środa, 28 września 2011

Pomysł na ...

Coraz bardziej podziwiam francuski sposób na życie, umiejętność korzystania z jego licznych uroków, dążenie do kumulowania przyjemności.
Poniżej przyjemny pomysł na wakacje, na emeryturę, na życie a la française - kamieniczka z tarasem na starym mieście w Cannes, schłodzona butelka wina, dobra książka, miłe towarzystwo...


Zoom, zoom, zoom!!!
Powinnam jeszcze dodać, że z tarasu roztaczał się TAKI widok:


a po przekręceniu głowy o 90 stopni TAKI:


Jednak nie ma róży bez kolców, więc tym szczęściarzom uprzykrzają nieco życie wścibscy turyści spacerujący i robiący zdjęcia z resztek murów miejskich.

poniedziałek, 19 września 2011

Zeszło się na ... Francuzy

Spider z Bee wracają z zakupami, wśród których znajdują się dwie świeżutkie bagietki z boulangerie-patisserie (piekarniocukierni) w centrum Gif. Bee podgryza chrupiącą końcówkę wzorem Francuzów, pokrzykując w przerwach między kęsami "Ale dobre!!". Spider patrzy, mruga, łypie, w końcu rzecze:
- Oj, zeszłaś na psy...

Stało się. Dałam się do reszty sfrancuzyfikować. Smakują mi bagietki, do tego na ulicy i bez masła, oraz nie przeszkadza, że były obmacane z góry na dół przez sprzedawczynię, która kasuje pieniądze, po czym brudnymi łapami podaje pieczywo, co jest normą w tym Kraju Smakoszy.

A jeszcze niedawno uważałam bagietki za krzyżówkę paczki waty z kilogramem mąki, jadałam tylko przytargany z odległego Auchan ekologiczny chleb, zawsze na siedząco i z centymetrową warstwą masła, zaś moje zasady higienicznej konsumpcji rozciągające się rzecz jasna również na kontakt Spidera z żywnością doprowadziły go na skraj szaleństwa oraz śmiertelnie obraziły kilka ekspedientek, którym ośmieliłam się zwrócić uwagę.

Proces francuzienia przebiega niezauważalnie i zanim delikwent się spostrzeże, pałaszuje pokrytą bakteriami bagietkę maszerując niezbyt czystym miejskim chodnikiem i jest całkiem zadowolony z życia :)

poniedziałek, 12 września 2011

Klątwa Sandała

Być może wyciągam pochopne wnioski, ale analiza wydarzeń z ostatnich kilku lat wskazuje, iż ciąży nade mną klątwa sandała, która podnosi wredny, hydrzy łeb zawsze na dzień przed wyjazdem na wakacje do upalnego kraju, gdzie wygodne obuwie wspomnianego rodzaju jest równie niezbędne jak filtr przeciwsłoneczny SPF 50.

Kiedy parę lat temu lecieliśmy w środku lata do Państwa Środka, zostawiłam jedyne wygodne sandały w samochodzie, który odstawiliśmy wieczorem na strzeżony parking. Jak pokonały drogę z szafy w przedpokoju do bagażnika, dalibóg nie pamiętam. Wyparłam, żeby móc z tym jakoś dalej żyć ;), bo w efekcie tego niedopatrzenia zwiedzaliśmy potem centra handlowe Pekinu na równi z Zakazanym Miastem i Pałacem Letnim...

W ubiegłym roku przed wakacjami na upalnym Półwyspie Iberyjskim postanowiłam wreszcie znaleźć sandałki nadające się do pokonywania dziennie co najmniej 8 km, gdyż zaliczamy się do turystów lubiących łazić po obcych miastach, aby uczynić je mniej obcymi. Lista wymaganych parametrów była następująca:
- ładne, więc nie sportowe człapaki,
- wygodne, czyli nie składające się z dwóch pasków o szerokości 3 mm każdy,
- dowolnej firmy i produkcji, byle nie włoskiej.

(Uraz do Made in Italy bierze swój początek w interesujących doświadczeniach z kozaczkami firmy Venezia, które nie nadawały się do chodzenia w deszczu, śniegu, chłodzie, czyli zimą, szybko przestały się nadawać do chodzenia w ogóle, natomiast wymagały nieustającej - zdaniem rzeczoznawcy Venezii - konserwacji, a najlepiej wygodnej, cichej półki w klimatyzowanej szafie. Wymiana doświadczeń z użytkowniczkami różnych typów obuwia kilku włoskich marek obecnych w Polsce pozwoliła na sformułowanie następującej tezy: Włoskie buty nie służą do użytkowania, lecz do oglądania. Nadają się wyłącznie dla kolekcjonerek.

Być może kolekcjonerkom, które obok gromadzenia uwielbiają opowiadać kolorowym pismom i telewizji, jak to nie potrafią przejść obojętnie, jak muszą kupić i włączyć setną parę do swojej kolekcji, zawdzięczamy po części rozpasanie producentów. One wkładają parę butów dwa razy do roku, a inni chcieliby 100 razy?? To z czego mają żyć producenci, ajenci, projektanci, rzeczoznawcy???)

Powróćmy jednak do tematu zasadniczego - rychło okazało się, że znalezienie w stolicy mody sandałów spełniających tak wyśrubowane wymagania graniczy z cudem. Chyba że zrezygnuje się z parametru "ładne" na rzecz "babcine".

W końcu na dzień przed wylotem wypatrzyłam w Galerii Lafayette obuwie spełniające prawie wszystkie wymagania. Poza miejscem produkcji. Stoczyłam potworną walkę wewnętrzną zwieńczoną moralnym zwycięstwem i polecieliśmy na wakacje, podczas których zaglądałam do każdego napotkanego sklepu obuwniczego, a w Portugalii jest ich naprawdę dużo, i kręciłam nosem na wszystkie sandały, bo żadne nie przypominały tych z Lafayette. Przechodziłam dwa tygodnie w trampkach i balerinach, a po powrocie do Paryża zakupiłam śliczne, wygodne i włoskie sandałki firmy Eden. :)

Włożyłam je może dziesięć, może piętnaście razy (paryskie lata nie rozpieszczają) gdy na dzień przed wyjazdem do Prowansji okazało się, że jeden z pasków trzyma się już tylko siłą woli. I takim sposobem, ignorując sklepy obuwnicze Cannes i Nicei, przechodziłam wakacje na Południu Francji w japonkach z Lidla, które miały służyć jeno na kamienistych plażach.

Mogę teraz świadczyć na piśmie o wyższości japonek z Lidla nad włoskimi sandałami.

Całkiem możliwe, że te cudowne japonki przełamały również klątwę sandała. :)

sobota, 10 września 2011

Prowansja - Dzień nieważne który - Arles

Arles to miejska kwintesencja Prowansji ze swoimi kamieniczkami i pałacami w ciepłych kolorach nierównomiernie spatynowanych przez upływ czasu, z dachami krytymi starą dachówką, z obowiązkowymi rzędami okiennic. Uczta dla oczu.




Klasztor Saint Trophime
Po Imperium Rzymskim miasto odziedziczyło cenny spadek w postaci amfiteatru, teatru, łaźni, kryptoportyku.
I Alyscamps. Niesamowitego antycznego, następnie wczesnochrześcijańskiego cmentarzyska. Aleją wśród jego kamiennych sarkofagów dochodzi się do opuszczonego romańskiego kościoła, zamieszkanego przez gołębie. Głęboką ciszę przerywa ich gruchanie na gzymsach potężnych filarów, trzepot skrzydeł pod kopułami, dźwięk kapiącej skądś wody. W jednej z bocznych kaplic ujrzałam widok jakby namalowany przez barokowego malarza... półmrok, pęknięta ściana, otwarty sarkofag, chory ptak siedzący na występie muru. Przejmujący obraz ruiny, upadku, przemijania - brakowało tylko napisu memento mori. Ale mógł to być również symboliczny wizerunek zapomnienia i cichego trwania w bezczasie. Nie zrobiłam zdjęcia, żeby nie profanować miejsca. Poza tym żadna fotografia nie oddałaby tego mistycznego nastroju.

Alyscamps zainspirowało Dantego, Van Gogha, Gauguina.
Widok na miasto z amfiteatru...
...w którym odbywają się obecnie popularne w regionie bezkrwawe korridy.

wtorek, 6 września 2011

Przyjaciel czy wróg?

W Awinionie wraz z biletem wstępu do Pałacu Papieskiego nabywa się prawa do audioguide`a. Dali w rękę długą jak ucho słonia słuchawkę, to wzięliśmy. No i zaczęło się wciskanie numerków i paplanie - kto, kiedy, z jakiej przyczyny, w związku z czym, na jakim tle historycznym. I zaczęło się przewijanie do tyłu, bo nie dosłyszałam jednego słówka, jeszcze trochę do tyłu, bo nie byłam pewna, czy dobrze zrozumiałam, i ponownie numer 16, bo nic nie zrozumiałam, mimo iż mechaniczna przewodniczka mówiła z oksfordzkim akcentem i jeszcze raz numer 25, żeby lepiej zapamiętać. Tak przemierzałam skarbce, dziedzińce, kaplice gapiąc się więcej na klawiaturę niż na pałac. Koncentrując się bardziej na słuchaniu i zapamiętywaniu niż na patrzeniu i odczuwaniu. Babka z oksfordzkim akcentem zagłuszyła szepty wiekowych murów.

Niewątpliwie warto znać kilka faktów na temat historii zwiedzanej budowli, ale te można sobie przeczytać w przewodniku siedząc w kawiarni z widokiem na... lub w internecie w wieczór poprzedzający randkę z... Za dwa miesiące i tak większość informacji zniknie w przepełnionych, zabałaganionych szafach pamięci. Emocje i wrażenia przechowują się znacznie dłużej w tajemniczych sekretarzykach. W każdym razie w pszczelim świecie:)

W Awinionie rozpoznałam i rozpracowałam wroga romantycznego turysty - "odiogajda", więc następnego dnia zwiedzając teatr rzymski w Orange byłam mądrzejsza. Wzięłam małą jak ucho hipopotama słuchawkę, ale trzymałam z dala od narządu słuchu. I chłonęłam klimat miejsca, podziwiałam słońce odbijające się w kamiennych murach, skontrastowane z nimi błękitne niebo, opalając się na starożytnych stopniach i rozpływając w wakacyjnej błogości.



Żądzę wiedzy dopuściłam do głosu na koniec i od fonicznego (nie)przyjaciela dowiedziałam się, że posągi cesarzy, jak ten Augusta stojący pośrodku ściany za sceną teatru, produkowano w starożytnym Rzymie masowo, a następnie rozsyłano do odległych prowincji. Zmiana panującego wiązała się z operacją wymiany głów w posągach. Do starego tułowia dosztukowywano głowę nowego cesarza.


Z ręką przyklejoną do ucha

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...