wtorek, 28 października 2014

Arles i van Gogh

Dlaczego van Gogh nie dotarł do Marsylii?
Ponieważ zatrzymał się w Arles i nie miał już ochoty stamtąd wyjeżdżać.
Oczywiście jest to tylko efektowne uproszczenie na potrzeby tego wpisu. Ziarnko prawdy owinięte trudną codziennością malarza, kłopotami finansowymi i zdrowotnymi.

Faktem niezaprzeczalnym jest, iż boski Vincent (określenie znacznie bardziej uprawnione niż w przypadku Valentino) doczekał się w Arles Anno Domini 2014 Fundacji.

Widok na miasto z Fundacji Vincenta van Gogha
Fundacja od frontu...
...i z góry. Na dachu efektowna, choć tu tego nie widać, instalacja Raphaela Heftiego z tafli kolorowego szkła.
Rozsuwana brama wejściowa z dziełem Bertranda Laviera, ukazującym podpis van Gogha i charakterystyczną fakturę jego obrazów.
"... w przyszłości należałoby używać w katalogu mego imienia, nie zaś nazwiska, jak to robię podpisując obrazy. Vincent, a nie van Gogh, dla tej prostej przyczyny, że nazwiska nikt tu nie potafi wymówić." - pisał artysta do brata Theo.
Na inaugurującą działanie Fundacji czasową wystawę pt. "Van Gogh żyje!" składały się m. in. obrazy malarza powstałe w Arles i okolicach oraz prace współczesnych artystów inspirowane w mniej lub bardziej oczywisty sposób jego twórczością.

Thomas Hirschhorn stworzył "Wewnętrzny ołtarz van Gogha" - zajmującą kilka pomieszczeń instalację zbudowaną z przedmiotów wykorzystujących dzieło i mit artysty. Zaczynając od książek, albumów i kalendarzy, na talerzach, tackach i poduszkach kończąc. Autor instalacji zgromadził setki, może nawet tysiące przedmiotów lub ich fotografii rodem ze sklepów z pamiątkami, połączył je aluminiowymi neuronami, gdyż akcja dzieje się w mózgu młodej Japonki-obsesjonatki vangoghowskiej, i skontrastował z cytatami z listów niedocenionego za życia malarza. Przy obsesjach kultury masowej i schizofrenii rynku sztuki, psychiczne problemy van Gogha wydają się niewielkie... ;)




Sklepu z pamiątkami jednak nie zabrakło w Fundacji
Żaden malarz nie potrafił tak jak Vincent oddać świetlistości i nasycenia kolorów Południa. Żółty dom z mieszkaniem i pracownią Boskiego ostał się próbie czasu tylko na obrazie. Obecnie w miejscu budynku, tuż za murami miejskimi, znajduje się banalne rondo.
Istnieje nadal malowana przez van Gogha kawiarnia.
Teraz kilka fotogenicznych widoków Arles, jakim mniej więcej widział go malarz.







sobota, 18 października 2014

Pogwarki o diecie i etyce

Park Wschodni. Siedzimy na schodach nad rzeczką i obserwujemy łabędzia.
Przechodzi pani z psem przypominającym z pyska tapira.
- To jest łabędź - tłumaczy właścicielka pupilowi.
Psina spogląda na pierzastego z umiarkowanym zainteresowaniem.
- Tego się nie je - pani kontynuuje lekcję przyrody i etycznego odżywiania.
:))

"I kto tu kogo obserwuje?"















wtorek, 14 października 2014

"Dziady" we Wrocławiu

Moja relacja z czasem jest coraz trudniejsza. Zupełnie się już nie rozumiemy. On ciągnie w jedną, ja w drugą. On pędzi w peletonie depcząc wszystko i nie rozglądając na boki, ja wlokę się w ogonie usiłując zobaczyć i zabrać ze sobą, ile się da. Doganiam go rzadko, tylko, gdy muszę. Wolę ogon. Trzeba sobie powiedzieć jasno - przyjaźń się skończyła.

Ostatnio udało mi się zagarnąć sporo wspaniałości. M.in.:

"Dziady" w Teatrze Polskim we Wrocławiu



Takiego Gustawa jeszcze nie było. Momentami męski i poważny, głównie jednak chłopięco niedojrzały i histeryczny. Artysta muzyk, sądząc z wokalnych popisów oraz rockowego wizerunku, i kabotyn. Chwilami kpiarski i zdystansowany, bierze wszystko w cudzysłów, kokietuje publiczność, zwracając się bezpośrednio do niej. Porzucony przez kobietę z krwi i kości, do której atrakcyjnych kształtów referuje kilkukrotnie, nieszczęśliwie zakochany w niej, w sobie, nie radzący sobie z uczuciami, z cierpieniem. W interpretacji Bartosza Porczyka Gustaw mieni się wszystkimi odcieniami znerwicowanego współczesnego mężczyzny. (Ups, sorry.)

Jako widz jestem w pełni usatysfakcjonowana tą szarżującą, świadczącą o talencie i charyzmie, niepozwalającą na chwilę znużenia rolą. Jako widz-kobieta... chciałabym zobaczyć jak Porczyk odnajduje w Gustawie mężczyznę-opokę, sprzed kryzysu tożsamości i dewaluacji miłości. Myślę, że byłoby to jeszcze bardziej fascynujące przeżycie.

Reżyser, Michał Zadara, znakomicie uwspółcześnił swoją inscenizację "Dziadów", części I, II i IV, przenosząc je w aktualne realia i kostium, unikając przy tym poprawiania Mickiewicza, czyli nieodzownego w "nowoczesnej" reżyserii teatralnej majstrowania przy tekście. Więcej! Serwując pełną, nieokrojoną wersję dramatu. Cześć Mu za to i chwała!

Akcja rozgrywa się m. in. w pokoju nastolatki w modnych okularach i luźnym koku na czubku głowy (dobra rola Anny Ilczuk), marzącej o wielkiej miłości, która nada sens istnieniu. W zapaskudzonym nielegalnie wysypywanymi śmieciami lesie, po którym błądzą myśliwi, a młodzi ludzie imprezują lub rozmawiają przy ognisku "o życiu". Obrzęd przyzywania duchów odbywa się na niedokończonej budowie, pod wodzą groteskowego Guślarza (Mariusz Kiljan), "oszołoma" na czele sekty. Nieodparty komizm i brawurowe aktorstwo scen II części (rewelacyjna Sylwia Boroń w roli Dziewczyny) nie ujmuje wagi przesłaniom przynoszonym przez poszczególne duchy.



Spektakl z dwoma przerwami trwa cztery godziny, bardzo młodzi w przeważającej części widzowie (licealiści jak mniemam z krągłej świeżości lic) siedzą nadspodziewanie cisi i zainteresowani jak na trudną, romantyczną mowę wiązaną, na koniec nagradzając twórców owacjami na stojąco. To, wespół z moją minirecenzją, powinno stanowić nie najgorszą rekomendację.

Na przyszły rok planowana jest premiera III części. Płonę z niecierpliwości.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...