wtorek, 31 maja 2011

W oparach absurdu

Proszę Państwa, oto Felix i Emanelia.


On pochodzi z Japonii i ma ponad sto lat, ona jest prawie stuletnią Niemką. Pozazdrościć formy i porcelanowej cery :) Zostały zakupione przeze mnie na aukcjach internetowych, a następnie z zachowaniem najwyższych środków ostrożności przywiezione przez naszych przyjaciół Betę i Tetę z Polski do Gif :)
W międzyczasie wyczytałam na najlepszej stronie poświęconej chińskiej i japońskiej porcelanie, że prawdziwy kolekcjoner obdarza imionami swoje zdobycze. Nie chciałam być nieprawdziwym, więc rozpętała się burza mózgów na temat imion, Beta i Teta z radością przystali na propozycję zostania rodzicami chrzestnymi i tego samego wieczoru odbył się chrzest winem :) Teraz jesteśmy jedną wielką rodziną :)

Muszę obecnie szczególnie dbać o Felixa i Emanelię, ponieważ Teta zapałał takim uczuciem do tych kruchych istot, że nie darowałby, gdyby im się coś stało :)

poniedziałek, 30 maja 2011

Musée d'Art Moderne - MAM

W Muzeum Sztuki Współczesnej przy Avenue Wilson jesteśmy częstymi gośćmi. Szczególnie lubimy poziom -3, gdzie znajdują się sale z instalacjami sławnego francuskiego artysty Christiana Boltanskiego (Abonenci telefonów, Rezerwy Muzeum Dzieciństwa I, Rezerwy Muzeum Dzieciństwa II).




Wśród czarno-białych, nieostrych zdjęć dzieci, w kształcie twarzy, wyrazie oczu każdy może odnaleźć siebie i wrócić na moment do ulotnego stanu dzieciństwa. Spidera namierzyłam od razu. Podobieństwo szokujące. Konsultacje z jego rodzicielką potwierdziły podejrzenia - Boltanski jakimś sposobem wszedł w posiadanie zdjęcia małego urwisa i wykorzystał w swojej instalacji.

Niedaleko Spidera odnalazłam jako żywo przyjaciółkę z dzieciństwa. Hm, dziwne... Monsieur B. chyba grasował (zainstalował się?) swego czasu w województwie dolnośląskim...

W pomieszczeniach obok prezentowane są filmowe eksperymenty twórców z całego świata. Widziałam tam filmy Rosjan pokazujące ponurą rosyjską rzeczywistość polityczno-społeczną. Na hipnotyczne projekcje autorstwa Turczynki Inci Eviner wypełnione ruchomymi postaciami (Broken Manifestos, Parliament) trafiliśmy z naszymi przyjaciółmi Betą i Tetą:



Obecnie wyświetlane są prace twórców z Chin, Indonezji, Tajlandii.
Cosplayers, Chinki Cao Fei:


W MAM nawet w toalecie nie można uciec od sztuki:


Generalnie zgadzam się z tą klozetową recenzją twórczości Basquiata, prezentowanej zimą na potężnej wystawie retrospektywnej. Przy ostatnich płótnach sama zaczęłam mieć ze zmęczenia wizje i gotowa byłam stworzyć jakieś dzieło. Choćby w toalecie :)






piątek, 27 maja 2011

Łaskawa Photogenia

W Muzeum Sztuki Współczesnej.

Napisy filmowe: by.............. girl has grown up

Ależ ujęcie!!

Powyższe zdjęcie to niezwykły zbieg okoliczności. Dobry fotograf musi mieć czujne oko i refleks, ale szczęście też się przydaje. Spiderowi wyraźnie sprzyja muza Photogenia.

czwartek, 26 maja 2011

Tupot bosych stóp

Z dziennika Nihon Anno Domini 2002:
 

Wśród japońskich matek panuje niezbite przekonanie, iż należy hartować dzieci od becika począwszy. Ma to prawdopodobnie uodpornić małego człowieka na choroby ... będące efektem zimowego oszczędzania prądu i gazu przez rodziców a następnie przez niego samego. (Ach, te zakorzenione wzorce postępowania, każdy mógłby coś dorzucić w tej materii, nieprawdaż?) Dlatego w środku japońskiej zimy na zewnętrznych parkingach supermarketów spotyka się mamy z bosonogimi pociechami na biodrach, kilkulatki biegają boso po nieogrzanych mieszkaniach, a na dwór wypuszczane są w skarpetach, krótkich spodenkach i wiatrówkach.

W szczękający ziąb uczniowie noszą przepisowe mundurki szkolne, których zarówno górna, jak i dolna część wydaje się dość kuriozalna. Góra to wypisz wymaluj bluza z dziewiętnastowiecznego pruskiego gimnazjum. Dół składa się z krótkich spodenek w przypadku chłopców, mini spódniczek u dziewcząt, białych podkolanówek u płci obu. Nieco przerażający akcent kolorystyczny zimowego pejzażu stanowią fioletowe kolana maluchów biegnących do szkoły oraz sine nogi gimnazjalistek na rowerach. W tym czasie obcokrajowcy noszą kurtki puchowe, czapki, szaliki i trzęsą się na sam widok małych Japończyków.
Czasami dochodzi do konfrontacji z przedstawicielami innych kultur na tle różnic w dbaniu o dzieci. Rodzina Y. mieszkała przez rok na północy Stanów Zjednoczonych w związku ze stypendium naukowym małżonka. W grudniu pani Y. wybrała się na zakupy do supermarketu z dwuletnim synkiem, odzianym niczym w słoneczny wiosenny dzionek. Leciwa Amerykanka zainteresowała się losem dziecka i palnęła matce wykład, z którego, nawiasem mówiąc, pani Y. rozumiała co dziesiąte słowo. Nieśmiała, zaskoczona naruszeniem jej prywatności Japonka naprzeciw ekstrawertycznej, asertywnej Amerykanki. Potyczka w trosce o dobro dziecka. Zderzenie dwóch postaw w dziale owoców morza. Pani Y. oddała walkowerem. Tzn. dała się przekonać na czas pobytu w USA, ze szczególnym uwzględnieniem wizyt w supermarkecie. Powróciwszy do ojczystego kraju wróciła do starych praktyk. Twierdzi, że jej dzieci nie chorują częściej niż powinny...

Trudno wyrokować na temat tego narodowego programu hartowania. Faktem jest, że statystyczny Japończyk żyje najdłużej spośród wszystkich nacji zamieszkujących Ziemię.

czwartek, 19 maja 2011

Jeszcze jeden impresjonista

Wzmożony kontakt z kulturą i przyrodą wyraźnie inspiruje Spidera. Z inżyniera zmienia się powoli w ... impresjonistę. Zaczynam się bać...
Jedno z dzieł - Kobieta w ogrodzie.

Noc Muzeów

W sobotę uczestniczyliśmy aktywnie w wydarzeniu pod nazwą Noc Muzeów. Wcześniej odwiedziliśmy w Saint Germain des Pres znajomą właścicielkę galerii, która niestety była zajęta sprzedawaniem chińskich waz chińskiemu kolekcjonerowi. Poszliśmy do mieszczącej się przy tej samej ulicy księgarni specjalizującej się w wydawnictwach albumowych. Od przeglądania albumów ze starymi fotografiami nogi weszły mi w łopatki. Spider najpierw oglądał, potem siedział na słupku na chodniku i wykonywał ręką oraz głową gesty przywołujące.

Znajoma w galerii nadal przekonywała opornego Chińczyka, więc udaliśmy się do Dzielnicy Łacińskiej do ulubionego antykwariatu z angielskimi książkami. Tego już było stanowczo za wiele, Spider oznajmił, że ma alergię na kurz i usadowił się na krawężniku przed sklepem. Najpierw robił zdjęcia...


... następnie ... zdrzemnął się. Stało się. Może się oficjalnie chwalić, iż spał na ulicy. Nie jest to aktywność częsta w środowisku, w jakim się obracamy. Bee tymczasem nie omieszkała nabyć kolejne "zawalipółki" - książkę o impresjonistach oraz zbyt ciężki (zdaniem tragarza) album poświęcony kuchni francuskiej. A ciężko to drogiemu tragarzowi dopiero będzie. Jak zacznę wcielać w życie przepisy oparte na śmietanie (30% zawartości tłuszczu), serach (powyżej 50%) i maśle (min. 82%).

W Muzeum d`Orsay stałą kolekcję dobrze znamy, zależało nam na zobaczeniu wystawy czasowej zatytułowanej Ballada o miłości i śmierci: prerafaelicka fotografia w Wielkiej Brytanii, 1848-1875.


Bee odleciała w wysokie rejony sztuki podziwiając dziewiętnastowieczną artystyczną fotografię - pejzaże, portrety, modelki o wyrazistych twarzach, rusałczych włosach, upozowane w scenach z dramatów Szekspira i legend arturiańskich. Zdjęcia niosące fascynujący ładunek emocji i bogactwo treści. Spider obejrzał trzeźwym okiem i nie podzielił zachwytu. Zajął się fotografią artystyczną XXI wieku, co z kolei nie znalazło zrozumienia wśród obsługi muzeum...


W Muzeum Luksemburskim, przy Pałacu Luksemburskim, zobaczyliśmy wystawę Cranach i jego czasy. Niewielka kolejka do wejścia w porównaniu z d`Orsay, obowiązkowa bramka, sprawdzanie torebki i plecaka. Godzina 11 w nocy - niezwykła pora na bliskie spotkania ze sztuką. Renesansowe obrazy i litografie też niezwykłe. Łukasz Cranach Starszy malował ludzkie ciała często w sposób nierealistyczny (za przykład niechaj posłużą opuszki uszu zaczynające się na wysokości ust, dzieci o wielkich głowach i nalanych twarzach), ale był mistrzem w oddawaniu charakterów i uczuć. Oczy bohaterów jego malowanych opowieści mówią wszystko.

Wróciliśmy do domu bardzo kulturalni, usatysfakcjonowani pożytecznie spędzonym czasem i wykończeni, jakbyśmy przepracowali cały dzień w kamieniołomach.

niedziela, 15 maja 2011

Przeprowadzka?

Chętnie przeprowadzilibyśmy się do Paryża. Mamy już nawet na oku przyjemnie wyglądające mieszkanie przy Alei Focha, blisko Muzeum Guimet (Sztuki Azji, jakby kto nie pamiętał, choć naprawdę wypadałoby już...;) i Pałacu Chaillot, z tarasu którego roztacza się najpiękniejszy widok na Wieżę Eiffla.
Palarnia się nie przyda, ale biblioteka, pięć garderób i cztery łazienki na pewno :)



P.S. Dochodzą mię słuchy, iż nie każdemu przyszło do głowy powiększyć powyższe foto i przeczytać opis pod zdjęciem zdjęcia. Dotarło również, że przecie nie każdy ma obowiązek znać angielski. Wyjście naprzeciw zróżnicowanemu gronu czytelniczemu idzie w parze z chęcią przekazania zabawnych dla mnie treści, choć oczywiście nie ma nic śmiesznego w tym, że na świecie istnieją ekskluzywne apartamenty i ludzie tak bogaci, że stać ich na niewyobrażalne luksusy. Śmieszne jest raczej to, że mnie to śmieszy ;)

Przejdę zatem do rzeczy, czyli tłumaczenia:
Aleja Focha (to już wiemy, ewidentnie brakuje przecinka) na III piętrze klasycznej kamienicy Haussmanowskiej, wspaniały 500. metrowy apartament, do którego wspaniałości zalicza się duży salon, jadalnia, biblioteka, palarnia, pokój do pracy, pięć sypialni z garderobami, cztery łazienki, pokój zabaw i kuchnia. Pokoje dla służby (czy ja to dobrze rozumiem?? niech mnie ktoś wyprowadzi z błędu...) (cztery pokoje na szóstym piętrze) i dwa miejsca parkingowe (brak kropki i ceny)

Hartuj się lub ratuj się, kto może, czyli zima w Japonii


Wyciągnięte z dziennika Nihon Anno Domini 2002:

Zima dla zahartowanych
 
Podczas gdy Hokkaido i północne Honsiu „cieszą się” prawdziwą zimą -  kilkumetrowymi opadami śniegu i spadkami temperaturami poniżej 20 C - reszta kraju cieszy się nieprawdziwą zimą, w czasie której ujemne temperatury należą do rzadkości. Mieszkańcy tych szczęśliwych regionów doszli do interesującego wniosku, iż zakładanie w domach centralnego ogrzewania byłoby niepotrzebnym zbytkiem. Pradziadowie mogli przeżyć stulecia bez CO, to i wnuki jakoś przebiedują. Gdy na zewnątrz pięć stopni, wewnątrz mało komfortowe osiem, „Zacisnąć zęby i ... oszczędzać" to oficjalne zimowe motto Japończyka. Nieoficjalnie wszyscy szczękają zębami: „Byle do wiosny.”
 
Paliatywy
 
W starych domach o cienkich ścianach, obitych blachą falistą i pojedynczych oknach, przez które gwiżdże wiatr, jak również w nowych budynkach, o grubszych ścianach i pojedynczych oknach, nie da się wytrzymać bez zupełnie żadnego źródła ciepła. Japończycy chwytają się różnych, bardziej lub mniej oryginalnych rozwiązań. Cechę wspólną wszystkich stanowi niewielka skuteczność.
 
1) Piecyki naftowe nowej generacji – kosztowny zakup. W trakcie ich używania w mieszkaniu zalatuje lekko naftą. (Tę ostatnią kupuje się na stacjach benzynowych.) Podczas jej spalania, piecyki, rzecz jasna, zużywają tlen. Instrukcje obsługi nakazują (z wykrzyknikami), aby podczas użytkowania przynajmniej dwa razy w ciągu godziny wietrzyć pomieszczenie. Niezastosowanie się do wskazówek producenta grozi niedotleniem mózgu oraz innych organów, utratą przytomności. W związku z tym, gdy tylko wnętrze odrobinę się nagrzeje, należy otworzyć na oścież okno i wpuścić świeże, rześkie, zimowe powietrze. Użytkownik postawiony jest przed dramatycznym wyborem: ciepło albo tlen. Dylemat ten dotyczy głównie obcokrajowców, ponieważ Japończycy włączają piecyki na chwilę wczesnym rankiem, po wyczołganiu się z ciepłego futonu oraz późnym wieczorem, gdy przy kolacji ręce grabieją, jak również na czas wizyt gości. C
hwała ich gościnności.
 
2) Piecyki naftowe starej generacji – są tanie i na tym kończą się ich zalety. Mieszkanie cuchnie naftą. Zużywają tlen nawet z powietrza zamkniętego w szafach. Żeby nie dopuścić do uszkodzenia mózgu własnego oraz bliskich, należy przez cały czas użytkowania mieć otwarte okno. Ewentualnie zaopatrzyć się w butle z tlenem. Absolutnie nie wolno pozostawiać urządzenia włączonego na noc, gdyż po dziesięciu godzinach snu, człowiek wstaje zmęczony, jakby przez tydzień nie zmrużył oka, zaś z wyśnionych koszmarów dysponuje materiałem na parę niezłych powieści z gatunku s-f  oraz kilka scenariuszy horrorów.
 
3) Kotatsu - skrzyżowanie stołu z kaloryferem i kocem. Dla tych, którym trudno wyobrazić sobie taką kombinację, błysk iluminacji: niski stolik, z krawędzi blatów do podłogi, niczym obrus, zwisa koc; pod blatem umieszczona jest grzałka, która podgrzewa przestrzeń podstolną i siłą rzeczy służy do utrzymania właściwej ciepłoty nóg. Można oczywiście włożyć pod spód głowę lub umościć niewielkie ciało, jednak to ryzykowny pomysł, szczególnie gdy inni użytkują kotatsu w tradycyjny sposób. W prawie każdym domu znajduje się taka kwadratowa lub prostokątna oaza ciepła. Wieczorami rodziny siedzą wokół niej, popijają gorącą zieloną herbatę i oglądają telewizję. (Wcześniej dzieci staczają walki o miejsca z najlepszą widocznością.) Z czarek do herbaty, ust i nosów bucha para, ale nogi mają ciepłe.

Największą wadę tego rozwiązania stanowi mała ilość miejsca pod stołem. Kotatsu są zawsze niskie - od blatu do podłogi co najwyżej 50 cm. Do rangi sztuki urasta takie poukładanie odnóży, żeby zmieściły się i rodzicielskie, i dziecięce. Niekwestionowana zasługa kotatsu to zacieśnianie i intensyfikowanie kontaktów międzyludzkich. W środku zimy bujnie zakwita w Japonii życie rodzinne.
 
4) Kotatsu dla burżujów – mogą sobie na nie pozwolić posiadacze własnych domów, gdyż zainstalowanie tego typu ogrzewacza nóg wymaga wykopania dziury w podłodze pod stołem. Na dnie dołu znajdują się drewniane szczebelki,
pod nimi grzałka, na szczebelkach spoczywają stopy. Stół tradycyjnie niski, ale pozycja ciała jak przy stole wysokim, gdyż nogi spuszcza się pod podłogę, jakkolwiek by to brzmiało. Można oglądać telewizję, dopóki nie podejmie się męskiej decyzji o sprincie do sypialni i wskoczeniu w zimny futon. Wielu nie staje odwagi i spędzają przy kotatsu całą noc. Rano odnajdują ich współmałżonkowie ... zimnych ... od pasa w górę :)
 
5) Klimatyzacja – znajduje się w każdym domu, nawet tym na kurzej łapce, krytym blachą falistą. Większość Japończyków twierdzi, iż nie przetrwałaby bez niej letnich upałów i duchoty. Mało odporni na niewygody lata, zimą będą się  bronić przed włączeniem „klimy” zgrabiałymi rękami i lodowatymi nogami. „Za drogo, bardzo drogo...” – powtarzają. Tymczasem ogrzewanie „klimą” dużego pokoju po kilka godzin dziennie przez miesiąc kosztuje tyle, ile przeciętna rodzina (2+2) wydaje na jeden lunch w sushi barze lub włoskiej restauracji! Tu zahaczamy o obszerny temat narodowego smakoszostwa, który zostanie szczegółowiej omówiony innym razem albo wcale. Dość stwierdzić, iż w hierarchii życiowych przyjemności Japończyka ukontentowane podniebienie stoi o niebo wyżej od ciepłych nóg. Zresztą i tak klimatyzacja nie sięga Japończykom do pięt. Jej główny feler polega bowiem na tym, iż doskonale ogrzewa powietrze przy suficie, dość dobrze środkowe rejony pomieszczenia, przestrzeni przypodłogowej wcale. Częściowe rozwiązanie tego problemu można by upatrywać w stawaniu co jakiś czas na głowie. Osiągamy przy tym podwójną korzyść, gdyż jest to poza szczególnie zalecana przez joginów.

6) Wiadro gorącej wody - rozwiązanie znane w Europie, stosowane przez pokolenia dziadów i pradziadów, ostatnio wyszło z mody, mowa oczywiście o  moczeniu nóg w gorącej wodzie. Podczas gdy nasi przodkowie używali wiader i miednic, w których woda ziębiła się, zanim zdołali przeczytać dwie szpalty „Żołnierza Polskiego”, zmyślni Japończycy wypuścili na rynek wiadro z pokrywką, która znacznie spowolniła proces wychładzania się wody. W pokrywie znajdują się trzy otwory – dwa większe - na nogi i jeden mniejszy służący do dolewania wrzątku.
Nogi w dyby, wrzątek do środka – wygląda na średniowieczną torturę, a gwarantuje chwile szczęścia. Tylko nie daj Boże, aby pojawili się niezapowiedziani goście.
 
7) Onseny, czyli gorące źródła. Zimą bardzo popularne są firmowe, rodzinne, koleżeńskie wyprawy do onsenów. Gdyby nie one, trzy czwarte społeczeństwa cierpiałoby na ostry reumatyzm.

Reasumując - od końca listopada do początków marca Japończycy żyją w dyskomforcie fizycznym oraz psychicznym, gdyż nieustająco marzną. W każdym razie we własnych domach. W miejscach pracy bowiem eksploatują klimatyzację i wszelkie dostępne grzałki.
 
Znajomy profesor w swoim gabinecie na uczelni bez ustanku podgrzewał klimatyzacją swój zapał do piętnastogodzinnej pracy. Ten sam profesor zaprosił do domu współpracowników w Shiogatsu (Nowy Rok) na tradycyjny poczęstunek i stary jak świat piecyk naftowy włączył na pierwszych dwadzieścia minut. Przez następne dwie godziny goście marzli. Kiedy profesor przeziębił się, nie został w domu celem wygrzania organizmu, ale przyszedł do pracy i w swoim gabinecie urządził saunę ;)

Uwielbiam Japonię - wiosną, latem i jesienią :)

wtorek, 10 maja 2011

Dawno temu w Japonii

Dawno lub niedawno temu mieszkaliśmy nieco dłużej w Kraju Wschodzącego Słońca. Ostatnio natknęłam się na zapiski z dziennika, który wtedy prowadziłam, i pomyślałam, że co mi szkodzi podzielić się z Szanownym Gronem Zaglądających, ba, Czytających co smakowitszymi opowieściami! Należy tylko wziąć pod uwagę, iż akcja toczy się w początkach dwudziestego pierwszego wieku i sporo się pewnie zmieniło w ciągu ostatnich kilku lat.

Japońskie biura podróży powinny być opatrzone napisami: Nie znasz japońskiego, to się naucz. Znalezienie w nich osoby mówiącej po angielsku, graniczy z cudem. Do tego dochodzi brak elastyczności i kurczowe trzymanie się ustalonych procedur oraz reguł postępowania. Jakiekolwiek odstępstwo od nich wymaga konsultacji i narad ze specjalistami, starszymi specjalistami, szefami i szefami wszystkich szefów. Mogą się tak konsultować godzinami, tygodniami, miesiącami, zależnie od wagi sprawy i chęci jej załatwienia.

Znajomy Kanadyjczyk wstąpił do jednej z agencji turystycznych w Hamamatsu, prowincjonalnym (600 000 mieszkańców) mieście w prefekturze Shizuoka. Na swoje szczęście znał słabo japoński.
- Ile kosztuje bilet w jedną stronę do Montrealu? – spytał.
- Sprzedajemy tylko w dwie strony – usłyszał.
- Czy ja wyglądam na Japończyka? Lecę do domu. Nie zamierzam wracać do Japonii - trochę się zirytował.
- Sprzedajemy tylko w dwie strony – usłyszał.
- OK. Ile kosztuje w dwie strony?
- A na jak długo pan leci?

Poszedł szukać innej agencji albo poszedł po rozum do głowy, znalazł sobie japońską żonę i nie zawracał więcej głowy biletami w jedną stronę :)

czwartek, 5 maja 2011

Nasz pochód pierwszomajowy

W pierwszą niedzielę każdego miesiąca do wielu paryskich muzeów jest wolny wstęp. Bee zapragnęła po raz dziesiąty odwiedzić Muzeum Sztuki Azjatyckiej Guimet, żeby pożerać znów wzrokiem fantastyczną kolekcję chińskiej porcelany i zbyt skromną japońskiej ceramiki. Spider nie przepada za muzeami. Guimet należy do wyjątków. Z kilku powodów. Znalazł w nim, na ostatnim piętrze przy chińskich talerzach typu kraak, idealny, miękki kącik do spania. Poza tym odwiedzających jest stosunkowo mało, więc panuje cisza i spokój, a pilnujący nie są nadgorliwi, gdyż przykładowo w Petit Palais nieustannie go budzą i pytają, czy wszystko w porządku, co stresuje oraz utrudnia ponowne zaśnięcie.

Niestety, zapomnieliśmy, że 1. maja to święto pracy, zatem instytucje kultury nie pracują. Z szacunkiem ucałowałam klamkę Guimet i ruszyliśmy w dół do mostu Alma. Smutek został już po chwili rozwiany przez giełdę staroci, która rozłożyła się wzdłuż Avenue Wilson. Naoglądałam się talerzy, pater i czajniczków. Może nie o muzealnej wartości, ale zawszeć to stare i można wziąć w rękę.

Przemierzyliśmy Paryż dwuosobowym pochodem, bez chorągwi, aż do Centrum Pompidou, jak zawsze odkrywając nowe miejsca, secesyjny pasaż handlowy, piękne kamienice, imponujące budynki użyteczności jakiejś tam. Na popas zatrzymaliśmy się w ulubionej knajpce serwującej sushi.


Za drzewkiem budynek Ministerstwa Kultury i Komunikacji - pomachaliśmy, jak niegdyś przed trybuną.

W okolicach Centrum Pompidou uwieczniliśmy różnego autoramentu artystów.
Sprejowe dzieło sztuki powstaje w kilka minut:



Para poniżej miała:
- ambitny repertuar (Imagine Lennona),
- blade pojęcie o graniu,
- jeszcze bledsze o śpiewaniu - dźwięki, jakie wydobywała z siebie pani, można w najlepszym razie określić jako piski,
- wizję i odwagę :)


Państwo sprzedawali kolorową koralikową biżuterię:


Fotografie poniżej - copyright - Spider. Nie potrafiłam wybrać jednego ujęcia, bo wszystkie mi się podobają.



Rowery zwane velibami można wypożyczyć w kilkudziesięciu punktach w całym mieście, oddać w którymkolwiek w dowolnej dzielnicy. Stanowią świetną alternatywę dla metra, które jest na pewno szybsze i mniej męczące, ale pozbawia okazji zobaczenia po drodze pomiędzy Notre Dame a Łukiem Triumfalnym setek miejsc - uliczek i arterii, zaułków, parków, skwerów, poznania w praktyce imponującej topografii miasta.

środa, 4 maja 2011

Małżeńskie pogwarki

W Jardin des Plantes Bee podziwia i wącha róże, Spider instruuje:
- Wąchaj dłużej i włóż nos głębiej, zrobię ci fajne zdjęcie.
I robi - na potwornym zbliżeniu.
Oglądają efekt na wyświetlaczu: piękna róża i oko ... z niepięknymi zmarszczkami.

Bee na temat tego artystycznego ujęcia:
- Sam widzisz, że dobre kremy są mi niezbędne.
Spider:
- Moim zdaniem wystarczy Photoshop.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...