czwartek, 31 stycznia 2013

Wieszać czy nie wieszać??

Uwielbiam puste ściany w mieszkaniu. Szerokie, płaskie powierzchnie, po których wzrok i światło ślizgają się swobodnie nie znajdując punktów zaczepienia. Wygładzone równiny pokryte ogrzewającym ducha kolorem, ale niezakłócone elementami odstającymi, wyrastającymi, szatkującymi.

Uwielbiam również obrazy, rysunki, ryciny i zwoje. Bronię się dzielnie, gdy mrugają oczkiem na targach staroci i szepczą "Jestem taki śliczny, artystyczny, klimatyczny, weź mnie, weź mnie". Czasem wracam na tarczy ... na obrazku... z obrazkiem. Lustruję w domu ściany, przymierzam się, przymierzam świeży zakup, po czym lokuję obok innych. Na podłodze pod ścianami, na krzesłach przy ścianach, na parapetach i półkach.

Z wielką przyjemnością patrzę na co dzień w okna różnych epok, estetyk, idei. Zastanawiam się, na kogo czeka przycupnięta na śniegu kurtyzanaoparta plecami o czerwone deski domu na japońskim drzeworycie. Oglądam pod lupą francuskie elegantki w koronkowych sukniach siedzące na krzesłach w ogrodzie na fotografii, którą kupiłam na giełdzie antyków przy Porte de Vanve w Paryżu. Gdy najdzie chętka przenieść się do sielskiej szwajcarskiej doliny, zerkam na bohomaza z lat 50. ubiegłego wieku. Zbieram owoce nowoczesnej sztuki z drzewa wiśni autorstwa naszej koleżanki.

Spider nie rozumiejący mojego filozoficzno-estetycznego rozdarcia między medytacyjną prostotą i surowością a inspirującą złożonością i bogactwem zaproponował ostatnio "rozwiązanie":
- Przecież mamy trochę miejsca w szafie na górnej półce, obok walizek. Schowaj tam te zawalidrogi. Po co mają się kurzyć?

Nie jestem pewna, jak odczytać ten komunikat. Jako troskę o stan artefaktów, o własną, pajęczą wygodę, czy sugestię, żebym częściej odkurzała...

Co jakiś czas zdjęta litością dla przekładanych z miejsca na miejsce, szturchanych nieuważną końcówką odkurzacza, dźganych ciekawskim paluszkiem przez pewną trzylatkę obrazów, podejmuję próbę znalezienia im ściany. Wtedy materializują się koszmary Spidera. Musi trzymać wyżej, niżej, bliżej, w sypialni, kuchni i pokoju dziennym, a ja paaatrzę, wychodzę, wchodzę (żeby uzyskać efekt świeżego wrażenia) i paaaaatrzę. A kiedy znajdujemy idealne miejsce, rozmyślam się.

Swoją drogą pomoc przy wieszaniu obrazów wydaje się być wyrafinowaną torturą dla panów...

Wreszcie podjęłam szaleńczą decyzję o powieszeniu trzech niewielkich rycin w przedpokoju. Wówczas nadeszła pora rewanżu. Usłyszałam, że ... jutro, może jutro, raczej jutro, a jutro to już na pewno. Zrobiłabym to sama przy użyciu młotka i malutkich gwoździków, ale zostałam poinstruowana, że tak nie wolno, to nieprofesjonalne i niechlujne. Należy wywiercić regularną dziurę wiertarką, włożyć kołeczek, w kołeczek wkręcić gwóźdź. Obsługa wiertarki nie wydaje mi się atrakcyjnym zajęciem, więc czekałam. Po kilku dniach nadeszło jutro, a wtedy okazało się, że brakuje jednego kołka, do dwóch pozostałych nie pasują gwoździe, a w ścianie, którą wybrałam, biegną kilometry różnych przewodów i wysoce niewskazanym byłoby któryś przewiercić pozbawiając się prądu. Kilka dni później Spider przytaszczył detektor kabli, który piszczał przy wiadomej powierzchni jak stado pawianów na widok boa-dusiciela, na szczęście milczał na pożądanej wysokości. Wiertarka poszła w ruch. Ryciny zawisły.

Niestety operowanie linijką i prostymi działaniami matematycznymi jest poniżej godności numeryka, więc zawisły w linii łamanej, zamiast prostej.
Co ostatecznie i tak nie ma znaczenia, bo jednak wolę tę ścianę pustą.
Będziemy zdejmować obrazki. Jak tylko Spider kupi gips do załatania dziur po kołkach. Jutro.

piątek, 25 stycznia 2013

Czary

Spider wychodzi rano z domu i co widzi?
Odśnieżony samochód, choć ręki do tego nie przyłożył.
- To sprawka dobrego duszka, podwórkowego elfa... - Bee poddaje baśniowy trop.
- Ja bym wolał, żeby ten czarodziej trzymał swoją różdżkę z daleka od karoserii.

czwartek, 24 stycznia 2013

Okruchy nocy. Z nowego cyklu :)

Było około trzeciej nad ranem, kiedy przed udaniem się na niezasłużony odpoczynek wyjrzałam przez okno, by zobaczyć bajkę na dobranoc - zasypane świeżym śniegiem miasto - i zasnąć z tym magicznym obrazkiem przed oczami. Kamienice w białych szalikach, samochody w czapkach, nieskalane stopą ni oponą ulice i chodniki. Cudowna zimowa pustka i nocna cisza...

Najpierw w ciszy rozległo się szuranie, następnie pustkę przeciął ruch. O trzeciej w nocy, przed jedną z kamienic okutana samotna postać odgarniała metodycznie śnieg, wytyczała starannie ścieżkę. Zaskoczył mnie i rozbawił ten... brakujący element układanki. Bo chociaż człowiek z odśnieżarką na dole był prawdopodobnie cierpiącym na bezsenność, uczynnym pijaczkiem, znanym mi z widzenia mieszkańcem owej kamienicy, przypomniał, że miasto to ludzie, nieprzewidywalni, skomplikowani, zapaleńcy, którzy tworzą rzeczywistość swoją i innych i stanowią o atrakcyjności miejskich pejzaży.

PS.1. Gdybym była żoną Edwarda Hoppera, natychmiast bym go obudziła i zaciągnęła do okna, bo to wybitnie jego klimaty.
PS.2. W poszukiwaniu prawdziwej (naturalnej) pustki i ciszy udam się w szczere pole lub środek lasu. Na godzinkę.

sobota, 19 stycznia 2013

Bretonka we Wrocławiu

Gdy miasto skute lodem



i/lub przysypane śniegiem



a dłuższe spacery wymagają obuwia zimowego robionego na specjalne zamówienie przez firmy zaopatrujące piechotę morską oraz astronautów, gdyż cała reszta producentów butów zajęła się wytwarzaniem atrap nadających się jedynie do snucia po centrach handlowych (w poszukiwaniu kolejnej pary rzecz jasna), udaję się na przechadzkę po piętrach imponującego gmachu z czerwonej cegły - Muzeum Narodowego.

Gdzie przytulnie skrzypią parkiety, w przestronnych salach jest jasno, ciepło, zazwyczaj pusto i cicho. Co najwyżej panie z obsługi wymieniają się mniej lub bardziej dyskretnie informacjami na temat mężów, dzieci i innych rozrywek. Zaraz po tym oczywiście jak upomną zabłąkaną owieczkę w kwestii kierunku zwiedzania. O tak, kierunków panie pilnują z uporem godnym wielotysięcznego tłumu przetaczającego się dziennie przez Muzeum Orsay.

W każdym dziale mam swoich faworytów, do których przychodzę regularnie z wizytą jak do ulubionej babci i dziadka, żeby po raz kolejny posłuchać ich historii. Wiem, że są, czekają, zawsze w tym samym miejscu i jest to przyjemne uczucie czegoś pewnego i niewzruszonego w pędzącym, chaotycznym świecie, często towarzyszy takiemu spotkaniu również błogie wrażenie rozpłynięcia się czasu i w czasie. (Polecam tę odmianę nirwany;)

W galerii Sztuki polskiej XVII-XIX wracam do Bretonki na progu chaty Anny Bilińskiej-Bohdanowicz.

Nie kalkulowałam, blogowe drogi same prowadzą do Francji. Bilińska, urodzona w Złotopolu na Ukrainie w 1857, uczyła się prywatnie rysunku u Andriollego i Gersona. W Paryżu kontynuowała naukę w Akademii Julian, gdzie później zaproponowano jej pracę opiekunki studia. Wystawiała swoje dzieła w Salonie paryskim. Za Autoportret zdobyła srebrny medal na Wystawie światowej w Paryżu w 1889.
Po ślubie w 1892 roku wyjechała z mężem do Warszawy, rok później zmarła na serce.



Malarka odżegnywała się od impresjonizmu, by popełnić obraz, który cały jest mistrzowską, precyzyjnie skonstruowaną grą ze światłem, łagodną lecz niezwykle sugestywną pochwałą koloru, urody świata.

Młoda, śliczna dziewczyna w tradycyjnym bretońskim stroju wchodzi ze słonecznego ogrodu do ciemnego wnętrza domu. Uchwycona przez Bilińską na granicy światła i półmroku, radosna, ufna twarzyczka wzbudza zachwyt i niepokój. Co przyniesie jej przyszłość ukryta w cieniu, dorosłe życie, w które wejdzie niedługo.

Mnie przyszłość na pewno zaprowadzi znów do Narodowego, czego i Wam, drodzy Czytelnicy, życzę.

wtorek, 15 stycznia 2013

Słodko-gorzka sztuka czekolady



Podczas grudniowej wizyty w podparyskim Saint Germain en Laye z jednej z witryn mrugnął do mnie wyłupiastym, czekoladowym okiem ... hipopotam.
Witryna należała do jego ojca, nie hipopotama, artysty czekoladnika Patricka Rogera i przedstawiała fragment rzeźby zatytułowanej Hippo-choco - zagrożone wyginięciem.

Monsieur Roger wysunął się w swoich kreacjach kilka kroków przed konkurencję, kładąc nacisk nie tylko na zawartość składnikową, ale i ideową, rzeźbiąc ręcznie w gigantycznych blokach czekolady zagrożone gatunki zwierząt, niedźwiedzie polarne, słonie, goryle, podejmując tematy świadczące o jego zaangażowaniu w problemy środowiska naturalnego.

Stadko hipopotamów taplających się na dnie błotnistej rzeki ma zwrócić uwagę na tenże gatunek i jego dramatyczne wędrówki przez wysuszone afrykańskie doliny w poszukiwaniu rzek wystarczająco głębokich, aby powić w nich potomstwo. W ostatnich latach problem nasila się ze względu na coraz niższy poziom wód. Stworzony "batonik" liczył prawie siedem metrów długości i ważył ponad cztery tony, zanim został podzielony na części celem wyeksponowania w oknach wystawowych kilku dizajnerskich butików Patricka Rogera oferujących czekoladki w przeróżnych, rzekomo idealnych smakach, których twórca szuka po całym świecie, jak głosi jego strona internetowa.

Tytuły artysty, mistrza nadawane i noszone przez kucharzy oraz cukierników nie dziwią nikogo w kraju, który nader ceni rozkosze wszystkich zmysłów. Pisałam już o tym, że we Francji sztuką się żyje, oddycha. Sztukę się konsumuje. W dosłownym znaczeniu również.

niedziela, 6 stycznia 2013

Provins

To była jedna z nielicznych niedziel tej jesieni i zimy w Ile de France, gdy nad głową nie wisiały szare opony, lecz rozpościerało się wysokie, błękitne niebo. Z rana zwyczajowo pojawił się ośli dylemat nadmiaru i obfitości, "i Paryż nęci, i okolice wabią". Pomimo magnetycznej siły oraz zaborczości tego pierwszego, postanowiliśmy dać odpocząć wzrokowi od kamienicznych wąwozów, spuścić oczy ze smyczy wysokiej zabudowy, żeby poigrały z linią horyzontu, pohasały na polach szerokich. Krótko mówiąc, wyrwaliśmy się do miasteczka Provins, położonego 90 km od Łuku Triumfalnego i Pól Elizejskich, wśród łagodnych wzgórz Szampanii.

O Provins czytałam w przewodnikach, iż należy do najlepiej zachowanych średniowiecznych miast Francji. Mniejsza o superlatywy, których nadużywają poradniki dla turystów w manii klasyfikowania i tworzenia rankingów. Provins jest piękne, a jednocześnie skromne, nie epatuje wiekiem... średnim, nie narzuca się w efekciarski sposób. By użyć stopnia najwyższego - najprzyjemniej odkrywać je uważnie, smakować nieśpiesznie, czemu ogromnie sprzyja wizyta zimową porą, gdy ilość ciekawych jednego z "najlepiej zachowanych...", pikuje w dół osiągając poziom bliski zeru. Nad miastem górują wspaniałe średniowieczne konstrukcje - mury obronne, Wieża Cezara, kolegiata, w której Joanna d`Arc uczestniczyła w mszy. Jednak paradoksalnie to zejście pod ziemię uświadomiło mi w pełni niezwykłość miejsca...


Mury obronne
Wieża Cezara na trzecim planie...
... i w pełni okazałości
Wiele skromnych, kamiennych domów mieszkalnych wygląda jakby wzniesiono je przed dwustu czy trzystu laty. Dopiero zajrzenie do położonych pod nimi piwnic pozwoliło mi ogarnąć rozumem wiek i autentyczność zabudowy prawie całego Provins, poczuć dreszczyk dziewięciuset lat historii na plecach.
Przez drzwi, wiodące bezpośrednio z ulicy, po stromych, kamiennych schodach schodzi się do zaskakująco głębokich, obszernych podpiwniczeń o wysokich, łukowatych sklepieniach wspartych na smukłych, rzeźbionych filarach. Te pomieszczenia krzyczą o kunszcie ówczesnych budowniczych, solidności konstrukcji i zupełnie nie przystają do prostej części naziemnej, gdyż przypominają raczej komnaty gotyckich zamków.

Miasto skryło swoje skarby (i powaby) kilka metrów pod ziemią. Piwnice służyły do przechowywania lub ekspozycji towarów, w tym cennej wełny, przypraw m.in. podczas dorocznych Jarmarków szampańskich, jakie odbywały się tu w wiekach XII i XIII, przyciągając kupców z całej Europy i przyczyniając się do rozkwitu Provins.

W razie potrzeby podziemne miasto dawało schronienie domownikom, nocleg przybyłym na targi kupcom, niektóre sale wykorzystano na przytułki dla chorych i ubogich, miejsca spotkań przeróżnych stowarzyszeń. Obecnie część z nich została zagospodarowana przez miejscowych na sklepy, restauracje. Zachowały się również kilkunastometrowe podziemne galerie wykorzystywane być może do bezpiecznego przemieszczania się przez bankierów i bogatych kupców, gdy Provins było ważnym centrum finansowym, siedzibą hrabstwa Szampanii.


Domy o konstrukcji szkieletowej, zdradzającej średniowieczną proweniencję
na pierwszy rzut oka...
... i te niepozorne
Budynek z "salą balową"
Zeszliśmy do wielu otwartych piwnic, zajrzałam przez wybite okienka do kilku opuszczonych. Pod jednym z budynków, okazalszym od pozostałych, trwa w półmroku istna sala balowa...

W księgarni historycznej wdałam się w pogawędkę z młodym sprzedawcą, który potwierdził sędziwy wiek "lokalu". Jedynym współczesnym elementem były płytki na podłodze. Brak oryginalnych wynikał z faktu, że w większości piwnic pozostawiano klepisko.

Wędrowaliśmy cały dzień z góry na dół, z ciemności w światło, z teraźniejszości w czas miniony... Bardzo udana wycieczka.

Narożnik Placu Zamkowego - centrum górnego miasta
Kościół św. Ayoula (??) w dolnym mieście



Fragment bramy św. Jana
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...