środa, 29 czerwca 2011

Parada

W sobotę, 25 czerwca, odbył się po raz kolejny Paris Gay Pride - parada gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów. Nie planowaliśmy, ale jak zwykle byliśmy tam, gdzie trzeba.






Mesdames L, jak głoszą napisy na czapkach.



Niektórzy uczestnicy wyglądali, jakby zbiegli z planu filmu Almodovara.

Ciekawe, o czym panowie rozmawiają...
Kiedy przejechała ostatnia ciężarówka z grzmiącymi głośnikami i roztańczonymi pasażerami, kiedy przeszli ostatni fantazyjnie przebrani i fantazyjnie rozebrani uczestnicy, zagadnęły nas dwie eleganckie, bardzo starsze panie. Jedna z nich, wyraźnie przytłoczona rozmiarami parady, zatroskała się o dalsze losy świata:
- Co z dziećmi...?? Skąd się będą brały dzieci... ???

A potem ruszyła do boju armia sprzątaczy.

czwartek, 23 czerwca 2011

Pogwarek małżeńskich cd.

Na spacerze. Ptaki śpiewają, jakby się szaleju nadziobały.
Bee: Postójmy chwilę i posłuchajmy... jak się inni zalecają...
Spider: Przecież ja się do ciebie od lat zalecam. Tylko w niższej tonacji.

środa, 22 czerwca 2011

Jouy en Josas

Było gorąco i nie chciało nam się latać po nagrzanym do szarości Paryżu, więc pojechaliśmy pod górę, przez rzekę, w dół i znaleźliśmy się w miasteczku Jouy en Josas, do którego mam sentyment, ponieważ właśnie tam na wyprzedaży strychowej (popularne we Francji vide grenier - opróżnianie strychu) zakupiłam trzy secesyjne talerzyki. (Rozwinięcie tylko dla zainteresowanych starą porcelaną: talerzyki są dziełem austriackiej firmy Britannia Porcelain Works istniejącej w latach 1898-1918, mają kształt kwiatu, reliefy imitujące płatki i pręciki, brzegi zdobne bukietami kwiatów, środek - wdzięcznymi postaciami kobiet pośród zieleni. Świetny przykład zafascynowanej przyrodą art nouveau, choć brak im umiaru i wyrafinowania wczesnej fazy. W początkach XX wieku podawano na nich ciasto z rabarbarem w kamiennym domu z ogrodem w Jouy en Josas, obecnie służą do serwowania tiramisu w Gif, a już niedługo zamieszkają we Wrocławiu. Interesujące są losy porcelany. Gdyby potrafiła mówić, byłabym wdzięcznym słuchaczem. Franciszek Starowieyski, zapalony kolekcjoner, trafnie podsumował "Człowiek jest tylko epizodem w życiu przedmiotu.")

Jouy en Josas to ośmiotysięczne miasto położone przy linii szybkiej kolejki RER C, która zmierza dalej do Wersalu. Kameralne nowe osiedla i stare domy z ogrodami rozciągają się na wysokich wzgórzach, w które obfitują tereny na południowy-zachód od Paryża. Od XIX wieku począwszy Francuzi chętnie budują domy w pięknie położonych, otoczonych zielenią, odosobnionych miejscach. Z dala od zgiełków cywilizacji, choć z Paryżem na wyciągnięcie ręki. Na szczycie góry, pod lasem i nadal nazywa się to Jouy en Josas lub inne Bievre. I zawsze jakieś ścieżki, dróżki na skróty prowadzą do RERu, choć codzienne wdrapywanie się ze stacji to zadanie godne łyd i ud alpinisty, a podjazd zimą samochodem to wyzwanie dla weterana rajdu Paryż-Dakar. Odkrywa się w takich miejscach skromny dom, w którym mieszkał któregoś lata Wiktor Hugo, imponujące rezydencje za kamiennymi murami, tajemnicze ogrody i zabite deskami kościoły z lat 70.




W budynku znajduje się siedziba HEC - wg rankingów "Financial Times" od lat najlepszej szkoły biznesu w Europie, która kształci elity ekonomiczne i polityczne.

Komentarz Spidera do powyższego foto: Powiedziałaś "Zrobiłam ci zdjęcie, jak siedzisz na ławce przed pałacem" a ja, naiwny, jeszcze podziękowałem...
On tam naprawdę siedzi :)

W parku otaczającym pałac rozgrywano zawody hippiczne.





Pierwszy raz zobaczyłam na własne oczy, jak koń zrzuca jeźdźca. Koń był pękaty w porównaniu z innymi, przypominał nieco osła i chyba coś jest na rzeczy, gdyż cecha przypisywana zwyczajowo osłom charakteryzowała niewątpliwie to stworzenie. Stworzenie nie miało ochoty skakać przez głupie przeszkody, więc po pokonaniu jednej, wierzgnęło solidnie i dżokej poszybował wysoko w powietrze... Cały czas trzymając lejce, zatoczył spory łuk i padł na plecy kilka metrów dalej. Zerwał się szybko na nogi - chyba ma to przetrenowane. Może próbował również ratować honor podopiecznego. Całe zdarzenie trwało parę sekund, niektórzy mogli nie zauważyć.

Będąc kompletnym laikiem w końskiej materii, miałam jednak skromne przemyślenia na ten temat. Sądziłam na przykład, że wystarczy dobre poczucie równowagi, umiejętność balansowania i silne nogi, żeby utrzymać się na koniu. Już tak nie uważam.

niedziela, 19 czerwca 2011

Piękno a legumina

Miałam wolną chwilę, więc wpadłam do Muzeum Sztuk Pięknych Miasta Paryża w Petit Palais.


Odpoczynek Diany Jacoba Jordaensa
Jordaensowskie piękności dowodzą, że cellulitis nie pojawił się wczoraj. Różnica polega na tym, że niegdyś był mile widziany, obecnie zwalczany wszelkimi dostępnymi metodami. Ród kobiecy w zamierzchłych czasach mógł sobie pozwolić na prawdziwą kulinarną rozpustę, nie odmawiał pieczystego ani legumin. Szczęściary! Obfite i pulchne ciała były trendy. Może dlatego, że schowane pod zwałami sukni nie rzucały się mocno w oczy ;)

Uważny obserwator dostrzeże, że damy na portretach mają zazwyczaj drugi podbródek, potężne ramiona i ręce o obwodzie współczesnego uda. Rozmiar 44 nosiły te wychudzone.

Od lat 20. ubiegłego wieku, kiedy kobiety przywdziały krótsze suknie, sportowa, szczupła sylwetka była coraz mocniej lansowana. Jednak nadal normę stanowił rozmiar 42, nie 36.

Kilka lat temu w Muzeum Narodowym we Wrocławiu na wystawie sukni wieczorowych z lat ok. 1920-80 obok unikalnych projektów i kunsztownego wykonania rzucały się w oczy ... duże rozmiary byłych właścicielek. Aż do lat 60.

Tak naprawdę źrebięca figura licealistki w wieku mocno policealnym jest wymysłem naszych czasów.

Tylko legumin żal :)

Lewiatan w Pałacu

Grand Palais od czterech lat zaprasza wybitnych współczesnych artystów do rozgoszczenia się w imponującej kubaturą i ilością naturalnego światła głównej przestrzeni wystawowej zwanej Nawą. W ubiegłym roku "zagospodarowywał" Boltanski, w tym roku Anish Kapoor - urodzony w Indiach angielski twórca. Rok temu przegapiłam i wciąż wyrzucam sobie ten potworny brak czujności. (Dopiero zawitałam we francuskie progi, w progach tych nie mieliśmy internetu, za to wspaniałą bibliotekę, w której zaginęłam bez wieści na miesiąc. A w Paryżu trzeba mieć oczy i uszy otwarte, bo jest wielka szansa, że coś przyjemnego w nie wpadnie.)

Żeby dostać się na Leviathana Kapoora, należy odstać swoje w kolejce. Najdłuższe są w weekendy, kiedy zapracowani paryżanie, odrabiają lekcje z kultury i sztuki. W piątek kolejka miała przyzwoite rozmiary i przesuwała się szybko. Niestety, nie podam czasu osiągnięcia kasy biletowej, gdyż dużo wcześniej podeszła do mnie energiczna pani w dżinsach, spytała, czy jestem sama (byłam; Spider na konferencji) i zaoferowała zbędne zaproszenie. Uprawniało ono do wejścia bez kolejki i obejrzenia, oprócz instalacji Kapoora, remontowanej właśnie części wnętrz Grand Palais :)

Leviathana ogląda się z zewnątrz i od środka.
Z zewnątrz zaskakuje dialogiem ze światłem, kolorem, przestrzenią...









W środku ... To trzeba przeżyć. Przez ciasne, ciemne, obrotowe drzwi, w których przedziałach jest miejsce tylko dla jednej osoby, wchodzi się ... do innego świata... w ciemność nieokreślonych rozmiarów, rozświetloną odległą czerwono-różową poświatą, wypełnioną majaczącymi sylwetkami ludzi. To jak powrót do życia płodowego, spacer w przestrzeni kosmicznej... Doświadczenie początku i końca. Ciarki na całej linii kręgosłupa!!!!!

środa, 15 czerwca 2011

Zamek Breteuil

W słodkiej Francji, jak mawiano za czasów rycerza Rolanda, widzielim tyle słodkich miejsc, że nie nadążam z opisywaniem. Jakbym miała motywację Rolanda, pewnie by było na bieżąco. Ostatnio widok Śniadania na trawie na wystawie Maneta w Musee d`Orsay przypomniał mi o "dziele" Lunch na trawie, które powstało w ogrodzie otaczającym zamek Breteuil. Na tytule podobieństwa się kończą. Śniadanie jest prowokacyjne i niepokojące (ubrani artyści polegują w cieniu drzew w towarzystwie rozebranych modelek), Lunch idylliczny i niewinny.


Skoro już tu trafiliśmy, pozostańmy na chwilę w jesiennym Breteuil.

W słońcu i dzieci, i pająki prezentowały się słodko ;)


Jak zwykle mieliśmy więcej szczęścia niż rozumu i trafiliśmy na wysyp cyklamenów

oraz muszkieterów.




W pałacu bywali przyszły król Anglii Edward VII, przyszły Jerzy VI i Edward VIII, który abdykował w 1936 i osiadł we Francji. Nawiasem mówiąc w latach 50. mieszkał w Gif.

Obecnie pałac zamieszkują woskowe koszmarki.
Proustowi rajska magdalenka staje w gardle na ten widok :)


 

środa, 8 czerwca 2011

Sceaux

Do parku w Sceaux mamy około 20 km. Przekabacam zazwyczaj Spidera, żebyśmy zajechali doń w drodze do centrum handlowego w Villebon, do którego udajemy się raz w tygodniu po najlepszy (czyt. normalny) chleb w regionie. W drodze nie znaczy po drodze i tak się jakoś składa, że do sklepu wpadamy tuż przed zamknięciem, bo Spider musi mnie wołami z lipowych alejek wyciągać.

Park, zaprojektowany w XVII wieku przez genialnego architekta krajobrazu Le Notre`a, zajmuje powierzchnię ponad 180 hektarów wypełnioną atrakcjami takimi jak: aleje kasztanów, modrzewi, przycinanych platanów, rozrośniętych platanów, pięknie uformowane przez naturę sosny, fontanny (w tym jedna z kapuścianym chłopcem i dwie z muszli), kaskady, promenady, wielki kanał, niewielki zamek z lokalnym muzeum, ogródki kwiatowe, największy trawnik, jaki w życiu widziałam itd. Obecnie przy zamku ustawiono scenę, widownię i toczą się próby do Madame Butterfly, niedaleko budynku Oranżerii można zobaczyć wystawę fotografii.

Zdjęcia (moje) powstały przy kilku różnych okazjach.

Trawnik jak gigantyczny arras o tematyce Weekendowy odpoczynek.
"Skromny" pałac wybudowany w połowie 19. wieku w miejsce zrujnowanego, siedemnastowiecznego, bardziej proporcjonalnego do trawnika :)
Inżynier-impresjonista znowu w akcji.


Kapuściany chłopiec. Kapusta zyskuje wymiar metafizyczny.



Jesteśmy niedyskretni.




Na deser jeszcze jedna atrakcja parku - piękne torsy - stworzone przez naturę, ukształtowane przez człowieka :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...