumę w trans. Trzeba było zachować najwyższą ostrożność, niczym na safari. W przeciwnym razie można było zostać posiniaczonym przez stadko antylop, stratowanym przez stado słonic lub zagryzionym przez lwice. Znajomy tubylec twierdzi, że wiele pań z różnych regionów Francji, na czas wyprzedaży bierze urlopy i przyjeżdża do stolicy na polowanie.
Bee i Spider nie poddali się zbiorowej hipnozie. Przepychali się wąskimi uliczkami podziwiając kamieniczki i resztki bożonarodzeniowych iluminacji. Odkrywali urokliwe zakątki i uliczki na uboczu, park z podświetlonym lapidarium. Wstąpili do niepozornego kościoła. Nazwa głosiła, iż jest to Cathedrale Saint Croix des Armeniens. Nic na to nie wskazywało, że w środku trwa koncert fortepianowy. Młoda, na czarno ubrana dziewczyna pochylała się z wdziękiem nad klawiaturą na tle purpurowej kotary zasłaniającej ołtarz. Grze przysłuchiwała się garstka ludzi.
Usiedli na plecionych krzesełkach z tyłu. I zostali do końca. Spider tradycyjnie w obliczu nadmiaru doznań kulturalnych zapadł po chwili w sen. Bee, kątem oka obserwując czy towarzysz nie chyli się ku upadkowi, koncentrowała się pilnie na skomplikowanych pasażach Scriabina i Ravela … przez 20 minut. Potem zaczęła jej kwitnąć w głowie cała łąka myśli-chwastów. Ile setek godzin trzeba ćwiczyć, aby grać tak trudne utwory, czy nie bolą palce po pół godzinie wzmożonego, rozczapierzonego kontaktu z klawiaturą, ile lat może mieć pianistka, dlaczego Spider znowu śpi, zbudzić go czy dać spokój…
Z ulotki, którą wręczyła im miła pani zbierająca datki przy wyjściu, dowiedzieli się, że artystka nazywa się Virginie Dejos, uczyła się w konserwatoriach w Bordeaux, Paryżu i Brukseli, zaczęła grać w wieku 6 lat, obecnie ma ich 30. Ćwierć wieku intensywnej relacji z klawiaturą… Mam nadzieję, że gra daje Virginie osobistą, głęboką satysfakcję.

Spider po koncercie stwierdził:
- Ja CHYBA spałem… Ale grała rewelacyjnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...