środa, 30 listopada 2011

We mgle

Z Vitré udaliśmy się do położonego kilka kilometrów dalej, gotycko majaczącego we mgle Château des Rochers-Sévigné. W pełnym słońcu widzieliśmy już tyle zamków, obfotografowaliśmy tyle pałaców na tle nieskazitelnego błękitu, że zmiana scenerii podziałała odświeżająco na wyobraźnię.

Zamek od strony ogrodu francuskiego zaprojektowanego przez Le Notre`a

i od "podwórka"

Posiadłość upodobała sobie Madame de Sévigné, autorka sławnej korespondencji, dzięki której mgła spowijająca wiek XVII jest nieco rzadsza. W ponad tysiącu listów, w przeważającej większości adresowanych do córki, lecz kopiowanych i czytanych przez znacznie szersze grono czytelnicze jeszcze za życia autorki, dowcipnie komentowała m.in. wydarzenia towarzyskie, kulturalne, polityczne z życia dworu Króla Słońce Ludwika XIV, relacjonowała obyczaje panujące wśród arystokracji stołecznej i prowincjonalnej.


W powyższym kałamarzu pracowicie maczała pióro

W kasie siedziała miła pani, bileterka i przewodniczka w jednej osobie, mieszkanka pobliskiego Vitré. Byliśmy jedynymi chętnymi na turę o godzinie 15.15 - uroki zwiedzania w listopadzie. W tak kameralnym gronie obejrzeliśmy wnętrze kaplicy i dwie komnaty w baszcie, gdzie zgromadzono trochę mebli z czasów pisarki, kilka pamiątek po niej, portretów rodziny i sąsiadów. Najciekawszym eksponatem jest naturalnej wielkości portret Madame z roku 1644, w którym ukończyła 18 lat i poślubiła, wygląda na to, że z miłości, Henri`ego de Sévigné. Obraz przedstawia świeżą, piękną, szczęśliwą młodą kobietę. (Co ciekawe, zdradza sporo cech indywidualnych, odbiegając od powszechnej wówczas maniery wpasowywania obiektu w obowiązujący ideał piękna, na który składały się małe usta, duże oczy o niewidocznych rzęsach, pulchne twarzyczki o lekko zarysowanym drugim podbródku, krągłe ciała. W rezultacie wszystkie comtessy, duchessy i madamy wyglądają jak jedna i ta sama osoba w różnych sukienkach.

Ciśnie się kolejna dygresja, jak mało wspólnego z ówczesnym ma obecnie lansowany kanon kobiecej urody. Ostały się ino duże oczy. Cała reszta udała się na przeciwległe bieguny. Idealne usta przełomu wieków XX/XXI winny być napompowane niczym dętki na sekundę przed pęknięciem, ciała wyssane z tłuszczu metodą dowolną. Moim zdaniem idealny byłby brak ideałów w tej materii ;)

Zamek stanowi własność prywatną księcia czy innego earla, który mieszka tu wraz z małżonką, ich dorosłe dzieci przedłożyły różnorodność Paryża nad spokój prowincji. Podwórze z rozległym trawnikiem, zabudowania nieopodal, większość angielskiego ogrodu należą do klubu golfowego. Wstęp za bramę tylko na chwilę z przewodniczką, żeby spojrzeć na zamek od drugiej strony. Na koniec zostaliśmy sami w parku, po którym błądziliśmy niczym parweniuszowe dzieci we mgle, natykając się co krok na tabliczki "teren prywatny earla", "teren klubu golfowego". Jakbyśmy trafili do nieba ... o ograniczonym zasięgu...

wtorek, 29 listopada 2011

Pogwarki motoryzacyjne

Spider przekonuje Bee do zakupu nowego samochodu:

- Tak sobie spokojnie żyjesz... Ty wszystkich przeżyjesz. Jeszcze będziesz miała niejednego męża... A po mnie ci najwyżej zostanie Qashqai...

Le crétin!!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Vitré, czyli o domach i ludziach

W weekend udaliśmy się z przyjacielską wizytą do Bretanii. Niestety, Bretania nie była akurat usposobiona towarzysko i schowała się przed nami we mgle.

Na pierwszy ogień poszło średniowieczne miasteczko Vitré. Obecność wspaniale zachowanych zabudowań o konstrukcji szkieletowej odnotowaliśmy na równi z posezonowym deficytem turystów oraz ewidentnym brakiem ludności użytkującej owe zabudowania. Stopień wyludnienia był tak wysoki, iż nabraliśmy podejrzeń, że jakaś straszliwa epidemia zebrała tu okrutne żniwo.

Pusto wokół zamku

... na placach

i ulicach...

Przywykliśmy do tego, że w sobotnie popołudnia na paryskich rues, avenues i boulevards kwitnie najbujniej życie. Kto żyw, rusza w miasto metrem, rerem, rowerem, landroverem, żeby poprzerzucać ciuszki w butikach i sieciówkach, obejrzeć nowości w galeriach i muzeach, posiedzieć na chodniku, znaczy w kawiarni, skonsumować ogromny talerz sałaty, przyrządzonej przez kogokolwiek, byle nie własnymi rękami, zaopatrzyć się na wieczór w "smakołyki" z cukierni lub u Chińczyka (pozwoliłam sobie wstawić cudzysłów, gdyż nader często te pierwsze lepiej wyglądają niż smakują, drugie lepiej pachną niż smakują ;).

Dopiero znajomi w Rennes uspokoili nas, że z populacją Vitré wszystko w normie. Dżuma, cholera i czarna ospa nie gościły tam od wieków, po prostu w godzinach 12-14 mieszkańcy jadają własnoręcznie przyrządzony lunch, we własnym domu, w towarzystwie własnej rodziny, gdyż w tygodniu nie mają czasu na kultywowanie przy wspólnych posiłkach wartości rodzinnych. Interpretacja tak urocza, że ... zarzućmy wszelki sceptycyzm i trzymajmy się jej.

środa, 23 listopada 2011

Niespodzianka

Spider: Postanowiłem wprowadzić więcej elementu niespodzianki do naszego związku.
Bee: Suupeeer!
Spider: To czym mam cię zaskoczyć?

I to było na tyle :)

wtorek, 22 listopada 2011

FIP, FIP HURRA!!!

Radio FIP odkryłam kilka dni po przyjeździe do Francji i zakochałam się od pierwszego słyszenia. Przez kolejny rok nawet nie przemknęło mi przez myśl, żeby zmienić stację. Z przykrością rozstawałam się z nim na noc lub wychodząc z domu. Spider byłby zazdrosny, gdyby nie popadł w to samo uzależnienie. To jedyne radio, jakie znam, które W OGÓLE nie emituje reklam, gra wszystkie gatunki muzyczne POZA popem, a utwory pochodzą zawsze z wysokiej półki.
Znudzić się nim nie można, bo co kilka minut wyciąga z kapelusza - pięknego klasyka, ambitną nowość, interesujący eksperyment, niezwykłego twórcę. Po Jimie Morrisonie, następuje klimatyczny jazz z lat 40., potem Beethoven, Coldplay, wspaniałości ze Szwecji, bossa nova, afrykańskie bębny, urocza Doris Day, współczesna muzyka chińska, razu pewnego Anna Maria Jopek.

Poniżej nowość z Francji i wspaniałość ze Szwecji, czyli The Dø i Jenny Wilson, odkryte dzięki FIPowi.





niedziela, 20 listopada 2011

Centrum Pompidou

Lubię młodzieńczą energię Centrum Pompidou. I współczesną sztukę, bo pozwala wyobraźni odbiorcy na loty wysokie i wyrafinowane, niskie i niebezpieczne, na beczki i korkociągi myślowe.

El Anatsui Sasa (Płaszcz)

Andy Warhol Ten Lizes (Dziesięć Liz)



Od 21 września do 9 stycznia 2012 trwa w Pompidou wystawa czasowa Edwarda Muncha - obrazy, rysunki, ryciny, zdjęcia, ba, krótkie filmy zrobione przez niego amatorską kamerą.
Był szalenie pracowitym twórcą, zostawił po śmierci miastu Oslo ponad 1100 obrazów, 18 000 rycin, 4500 rysunków i akwarel.


Do 38 roku życia namalował około pięciu autoportretów, później ponad czterdzieści (!). Obsesja upływającego czasu pojawia się w okolicach "czterdziestki"??


P. S. Z niepokojem odnotowuję rosnącą ilość liczb, numerów, cyfr w moich wpisach... Czyżby to zdradziecki wpływ inżyniera Spidera na humanistyczny umysł???

sobota, 19 listopada 2011

Z inżynierem o związkach... frazeologicznych

Bee: Mówi się orli wzrok czy sokoli?
Spider: Sokoli, bo Orly to jest lotnisko.

piątek, 18 listopada 2011

Torebka - model Absurd

W domu aukcyjnym Artcurial niedaleko Champs Élyseés właśnie dziś odbyła się aukcja Hermès Vintage, na której można było wylicytować używane rzeczy wyprodukowane przez ten ekskluzywny paryski dom mody.
W katalogu znalazły się m.in. torebki:


Słynny model Birkin...


...za jedyne...


...równie znany Kelly...


...za około...


Na pocieszenie można sobie kupić apaszkę za niewielką sumę 100-400 euro.


Dziwny jest ten świat...

... w którym jedne kobiety noszą torebki Birkin, a inne tykwy z wodą na głowach.

P.S. Torebka i apaszka od Hermèsa "zagrały" w filmie Jamesa Ivory`ego Le Divorce. Obraz nie jest szczytowym osiągnięciem tego świetnego reżysera, raczej nieudaną próbą połączenia humoru i dramatyzmu w stylu Woody`ego Allena (a to udaje się tylko samemu Mistrzowi), ale warto go obejrzeć ze względu na osadzenie akcji w Paryżu, doborową obsadę (m.in. Naomi Watts, Glenn Close) oraz trafną a zjadliwą kpinę z przywar i słabostek Francuzów (Amerykanom i Anglikom także się nieco obrywa), jak również scenę serwowania wyrafinowanych dań w paryskiej restauracji - to hołd oddany kuchni francuskiej.

piątek, 11 listopada 2011

Urodzinowe pogwarki

Bezrobotna Bee: Urodziłam się o 15:45.
Pracoholik Spider: Czemu tak późno?
Bezrobotna Bee: A której twoim zdaniem powinnam?
Pracoholik Spider: O 7:20, żeby mieć więcej czasu...

Bezrobotna Bee: ...i od razu pójść do pracy?

poniedziałek, 7 listopada 2011

Przygód drogiej mej siostry cd.

Ma chere soeur zatęskniła za wieżą Eiffla, więc wpadła znów do Paryża.
Pierwszego wieczoru odbyła się uczta dla oczu...



a następującego po nim poranka ... uczta dla uszu, czyli sprzątanie liści na naszym osiedlu ;D


Gdybym wierzyła w reinkarnację, to uznałabym, iż ma chere soeur w obecnym niewinnym wcieleniu odpokutowuje grzechy poprzedniego, gdy była wynalazcą wiertarki udarowej :)

Zainteresowanych początkiem tej historii odsyłam tu

niedziela, 6 listopada 2011

Hrabina i jej teatr

Dzięki wizycie w ambasadzie Rumunii - rezydencji de Béhague - odkryłam szalenie interesującą postać jej byłej właścicielki - comtesse Martine Marie Pol de Béhague (1870-1939).

Była wielką admiratorką i koneserką sztuki, kolekcjonerką antyków, jedną z nielicznych kobiet w męskim świecie kolekcjonerów. Swoim jachtem Nirwana przemierzała morza i oceany w poszukiwaniu najcenniejszych, najbardziej niezwykłych okazów rzeźb, obrazów, mebli, perskich dywanów, monet, porcelany. Kolekcję zapisała w testamencie najprzystojniejszemu z bratanków, gdyż, jak twierdziła, "piękno przynależy pięknu".

Z mężem rozstała się po roku pożycia, wracając do panieńskiego nazwiska. Być może nie odznaczał się dość wyrafinowanym smakiem. Miała upodobanie do zielonych peruk, egzotycznych strojów. Przyjmowała gości leżąc na kanapie okryta skórami zwierząt, częstowała ich winem z antycznych pucharów. Przychodzili tłumnie znani malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, pisarze i poeci. Była egerią Paula Valery`ego, którego zatrudniła jako bibliotekarza. Marcel Proust utrwalił ją na kartach swojej powieści.

Rezydencję przy rue Saint Dominique odziedziczyła comtesse po przodkach i przebudowała tak, że współcześni okrzyknęli ją najpiękniejszym miejscem w mieście. Powstał tu m. in. największy w Paryżu prywatny teatr/sala koncertowa w przebogatym stylu bizantyjskim, w latach 50. ubiegłego wieku poddany przez ambasadę przeróbce, która polegała chyba głównie na pozbawieniu zdobień. Mimo wszystko a może dzięki ogołoceniu teatr robi ogromne wrażenie. Wchodzi się doń z wąskiego korytarza i nagle otwiera się zaskakująca perspektywa, wzrok rozbiega się na boki, frunie wysoko w górę pod ciemne wnętrze kopuły, głowa gorączkowo kalkuluje, jak ta olbrzymia sala pomieściła się w budynku?? A potem na przybysza z hałaśliwie pędzącego świata spada niespodzianie wielka cisza i spokój ducha (coraz bardziej anachroniczne określenie, które wciąż doskonale oddaje ten rzadki i pożądany stan wewnętrzny).


Oboje zgodnie a niezależnie poczuliśmy, że w teatrze hrabiny panuje atmosfera sprzyjająca wyciszeniu i koncentracji. Można by siedzieć godzinami, patrzeć w półmroczną przestrzeń i myśleć tylko o czarnym fortepianie:) Równie zgodnie stwierdziliśmy, że taki letarg wydaje się być stanem idealnym do słuchania muzyki klasycznej. Pracownik ambasady, z którym wdaliśmy się chwilę później w pogawędkę, wprawił nas niemal w euforię, informacją o koncertach, które odbywają się w sali. Chwała ambasadzie, że udostępnia to niezwykłe miejsce ludowi Paryża i okolic częściej niż raz do roku :) Hrabina byłaby ukontentowana, gdyż sama organizowała tu zarówno prywatne, jak i publiczne koncerty. Co by rzekła na temat przeróbki jej bizantyjskiego teatru, możemy się z dużym prawdopodobieństwem domyślać.

środa, 2 listopada 2011

Wszyscy Święci w Paryżu

Najbardziej obleganym miejscem na Pére-Lachaise pierwszego listopada był grób Chopina. Tego dnia tradycja, wewnętrzna potrzeba, odruch Pawłowa gnają Polaków na cmentarz, na grób kogoś bliskiego lub chociaż znajomego. Dobrym znajomym wszystkich jest Fryderyk Chopin, choć znamy się tylko ze słyszenia. Deptał paryskie bruki, niecałe 200 lat temu, więc dochodzi podobieństwo losów, dodajmy jeszcze poczucie dumy narodowej a rezultat będzie wzruszający:


Komuś chciało się przynieść magnetofon, z którego płynęła muzyka kompozytora. Była wiązanka od ambasady polskiej w Paryżu. Świece i znicze paliły się na rozłożonej z boku folii aluminiowej.

Znajomy Francuz, król panikarzy, nastraszył nas, że we Wszystkich Świętych na Pére-Lachaise przybywają takie tłumy ludzi, że nie zaparkujemy auta bliżej niż 3 km od cmentarza, poza tym pewnie w ogóle nie wejdziemy, bo zarząd będzie wpuszczał tylko rodzinę spoczywających tam w pokoju.
Wizje znajomego nie potwierdziły się.


Na niewielu grobach płonęły pojedyncze znicze lub stały kwiaty. Chryzantemami ustrojone zostały klomby przy kaplicy i alejka przy głównej bramie i tylko to przypominało o wyjątkowości tego dnia.

Zapaliliśmy świecę z pszczelego wosku Gustawowi Caillebotte, malarzowi z kręgu impresjonistów i świetnemu człowiekowi, filantropowi, społecznikowi. Pochodził z bardzo zamożnej rodziny, wspierał w chudych latach przyjaciół-impresjonistów skupując ich niezbyt cenione wówczas prace, organizując wystawy, płacąc za studio Moneta. Fundował bruk, oświetlenie, umundurowanie straży pożarnej w Petit Gennevillers, miasteczku pod Paryżem, gdzie zakupił posiadłość z wielkim ogrodem. Miał wiele pasji - budował jachty i brał udział w regatach, hodował kwiaty, szczególne upodobanie znajdując w orchideach, kolekcjonował znaczki i rzecz jasna malował.
Nigdy się nie ożenił, zmarł w wieku 46 lat, zapisując francuskiemu rządowi w testamencie 68 obrazów, w tym Moneta, Renoira, Maneta, Pissaro, Cezanne`a, Degasa. Stanowią obecnie dumę Muzeum d`Orsay.
Na rodzinnym nagrobku Caillebotte`ów nad autoportretem Gustawa umieszczono sztuczne kwiaty. Zasłużył moim zdaniem na świeże orchidee. Przynajmniej raz na rok.


Widok na Paryż z Pére-Lachaise

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...