czwartek, 24 maja 2012

Do Sendai

Z dziennika "Nippon Anno Domini 2007"

19.11.2007, poniedziałek

Wyprawa do Sendai - Spider na konferencję, Bee do towarzystwa i jako animator okołokonferencyjnych działań turystycznych oraz rozrywkowych.

Najpierw jadą Tsuku-ekspresem z Tsukuby do Akihabary, kolorowej, rozmigotanej dzielnicy Tokio zwanej Elektrycznym Miastem, pełnej domów towarowych, w których tysiące najnowszych zdobyczy techniki mrugają oczkiem i sączą w uszy klientów "Kup mnie, kup mnie!", i szemrzą "Jestem najnowocześniejszy, najlepszy, mam setki nowych funkcji, nie możesz przejść obojętnie!!" Jeden taki aparat fotograficzny szepcze do nich od kilku tygodni "Miasta, ludzie, świątynie domagają się godnego uwiecznienia, a wasz "staruch" (trzyletni aparat!!) nie radzi sobie z intensywnym światłem japońskiej jesieni..."

Faktem jest, iż "staruszek" zwęszył koniec gwarancji i poczuł się niewyraźnie, co znalazło przełożenie wprost na zdjęcia i spowodowało niechęć Bee do fotografowania. Obowiązek spadł na Spidera, ten zaś ma bardzo indywidualny styl. Robi foty od niechcenia (czyt. nie chce mu się robić). Gdy już poczuje przypływ inspiracji, utrwala tylko fragmenty, odnosząc się z wyraźnym wstrętem do całości. Zagrożenie, iż przywiozą jedynie zdjęcia świątynnych dachówek i płaskorzeźbionych chryzantem, było realne...

Kupują strojnego młodzika. Bee momentalnie wraca wena, Spider jest zainteresowany testowaniem setek nowych funkcji... Oj, przeżyją w regionie Tohoku fotograficzny renesans...

Z Tokyo Station superekspresem udają się w dalszą podróż do Sendai. Mają miejsca na dolnym poziomie z widokiem na przesuwający się superekspresowo betonowy murek, podczas gdy górny pokład cieszy się rozległą panoramą na urocze drewniane domki, pola ryżowe, kolorowe jesienne wzgórza i ośnieżone góry...

ZAPAMIĘTAĆ: zawsze prosić o bilety na piętro w shinkansenach!!

Bezproblemowy Spider nie widzi problemu, gdyż ma w zwyczaju regenerować się podczas podróży, znaczy zasypiać, gdy dowolny środek lokomocji rusza (włączając samolot toczący się w stronę pasa startowego). Molestowany przez Bee, zapytuje konduktora o możliwość zamiany miejsc. Ów twierdzi, że wszystkie na górze będą zajęte. Chwilowo jest wiele pustych, więc Bee pozwala sobie na okupację tego lub owego pomiędzy poszczególnymi nielicznymi stacjami, podczas postojów pociągu sprawdza, czy aby nic nie zakłóciło snu Spidera, gdy pociąg rusza, znajduje kolejne wolne miejsce na górze. W półtorej godziny shinkansen pokonuje malowniczy dystans 350 km pomiędzy Tokio a Sendai... (Ostatnie zdanie dedykuję PKP.)
***
Wieczorem w jednym z niekończących się pasaży handlowych, przecinających wzdłuż i wszerz centrum miasta, wchodzą do galerii z tradycyjnym japońskim rękodziełem - wykonanymi z jedwabiu kwiatami, drzewkami, lalkami, myszkami (2008 Rokiem Szczura). Są tu również zachwycające wyrafinowaniem jedwabie na kimona oraz szlachetnie proste, granatowe i niebieskie we wzory, ręcznie barwione bawełny na yukaty (letnie stroje o kroju zbliżonym do kimona).

Właścicielka galerii wyjaśnia symboliczne znaczenie poszczególnych bibelotów. Okazuje się, że studiowała w Tsukubie (!) historię sztuki, więc jako tsukubianie przechodzimy od razu na wyższy poziom znajomości.

Darowuje nam omiyage-okurimono-prezento, zaprojektowane przez siebie pocztówki z nazwami i graficznymi przedstawieniami kombinacji zapachowych wywodzących się z gry dworskiej popularnej w Japonii już w epoce Heian, obecnie praktykowanej jako kodo. Podobno istniały 52 kompozycje złożone z pięciu różnych aromatów, każda miała niezwykle poetycką nazwę. Sztuka polegała na odgadnięciu tej właściwej. Arystokracja epoki Heian słynęła z wyrafinowanych rozrywek. Wytrenowany nos, gomen nasai, wrażliwe powonienie było wielkim towarzyskim atutem.

Sklep znajduje się na parterze niewielkiego domu, właścicielka mieszka na piętrze. Domek stoi przy najpopularniejszym deptaku handlowym w Sendai, zadaszonym na wysokości mniej więcej trzeciego piętra, więc nie dociera do niego bezpośrednio światło słoneczne. Sąsiaduje z dużo wyższymi budynkami, w których mieszczą się przeróżne domy towarowe, restauracje, pachinko (salony gier). Wysepka tradycji, przyczółek dawnych sztuk, wciśnięty w hałaśliwe morze nowoczesności.

piątek, 18 maja 2012

Bez pracy nie ma ... ryżu

Robię zupełnie przypadkowe zdjęcia, a później podczas przeglądania zauważam, że układają się w jakieś minicykle. Ostatnio wypatrzyłam skromny rejestr dziwnych zajęć w przestrzeni publicznej.
Policjant na posterunku, a właściwie postumencie, rekompensującym mizerny wzrost strażnika porządku, na dworcu głównym Tokyo Station. Potężnym, świetnie oznakowanym labiryncie, którego trakty, korytarze, pasaże i ślepe ulice obejmują stację kolejową i superekspresową, kilka linii metra, autobusów miejskich i dalekobieżnych, delikatesy, stoiska z upominkami, restauracje i jadłodajnie. Dziennie przewija się przezeń parę milionów ludzi. Ktoś musi czuwać nad tym żywiołem...



Połączenie hostessy ze strażniczką - z przewagą tej drugiej.


Pani stała przy planie sytuacyjnym w atrium wieżowca Meiji Yasuda (każdy ma swoją nazwę), mieszczącego prócz biur, sklepy i restauracje. Miała marsową minę, może była po prostu zmęczona wielogodzinną "wartą" i potwornie znudzona brakiem szukających pomocy klientów. Nieliczni przechodnie radzili sobie sami, głównie robiąc zdjęcia przy świątecznych dekoracjach. Zagadnięta powściągliwie się uśmiechnęła, pozwoliła sfotografować i opowiedziała o historycznym znaczeniu widocznego z jednej strony atrium budynku. Wzniesiony w drugiej połowie XIX wieku w stylu zachodnim uznawanym za szczyt nowoczesności w modernizującej się Wielkiej Japonii, stanowi świadectwo architektury Tokio tamtej epoki, chronione prawem, więc architekt wkomponował go w biurowiec biznesowej dzielnicy Marunouchi. Komponowanie wypadło zgrzytliwie, budowla robi wrażenie dekoracji filmowej. Musieliśmy uciec się do pomocy wartowniczki, żeby rozproszyć wątpliwości, czy jest oryginalna. Przy okazji rozwialiśmy na pięć minut otaczające ją opary nudy.


Emerytka licząca w sobotni poranek samochody przejeżdżające przez skrzyżowanie w centrum Tsukuby, położonego 50 km na północ od Tokio tzw. miasta nauki.


Najbardziej zafrapowało nas zajęcie strażnika, na którego natknęliśmy się w zakamarkach innego wieżowca w Marunouchi, gdy szukaliśmy drogi do Muzeum Idemitsu znajdującego się na IX piętrze budynku Teigeki. Ktoś nas skierował do dziwnego przejścia pomiędzy drapaczami. A tam, w ciemnym, chłodnym, wyłożonym marmurami, mało uczęszczanym korytarzu stał na baczność człowiek w mundurze. Zaskoczenie jego samotną obecnością w tej bezdusznej pustce było tak duże, że zapomniałam o utrwalaniu. Zresztą nie śmiałbym proponować, tak kompetentnie poważny się wydawał. Wbił mi się jego obraz w pamięć - to wystarczy. Cześć pracy...

niedziela, 13 maja 2012

FAJFY

W przedwojennej Polsce w dobrym towarzystwie fajfami nazywano popołudniowe spotkania towarzyskie, podczas których herbata nie była, jak mniemam, warunkiem koniecznym, lecz mile widzianym. Nazwa wzięła się od angielskiego five o`clock, pory na obowiązkową herbatę, gdy ta ostatnia stanowiła gwóźdź programu. Postanowiliśmy kontynuować obie tradycje i dnia 12 maja roku Pańskiego 2012 o godz. 17.10 nasza podstawowa komórka społeczna zainaugurowała domowe FAJFY, czyli wspólne picie herbaty połączone z wymianą myśli i spostrzeżeń. Zachęcam do powielania pomysłu i wcielania w życie we własnych komórkach.


Powstał nawet skromny regulamin zawierający wytyczne dla uczestników zdarzenia. Regulamin nie jest objęty prawami autorskimi.

MORE THAN FAJF RULES:
1. Herbatę serwujemy z czajniczka/dzbanka w pięknych, starych filiżankach. Od biedy mogą być nowe, choć ze starych smak jest bardziej złożony i głębszy. (Proszę nie traktować tego punktu jako zachęty do nie mycia filiżanek zakupionych na giełdzie staroci.)
2. Naczynia zmieniamy możliwie często, mieszamy style, wzory i kolory, żeby zmysł wzroku miał używanie, potrzeba piękna płci żeńskiej została zaspokojona, a u płci męskiej zaimplementowana. (Przepraszam za ostatni czasownik, ale Spider wciąż coś implementuje, więc i mnie się udzieliło.)
3. Nie bez kozery byłoby zadbać o coś do herbaty. Coś powinno mieć konsystencję stałą, dużą zawartość masła i umiarkowaną cukru.(Tarta migdałowo-cytrynowa idealnie się nada. Mam pewien smakowity w czytaniu przepis, mogę pożyczyć.)
4. Podczas fajfów należy siedzieć przy stole na krześle.
5. Na krześle należy siedzieć możliwie spokojnie z twarzą zwróconą do rozmówcy, uważnie słuchać, wyraźnie mówić, nie skakać z tematu na temat jak znerwicowany pasikonik.
6. W trakcie fajfów poruszamy tematy neutralne bądź przyjemne, dotyczące planów kolacyjnych, wakacyjnych, weekendowych oraz kultury i sztuki.

Jak wystartowaliśmy?

Spider: Wolę zieloną herbatę.
Bee: Uważaj na filiżankę! Nie stukaj tak o podstawkę...
Spider: To o czym chcesz rozmawiać?
Bee: O filmie...
Spider: No, no, no... Także widzisz... Tak to jest...

P.S. Poważnie we wpisie być miało,
Ale się nie udało.
Może następnym razem
Się wykażę.

czwartek, 10 maja 2012

Lekcja historii sztuki i imionologii stosowanej

Całe życie człowiek się uczy. Ostatnio podszkoliłam się odrobinę w dziedzinie historii sztuki, a dokładniej malarstwa polskiego. W katalogu jednego z niemieckich domów aukcyjnych w alfabetycznym wykazie nazwisk twórców, których obrazy miały być poddane licytacji, znalazłam polskiego malarza o popularnym nazwisku Stolarski i wdzięcznym imieniu Zaklad.


Zaintrygowana szybko udałam się pod wskazany numer. Niestety, zdjęcia obrazu nie umieszczono, ale dowiedziałam się, że Zaklad Stolarski jest/był polskim malarzem XX wieku i popełnił dzieło, przedstawiające tańczące i żebrzące, do tego kolorowe kobiety przed wieżowcami, nad którymi latają helikoptery. Stolarskiemu, jak widać, fantazja dopisywała, ekspertom domu aukcyjnego również.


Swoją drogą, jacy okrutni rodzice dali dziecku na imię Zaklad?? Jacyś komunizujący artyści??? Nie dziwota, że wyrósł malarz żebraczek pod helikopterami...

wtorek, 1 maja 2012

Dzieciaki koreańskie III

Żeby nie epatować znowu pyzatymi koreańskimi bobasami i kilkulatkami w akcji, zajmę się dziś głównie dorodnymi nastolatkami, ... które nie wyrosły z dziecięcych przebieranek, harców z bronią w ręku oraz zabaw w męża i żonę. Żarty stroję, a młodzi Koreańczycy bardzo poważnie podchodzą do odgrywania przeróżnych scen wskrzeszających przeszłość ich kraju, ukazujących tradycje, obyczaje i dawne, barwne stroje kontrastujące w zaskakujący sposób ze szklano-betonowym kolorem współczesności. Taka koreańska metoda na uatrakcyjnienie historycznych miejsc. Ku uciesze tubylców i turystów.

Niczym pawie na betonie

Groźna straż pałacowa
Zmiana warty

Miasto Suwon, położone kilkanaście kilometrów na południe od Seulu, może się pochwalić XVIII-wieczną fortecą Hwaseong, wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W tymże mieście, jak obronna tradycja każe, oglądaliśmy pokazy sztuk walki pałką, halabardą, mieczem, pięścią oraz ... drzewem, a w każdym razie czymś przypominającym brzozę z gałęziami zakończonymi grotami. Być może to jakiś koreański wynalazek i znaczący wkład w dziedzinę militariów, jednak temat broni wszelkiej zasadniczo mnie mierzi, więc uprzejmie przepraszam i zarzucam.




W skansenie (Korean Folk Village) w Yongin, kilka kilometrów dalej, młodzi ludzie przybliżali odwiedzającym ludową muzykę i taniec, inscenizowali obrządek ślubu, popisywali się ekwilibrystyką i chodzeniem po linie. Większość prezentowanych sztuk wymagała wieloletnich ćwiczeń, więc grzechem byłoby mówić o nich w kategoriach zabawy czy wakacyjnego "dżoba".

Muzykanci byli równocześnie akrobatami. Grali wykonując skomplikowane ewolucje, skoki, obroty, ze szczególnym okrucieństwem eksploatując głowy i szyje, który to proceder pozostawał w bezpośrednim związku z nakryciami ich głów. I tu dochodzimy do tematu na poemat. Czapki członków koreańskiego zespołu ludowego przyćmiły całkowicie te, które zaprezentowali członkowie angielskiej rodziny królewskiej podczas ślubu Williama i Kate. Ba, te czapki zakasowały wszystko, co kiedykolwiek widziałam na ludzkiej głowie. Tamburyniarze nosili toczki z ruchomą anteną zakończoną imponującą kitą z piór lub długą wstążką. Aby utrzymać końcówki w nieustającym, płynnym ruchu, młodzieńcy kręcili i rzucali głowami na wszystkie strony, cały czas grając. Jakość muzyki pewnie trochę na tym ucierpiała, ostatecznie jednak nie wykonywali IX symfonii van Beethovena, tylko rytmiczne, skoczne ludowe "kawałki".
Bębniarze byli najbardziej stateczni i statyczni pośród tej gromadki. Ich heroizm przejawiał się w tym, że w środku upalnego lata wdziali gigantyczne pompony, przypominające kolorowe gałki lodów - skojarzenie z lodami przynosiło pewną ulgę patrzącym.




W posiadłości szlachetnie urodzonych oglądaliśmy tradycyjną ceremonię zaślubin...


... zakończoną przeniesieniem oblubienicy w lektyce z domu rodziców do domu małżonka.


Zamieszczenie zdjęcia przedstawiającego koreańskie dyby zaraz po fotach ślubu jest całkowicie przypadkowe ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...