sobota, 15 lutego 2014

Pogwarki uliczne o antykach

Stałam przylepiona do szyby antykwariatu, którego właściciel ceni swoją wolność ponad wszystko i otwiera, kiedy ma na to ochotę. Tego dnia nie miał. 
Zapuszczałam w głąb żurawia próbując wypatrzyć na ścianie secesyjną rycinę, na którą zachorowałam od pierwszego wejrzenia i pomimo wewnętrznej walki oraz niejakiej perswazji z zewnątrz nie potrafiłam zapomnieć pięknego wizerunku uśmiechniętej kobiety niosącej wazon chryzantem.

Tymczasem z klatki schodowej kamienicy wyszedł pan, co to za kołnierz nie wylewa. Tego dnia nie wylał jeszcze zbyt wiele, więc spojrzał na mnie dość przytomnie, uśmiechnął się uwodzicielsko i zawyrokował:

- Pani za młoda na takie stare graty.

Żeby to było takie proste!

Może gdybym pozostawała przez rok na diecie adwersarza, byłabym bardziej skłonna zaakceptować tę zwodniczą konstrukcję myślową...



wtorek, 11 lutego 2014

Wieści z Marsa i Wenus

Zasłyszana w centrum handlowym wymiana zdań pomiędzy mężczyzną i kobietą, oboje w wieku około "sześćdziesiątki".

ONA: Jak ty się zachowujesz?!?!
ON: Ale o co ci chodzi?
ONA: Jak małolat jakiś!
ON: A jak mam się zachowywać?


(Odnoszę wrażenie, że spowodowany emancypacją kobiet tzw. kryzys męskości albo raczej zmierzch męskości zdefiniowanej przez wieki dawne, jest większości panów bardzo na rękę...)

niedziela, 9 lutego 2014

Lipcowe łąki - blisko, coraz bliżej

Nagły przeskok w odmienną porę roku, na inny kontynent. Środek lata w koreańskim Gyeongju. Jakoś tak mi się skojarzyło.





wtorek, 4 lutego 2014

Styczniowe łąki

No bo ileż można czytać pogwarki małżeńskie! Próbuje się tu mydlić komuś oczy, że się pisze blog, podczas gdy się spisuje koncepty takiego jednego, nadając im co najwyżej jakąś formę. Na dokładkę wymyśla się cykl pogwarki rodzinne, zwalając część roboty na dziecko! Cwane i nielegalne!
Nawet marnego zdjęcia z wakacji nie chce się poszukać i wstawić opatrując pseudozabawnym podpisem. Nikt chyba nie ma już wątpliwości, że usiłuje się tu pozorować dzianie i działanie, a generalnie się obija.

A Wy cierpliwie zaglądacie, czego dowodzą blogowe statystki (pozdrowienia dla Chińczyków, którzy od czasu do czasu pojawiają się w ilościach hurtowych:), ja zaglądam, jak Wy zaglądacie, jak Wasze zainteresowanie i cierpliwość falują, jak dzielnie wytrzymują próby wielodniowego milczenia, aż w którymś momencie stwierdzacie, że macie dość tej nieogarniętej dzieweczki, której nie chce się pomyśleć i naskrobać kilku słów o Paryżu, Tokio lub Wrocławiu.

A wtedy taa-daaam!!! Podsumowanie stycznia.

Uprzejmie donoszę, że działałam na innych areałach, tzn. latałam ze szczególną jak na zimową porę energią nad kwitnącymi łąkami filmowymi, teatralnymi i innymi.
KINO

Zrobiłam trzy podejścia do "Życia Adeli" w kinie nowohoryzontowym, dwa razy stwierdzając przy kasie, że jest za dużo widzów, którzy będą mi przeszkadzać w idealnym odbiorze. Za trzecim razem de facto zakupiłam bilet i siedziałam już na widowni, która pęczniała i ruszała się, i szemrała, i gdzieniegdzie szeleściła. Zapełniła się z przodu, z tyłu, z boków, uniemożliwiając salwowanie się ucieczką do pierwszych rzędów lub na skrajne krzesła. Na reklamach z zimną determinacją opuściłam salę, a moje ulubione kino zwróciło mi pieniądze za bilet wykazując się zrozumieniem dla syndromu KNG (księżniczka na ziarnku grochu-termin będzie się pojawiać częściej na łamach, gdyż przypadłość, niestety, zaostrza mi się z biegiem lat). "Życie Adeli" postanowiłam obejrzeć na DVD w zaciszu domowego leda.

W towarzystwie kilku kulturalnych widzów obejrzałam "Moliera na rowerze" w reżyserii Philippe`a Le Guaya(Mała dygresja - widz kulturalny zwany zamiennie widzem-kamieniem zachowuje się jakby go nie było; przy tej okazji nadmienię, że kilka lat temu podczas NH siedziałam na seansie "Barry`ego Lyndona" obok Wojtka Smarzowskiego i niniejszym mam okazję obwieścić, iż oprócz tego, że jest świetnym reżyserem, jest również współwidzem doskonałym, widzem-głazem.) Francuskiemu kinu z zasady nie przepuszczam, a tym razem zaliczyłam strzał w dziesiątkę, błogość filmową. Inspirowaną molierowskim "Mizantropem", osadzoną współcześnie, tragi-komiczną opowieść o znakomitym aktorze, który porzuca zawód i ucieka na francuską wysepkę Re rozczarowany egoizmem i chciwością środowiska filmowo-teatralnego.

Akcja rozpoczyna się w momencie pojawienia się na wyspie gwiazdora popularnego serialu o lekarzach, który chce przekonać zgorzkniałego samotnika do wspólnego zagrania w "Mizantropie". Oglądamy więc pojedynek dwóch postaw i osobowości, wybornie odtworzonych przez Fabrice`a Luchiniego i Lamberta Wilsona"początek pięknej przyjaźni", zarys miłości (wzruszające sceny śpiewania z urodziwą sąsiadką Włoszką w samochodzie czy zabawy na wietrznej plaży), satyrę na show-biznes i kpinę ze współczesnego świata (postać młodziutkiej "aktorki" filmów porno, która ku zrozumieniu rodziny i chłopaka "robi karierę", a przede wszystkim nieźle zarabia bez specjalnego wysiłku...). Czy miłości i przyjaźni uda się w pokręconym (od stuleci) świecie rozwinąć? Postawa którego z adwersarzy jest Wam bliższa? Sprawdźcie.

Muszę wspomnieć o bezcennej scenie kąpieli bohatera Wilsona w jacuzzi w snobistycznym domu letniskowym na Re użyczonym mu przez redaktorkę jakiegoś pisma. Scena ta - śmieszna i dramatyczna zarazem - jest jak kwintesencja molierowskiego i leguayowskiego pokazywania świata.




SERIALE

Wpadłam w serialowy amok za sprawą angielskiego "Sherlocka". Błyskotliwie uwspółcześnionej wersji przygód słynnego detektywa i asystującego Watsona, pomysłowo i efektownie zrealizowanej, genialnie zagranej. Holmes jest gejem, wiecznie znudzonym geniuszem, zimnym (na pozór) złośliwcem z nieodłącznym smartfonem w ręce. Zakochałam się w tej nietuzinkowej postaci w interpretacji Benedicta Cumberbatcha. Martin Freeman jako Watson - weteran wojny w Afganistanie, podrywacz i bloger (tym mnie ujął niebywale:), uzależniony od adrenaliny - jest również do schrupania. Czysta, szalenie dowcipna zabawa w kino! Trzy sezony, dziewięć pełnometrażowych odcinków, obejrzałam niemal jednym tchem i błagałam o więcej (nadal błagam).



Pocieszyłam się pierwszym sezonem amerykańskiego serialu "Masters of sex" opartego na losach pionierów doświadczalnych badań nad ludzką seksualnością - Williama Mastersa i Virginii Johnson. Ich historia zawodowa oraz osobista wciąga, a oglądanie obyczajowych realiów lat 50. jest jak wizyta w skansenie niewiarygodnej ignorancji na temat seksu, w cukierkowo opakowanym świecie dojmującego patriarchatu i podporządkowanych ludzi drugiej kategorii - kobiet, czarnoskórych, gejów. Nie pozostaję odporna na uroki opakowania (Ach te motyle sukienki, staranne uczesania, biżuteria i samochody retro!), ale oddycham z ulgą, że wiele tematów zostało już odrobionych. Lizzy Caplan w roli Virginii czaruje oryginalną urodą i seksapilem, choć aktorsko daleko jej do partnera - doświadczonego wyjadacza angielskich scen teatralnych Michaela Sheena (nie z tych Sheenów). Jak najbardziej polecam.

Masters of Sex7-20130916-126.jpg

RODZINA

Odwiedziłam Bobolandię wraz Niunią i jej Mamunią, gdzie zażywałyśmy sportów ekstremalnych, m.in. zjeżdżając z siedmiometrowego wulkanu. Nie obyło się bez obrażeń wpisanych w uprawianie niebezpiecznych hobby: Niunia stłukła sobie paluszki u stóp, gdy sunęła w dół po kamieniach, po których należało się wspinać, mamunia i ciociunia obiły kości ogonowe na "unowocześnionym" ostatnio lądowisku. Mamunia dodatkowo podczas zjazdu otarła na dermie łokieć, cioci, pomnej wcześniejszych doświadczeń z palącymi przedramionami, udało się uniknąć niewskazanych podpórek. Jako jedyne z dorosłych towarzyszących dzieciom w tym przybytku gramoliłyśmy się na dmuchane wzgórze, z którego rewelacyjnie się stacza, bawiły w berka między napompowanymi kaktusami i skakałyśmy na trampolinach... Cóż, przyjmijmy, że nie zatraciłyśmy dziecięcej umiejętności zabawy, zamiast uznać że jesteśmy nieuleczalnie dziecinne... Niunia, która początkowo zachęcała nas do wspólnych szaleństw, po jakimś czasie ze zwykłym sobie dyktatorskim zacięciem zaczęła pokrzykiwać "Dosyć juź! Mówię wam, źe dosyć tego! Złazić mi stamtąd!"

Finał pobytu w Bobolandii nazwałabym malowniczym, mianowicie Niunia pędem pokonała dystans dzielący toalety od wyjścia, czyli praktycznie całą halę, z obnażoną tylną częścią ciała, gdyż nie pozwoliła podciągnąć sobie majtasów. Wyprowadzona z równowagi mamunia oznajmiła: "Pożegnaj się z Bobolandią, bo długo tu nie wrócimy." Na co Niunia posłusznie wychlipała: "Ziegnaj Bobolandio! Kocham cię Bobolandio!"

Obchodziliśmy czwarte urodziny Niuni. (Nie powstrzymam się od zdziwionych wykrzykników i pustych pytajników... Cóż za nieprawdopodobny wiek! Jak to jest mieć tylko cztery lata!?!?) Jubilatka (słowo kojarzy mi się ze 104 urodzinami... wyobraźnia podsuwa obraz Niuni z trzecimi zębami...) nie chciała dmuchać świeczek na bardzo słodkim torcie w kształcie lokomotywy ani pozować do zdjęć. Przekonał ją dopiero argument, że będzie je mogła pokazać w przedszkolu Olusiowi...

TEATR, KSIĄŻKI I WYSTAWY

Nie zmieściły się w tym odcinku, tak więc CDN.

Piosenka z samochodu z "Moliera na rowerze"

sobota, 1 lutego 2014

Pogwarki pokonferencyjne

Spider wraca z trzydniowej konferencji, spogląda na Bee i rzecze od progu:

- Ooo! Włosy jakby dłuższe i ... oczy jakby większe...

Taaak, pożytki z konferencji naukowych płyną wielorakie... ;)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...