piątek, 21 czerwca 2013

Przystanek Alaska

Przed wylotem Spidera na konferencję na Alaskę, Bee, która zna juesej jedynie z filmów i seriali, instruuje:
- Tylko nie łaź tam nigdzie po nocach, bo wiesz, te amerykańskie miasta...niebezpieczne dzielnice... gangi... handlarze narkotyków... handlarze bronią... 
- Dobrze, dobrze.
- ...terroryści... wariaci...
- OK!
- ...femmes fatales...
- Obiecuję, że postaram się wracać do hotelu zanim zapadnie cieemnaaa nooc.

Okazało się, że w Anchorage o tej porze roku ciemność nie nastaje, gdyż występują białe noce... Spryciarz!

wtorek, 18 czerwca 2013

Bajka o irysach i malarzu

Liczyłam na długie, spokojne panowanie królewskich irysów, podczas którego rozkwitnie sztuka ... kwitnienia, a wierni poddani będą mogli do woli napawać się kolorem, kształtem, fakturą, zapachem, przesłaniem dzieła (sic! niosą swój skromny przekaz).
W ogrodzie botanicznym było zatrzęsienie irysów w tym roku. Dziesiątkami gatunków i odmian, falujących zalotnie rokokowymi sukienkami, skrzących się drobinami złota i srebra, obsadzono długie rabaty wzdłuż ścieżek i trawników. Chowajcie się wschodnie kobierce i siedmiobarwne tęcze!



Niestety, czerwiec anno Domini 2013 okazał się wyjątkowo burzliwym czasem rządów. Irysy toczyły nieustające boje z wrednym zimnem, paskudnym deszczem i wstrętnym wiatrem. Wyszły z tych walk poszarpane, zbrzydłe, ale zwycięskie i już miały rozwinąć ostatnie infanckie pąki, gdy nadszedł nadgorliwy ogrodnik i ściął im łodygi u nasady zostawiając na pobojowisku smętne liście.

Nie ostałam się sama w rozczarowaniu i niepocieszeniu. Mój ogrodowy znajomy, długowłosy malarz-amator, raczej odklejony od rzeczywistości, nie dokończył przez te porządki obrazu. Zamówiła go jedna pani dając nawet zaliczkę. Oglądałam wczoraj bladobłękitne irysy na białym tle zajmujące środek i lewą stronę płótna. Prawą miały wypełnić ciemnofioletowe, ale
ten artysta maluje tylko z natury, więc obecnie ma problem, gdyż ukatrupiono mu modeli. "Jakbym wiedział, że zetną, to bym poprosił dyrekcję o dwa dodatkowe dni." Ba, gdybym wiedziała, wynajęłabym agencję ochrony. Chcąc jakoś pomóc post strasznem factum, rzekłam, iż uchował się brązowy irys na klombie najbliższym kościoła św. Krzyża, więc może by tak ten brązowy... Ale nie. Zleceniodawczyni życzyła sobie fioletowe, będzie musiała rok poczekać. Sztuka wymaga konsekwencji i poświęceń.

Owego malarza widywałam w ogrodzie w zeszłym roku. Wpatrywał się w kwitnące słoneczniki. Z bardzo bliska, z natężeniem, wplątany w wysokie łodygi, schowany w bezruchu. Można się było przestraszyć niczym gigantycznego owada.
"Współczesne wcielenie van Gogha......" - pomyślałam.

W maju rozmawialiśmy po raz pierwszy. Malował peonię drzewiastą. Powiedział, że śni mu się Gauguin i daje jakieś wskazówki. Wszystko się zgadza...
Chyba powinnam też złożyć zamówienie na parę płócien...

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Skrzypek wciąż gra...

Na "Skrzypku na dachu" zainscenizowanym na dziedzińcu zamku Topacz w podwrocławskiej Ślęzy wylądowaliśmy niespodziewanie i nieplanowanie za sprawą przyjaciółki, która przyleciała na kilka dni z Paryża i ujrzawszy wielki baner reklamujący kolejne plenerowe przedsięwzięcie Opery wrocławskiej stwierdziła, że właśnie tego punktu brakowało w naszym bogatym programie kulturalnym. (Zrezygnowałyśmy w związku z tym z uczestnictwa w wykładzie na temat pneumatyki aktora - techniczne objaśnienie pojęcia przez Spidera pomogło nam stosunkowo łatwo pogodzić się z koniecznością wyboru - oraz z koncertu chóru w Auli Leopoldina). Pewnego zagrożenia upatrywaliśmy w czarnych chmurach zalegających na niebie niczym byk na pastwisku i słupku rtęci opadającym w okolice 10C, ale zastosowaliśmy technikę pozytywnego myślenia i przyjęliśmy założenie, że w ciągu najbliższych godzin temperatura podniesie się do 25C.

Na wszelki wypadek za radą innej uczestniczki eskapady, przyjaciółki-wrocławianki, bywalczyni koncertów organizowanych w klimatycznych (ze wskazaniem na klimat arktyczny) wnętrzach "gotyckich kościołów oraz romańskich klasztorów", zaopatrzyliśmy się w koce wełniane i kurtki zimowe (przypominam, iż opisywane wydarzenia toczą się pod koniec maja). Z własnej inicjatywy zabraliśmy czapki (pod wpływem proroczej wizji wrzuciłam do plecaka nawet zapasową, która okazała się wielce przydatna), rękawiczki oraz różne pobudzacze krążenia i podkręcajki humoru (gorąca, zielona herbata i zimna, prawie czarna czekolada, żeby nie zostawić pola dla insynuacji). Nie zabraliśmy jedynie parasoli, gdyż regulamin imprezy zabraniał utrudniać widoczność innym uczestnikom.

Arcypunktualnie dotarliśmy wesołą gromadą na miejsce 45 minut przed rozpoczęciem, co z niedowierzaniem odnotowuję, gdyż w pojedynkę takie rzeczy mi się nie przytrafiają. Dało nam to możliwość przyjrzenia się przerobionym na luksusowy obiekt hotelowy powozowni, stajni (gdyby poprzedni mieszkańcy mogli to zobaczyć!), rządcówce, nadal remontowanemu renesansowemu dworowi oraz przespacerowania się po parku.

Następnie uwaga nasza skupiła się niepodzielnie na spiętrzonych na scenie drewnianych zabudowaniach Anatewki i rozwijającej się akcji oraz odrobinę na szczelniejszym owijaniu się kocami. W samą porę nadeszła przerwa, podczas której pokrzepiliśmy się i odbyli sesję fotograficzną w czapkach (która będzie ilustrować maj w kalendarzach na 2014 rozpowszechnianych przez ambasady polskie wśród zagranicznych nacji celem utwierdzenia ich w przekonaniu, iż w Polsce występują niedźwiedzie polarne i pingwiny).

Po przerwie okazało się, że wiatr przegnał chmury i nad Anatewką zaświecił najprawdziwszy księżyc w pełni, a nad widownią prawdziwe gwiazdy. Dla takich niezwykłych zderzeń kultury i natury warto wyprowadzać sztukę z budynków. (Uważam nawet, że olbrzymią widownię byłoby warto wznieść dla samego spektaklu, jakim uraczyła nas przyroda. Bowiem po kontemplacji kosmicznego piękna ciał niebieskich, przyszła pora na podziwianie harców w stratosferze - wiatr przesuwał pierzaste łąki i góry z chmur przed księżycową lampą fundując Ziemianom perspektywę metafizyczną.)



Wrocławskiej inscenizacji musicalu brakowało w moim odczuciu żywiołowości i energii, jakiegoś "wespół w zespół", zaś postaci Tewjego Mleczarza w wykonaniu Bogusława Szynalskiego wdzięku czy charyzmy, jego głos/interpretacje brzmiały często zbyt jednostajnie. Podobało mi się kilka duetów w drugim akcie, zachwycił ciekawy głos Katarzyny Haras w roli średniej córki Hudel, muzyka wiele razy zabrzmiała pięknie. Do imponującego rozmachu operowych produkcji jesteśmy we Wrocławiu przyzwyczajeni. Drugi akt wypadł zdecydowanie lepiej niż pierwszy.



Opowiedziana w baśniowej konwencji (bez bajkowego happy endu) historia rodziny Tewje Mleczarza bawi za sprawą na przemian rzewnie tkliwej i ujmująco radosnej muzyki oraz wciąż zabawnych tekstów piosenek i dialogów ("kiedy Żyd je kurę, to albo Żyd, albo kura musi być chora"). Jej przekaz okazuje się jednak niezwykle pojemny. Uniwersalny apel o życzliwość, szacunek, tolerancję dla drugiego człowieka, dla innej nacji. Wieczne tułaczki narodu żydowskiego rezonują z peregrynacjami współczesnych emigrantów, co świetnie opisała HollyWydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce czy we Francji pokazują jak bardzo aktualna jest opozycja pomiędzy orędownikami kultywowania tradycji, obyczajów, które mogą stanowić o tożsamości, dawać oparcie, poczucie bezpieczeństwa, gdy zabraknie gruntu lub korzeni a zwolennikami zniesienia sztywnych zasad i reguł, kiedy w grę wchodzi indywidualne szczęście.

Część widzów ruszyła z kopyta na parkingi, jeszcze przed końcowymi ukłonami... Nam się nie śpieszyło, wyjeżdżaliśmy pół godziny, co tylko wzmocniło jeden z najważniejszych składników indywidualnej szczęśliwości: przebywanie w dobrym towarzystwie.

niedziela, 2 czerwca 2013

Inżynier a teatr nowoczesny

Po wizycie w teatrze na skomplikowanej, nowoczesnej inscenizacji.
BEE (do Spidera): Podziel się ze mną swoimi refleksjami.
SPIDER (ponuro): Ja jestem prostym inżynierem i nie miewam refleksji, tylko uwagi techniczne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...