sobota, 19 stycznia 2013

Bretonka we Wrocławiu

Gdy miasto skute lodem



i/lub przysypane śniegiem



a dłuższe spacery wymagają obuwia zimowego robionego na specjalne zamówienie przez firmy zaopatrujące piechotę morską oraz astronautów, gdyż cała reszta producentów butów zajęła się wytwarzaniem atrap nadających się jedynie do snucia po centrach handlowych (w poszukiwaniu kolejnej pary rzecz jasna), udaję się na przechadzkę po piętrach imponującego gmachu z czerwonej cegły - Muzeum Narodowego.

Gdzie przytulnie skrzypią parkiety, w przestronnych salach jest jasno, ciepło, zazwyczaj pusto i cicho. Co najwyżej panie z obsługi wymieniają się mniej lub bardziej dyskretnie informacjami na temat mężów, dzieci i innych rozrywek. Zaraz po tym oczywiście jak upomną zabłąkaną owieczkę w kwestii kierunku zwiedzania. O tak, kierunków panie pilnują z uporem godnym wielotysięcznego tłumu przetaczającego się dziennie przez Muzeum Orsay.

W każdym dziale mam swoich faworytów, do których przychodzę regularnie z wizytą jak do ulubionej babci i dziadka, żeby po raz kolejny posłuchać ich historii. Wiem, że są, czekają, zawsze w tym samym miejscu i jest to przyjemne uczucie czegoś pewnego i niewzruszonego w pędzącym, chaotycznym świecie, często towarzyszy takiemu spotkaniu również błogie wrażenie rozpłynięcia się czasu i w czasie. (Polecam tę odmianę nirwany;)

W galerii Sztuki polskiej XVII-XIX wracam do Bretonki na progu chaty Anny Bilińskiej-Bohdanowicz.

Nie kalkulowałam, blogowe drogi same prowadzą do Francji. Bilińska, urodzona w Złotopolu na Ukrainie w 1857, uczyła się prywatnie rysunku u Andriollego i Gersona. W Paryżu kontynuowała naukę w Akademii Julian, gdzie później zaproponowano jej pracę opiekunki studia. Wystawiała swoje dzieła w Salonie paryskim. Za Autoportret zdobyła srebrny medal na Wystawie światowej w Paryżu w 1889.
Po ślubie w 1892 roku wyjechała z mężem do Warszawy, rok później zmarła na serce.



Malarka odżegnywała się od impresjonizmu, by popełnić obraz, który cały jest mistrzowską, precyzyjnie skonstruowaną grą ze światłem, łagodną lecz niezwykle sugestywną pochwałą koloru, urody świata.

Młoda, śliczna dziewczyna w tradycyjnym bretońskim stroju wchodzi ze słonecznego ogrodu do ciemnego wnętrza domu. Uchwycona przez Bilińską na granicy światła i półmroku, radosna, ufna twarzyczka wzbudza zachwyt i niepokój. Co przyniesie jej przyszłość ukryta w cieniu, dorosłe życie, w które wejdzie niedługo.

Mnie przyszłość na pewno zaprowadzi znów do Narodowego, czego i Wam, drodzy Czytelnicy, życzę.

7 komentarzy:

  1. Cóż za cudowna perełka! Niezwykły, niczym fotografia robiona pod światło, wspaniale uchwycony moment, ma się wrażenie, że Bretonka wchodzi do naszego mieszkania...i niezwykła historia tej malarki, o której nigdy nie słyszałam. Może kiedyś będę miała okazję obejrzeć ten obraz "na żywo"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Holly, okazję (czyt. samolot) wystarczy zabukować ;) Dziś przeczytałam, że wspomniana galeria sztuki polskiej idzie do remontu od kwietnia do listopada br., część dzieł będzie prezentowana w innej sali, "Bretonka" może być trudno uchwytna. Jednak nie ma nic stałego na tym świecie... Mam dla Ciebie również dobrą wiadomość. W ramach projektu "Ganymed goes Europe" m.in. Twój ulubieniec Mariusz Wilk przygotuje tekst inspirowany obrazem z wrocławskiego MN, na podstawie którego powstanie następnie monodram. Więcej info o tym wspaniale zapowiadającym się wydarzeniu tu:
      http://www.ganymedgoeseurope.com/html/wroclaw.html

      Usuń
    2. Bee, to ja się melduję 24 maja we Wrocławiu, jeszcze muszę tylko przekonać o konieczności przetrzymania mnie na 2-3 noce Ewę! Projekt niesamowity...ale Wilk na zdjęciu wygląda naprawdę jak wilk...

      Usuń
    3. Super! I nie musisz nikogo przekonywać. Przechodzę na kanał prywatny.

      Usuń
  2. Bee, rok kolejny z rzędu to u ciebie widzę, że Odrę naszą, rodzoną, skuło lodem. Odkąd nie mieszkam 100 m od Odry, jeno 100 m od innej z naszych 6-ciu rzek - Ślęży (która zamarzać nie myśli) nie wiele wiem o 'szerokim świecie'.
    A nie mogłaś to zanęcić mnie-koleżanki do zwiedzania pospołu - okazałego budynku z czerwonej cegły, który większą część roku spowija (na dodatek) bujny bluszcz?
    http://www.mnwr.art.pl/ - to dla tych nie z Wroclove!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewciu, mea culp...owato myśląca głowa! Poprawię się :)
      Zamarzniętą Odrę, a wcześniej płynącą po niej krę, odnotowuję z upodobaniem jako zjawisko piękne, niezwyczajne i szybko przemijające (uff, na szczęście).

      Usuń
  3. Bee, przed kilkoma laty zobaczyłam po raz pierwszy w życiu skuty lodem przełom Bugu, też zrobił na mnie niesamowite wrażenie, zdjęcie wyglądałoby podobnie. A w ubiegłym roku, widziałam w Kijowie Dniepr, też niesamowity. Nie dziwię się więc Twojej fascynacji skutą lodem Odrą...oglądając jednak takie obrazy drżę, że lód może się zamienić na wiosnę w powódź, ale może w tym roku nie będzie z Odrą kłopotu...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...