niedziela, 30 listopada 2014

Andrzejki, czyli scenki z życia małżeńskiego


Wieczór andrzejkowy nie zapowiadał się dobrze. Nie mogła jeść, pić, tańczyć i śmiać się, gdyż zabieg stomatologiczny, odkładany wielokrotnie z przyczyn, które zasługują na odrębną opowieść z gatunku nieprawdopodobnych, odbył się na tydzień przed planowaną zabawą i okazał o wiele bardziej skomplikowany niż w swej naiwności zakładała. Uściślając - nie powinna konsumować jedzenia twardszego od kaszki manny (szwy), spożywać alkoholu (antybiotyk), podskakiwać zbyt intensywnie (szwy oraz możliwość rozdrażnienia naczynka krwionośnego, które uparcie sączyło krew jeszcze kilka dni po zabiegu i dopiero po zmarznięciu na kość na giełdzie antyków w czwartek uspokoiło się; nie zawsze cieplarniane warunki sprzyjają rekonwalescencji, czasami twarda rzeczywistość okazuje się skuteczniejszym remedium...) i śmiać się (szwy, opuchlizna pod górną wargą), a zagrożenie było duże, gdyż wybierali się z największym rozśmieszaczem spośród ich przyjaciół.

Spider nie przeszedł co prawda żadnego inwazyjnego zabiegu, ale w niedzielę rano miał się zjawić świeży i myślący na zajęciach ze studentami zaocznymi.

Na godzinę przed imprezą okazało się, że wyjątkowo nie kobieta, ale mężczyzna nie ma co na siebie włożyć. Zgodnie z tradycją zostało to jednak dramatycznie wyartykułowane przez kobietę.

Pognali na łeb na szyję do Galerii Dominikańskiej, żeby zakupić fantazyjną koszulę. Zanim wybiegli z bloku, on stwierdził, że dawno nie sprawdzał skrzynki na listy, więc musi koniecznie i właśnie w tym momencie zajrzeć. Przy czym tak go zafascynowała korespondencja od spółdzielni informująca o nowej wysokości opłat eksploatacyjnych oraz zaproszenie na darmowe badanie cytologiczne, że zapomniał wyjąć kluczyk z zamka. Oczywiście przy kluczyku tkwiącym w skrzynce z wypisanym wielkimi czarnymi cyframi numerem mieszkania dyndały również klucze od tegoż mieszkania. Brak pęku został zauważony po godzinie, kiedy wrócili z zakupioną fioletową koszulą (nie wiadomo jak reszta świata, ale z pewnością Niunia będzie nią zachwycona, gdyż to jej ulubiony kolor).

Zakupy trwały dłużej niż planowali, ponieważ ona stwierdziła, że skoro już tu są, chętnie kupiłaby inne buty na imprezę, bo stare mają za długie czubki, oraz wstąpiła do fryzjera, gdyż właśnie ją oświeciło, że jej amatorskie koki nie wytrzymują nakładania czapki, więc potrzebuje profesjonalnej konstrukcji na wielogodzinne pląsy. Niestety, w salonie nie było wolnych terminów, a wszystkie ładne buty nadawały się do stania na pomniku udręczonej kobiecości.

Po odnalezieniu kluczy przy skrzynce na listy, on wyraził wątpliwość, czy aby kto podstępny ich nie skopiował i nie czyha teraz na ich dobra. Nie mieli jednak czasu, żeby przejąć się na poważnie tą myślą, gdyż trzeba było prasować koszulę zagniecioną okrutnie na tekturce i kończyć manicure. Spóźnili się na andrzejki tylko 15 minut, co w tak niesprzyjających okolicznościach należy uznać za ogromny sukces organizacyjny.

Zabawa okazała się przednia, wino zbędne, szpinak i szaszłyki z kurczaka rozpływały się w ustach niczym masło, dowcipny kolega był wykończony po trudnym tygodniu w pracy, a pod ich nieobecność nikt nie wyniósł z mieszkania kogutów. :)

Tak doszła do wniosku, że kłody leżące na drodze do przyjemnego celu należy z wdziękiem przeskakiwać, czyli ignorować. (Z innymi typami celów sprawa jest bardziej skomplikowana i wymaga dokładniejszych oględzin kłód.)

P.S. Żeby w optymizmie nie posunąć się do głupoty, po powrocie z zajęć i kanapowej regeneracji on udał się do Praktikera, zakupił nowe zamki, a następnie je wymienił.

czwartek, 20 listopada 2014

Okruchy jesieni

Mój nieprzyjaciel czas pędzi wciąż na łeb na szyję pochłaniając wszystko po drodze. Wszystkożerny i nienasycony. Zbieram okruchy. Dobre i to.

Wystawa Alfreda Lenicy w Muzeum Narodowym. Meandry organicznych form wciągających wzrok w skomplikowane labirynty w poszukiwaniu sensu znajomych kształtów. Obłe kształty i miękka kolorystyka obrazów Lenicy wywoływały pozytywne wrażenia łagodząc gorzką tematykę dzieł sugerowaną przez tytuły.


Podczas gdy Spider rozbijał się po Tokio, ja wytropiłam Japonię we wrocławskiej Galerii Miejskiej na wystawie Direct Painting XY Anki Mierzejewskiej...



... oraz pod postacią miłorzębu japońskiego, klonu japońskiego i takiejże kalikarpy, które zmieniły image, gdy rodzime drzewa (buki wyglądały obłędnie w tym roku) potraciły już liście.




Kalikarpa
Jesień pozostawała długo ożywczo zielona, żeby buchnąć kolorami ognia z końcem października. Ogród botaniczny wyglądał przez trzy tygodnie zjawiskowo. Szkoda mi było każdego dnia, którego nie zdołałam wpaść tam choćby na chwilę nacieszyć oczy. A powaby jesieni trwają równie krótko jak uroki wiosny. Natura dozuje człowiekowi przyjemności, żeby nie oszalał z nadmiaru piękna :)






Idealne śniadanko na listopadowe chłody i ciemności - tiramisu a la pszczółka, czyli w miejsce lekkich jak piórka biszkoptów stosujemy ciężkie jak puchowe pierzyny magdalenki, zamiast kawy mocną herbatę, mascarpone z żółtkiem i brązowym cukrem nie odbiega mocno od tradycji, amaretto i kakaową posypkę używamy w zależności od zapotrzebowania. Wygrzebałam z dna szafy ostatnie półkilogramowe opakowanie magdalenek przywiezionych z wakacji we Francji i zaczęło się jesienne tuczenie :)

Kakaowy pyłek pominięto przez wzgląd na nadmierne spożycie kakao w formie płynnej
Wełniana martwa natura ze skarpetkami :)
Zachód słońca w Kliczkowie koło Bolesławca, gdzie pojechaliśmy popatrzeć po raz enty na odrestaurowany zamek, obecnie hotel, ujeżdżalnię koni, w której mieści się jeden z oryginalniejszych basenów hotelowych oraz pospacerować po parku i lasach wokół posiadłości.

wtorek, 4 listopada 2014

Z cyklu ZACHWYCENIA

Kilka lat temu (już!!!) wędrując ze Spiderem ulicami i bulwarami wokół Ogrodu Luksemburskiego trafiłam na wernisaż nieznanej mi wówczas, mieszkającej w Paryżu fotografki Sarah Moon. Weszliśmy i zostaliśmy chwilę, żeby obejrzeć zdjęcia rozwieszone na ścianach galerii, przejrzeć udostępnione albumy z twórczością Moon, dyskretnie rzucić okiem na obecną autorkę, postarzałą piękność okutaną w artystyczne czernie. Podobały mi się jej prace, niewyraźne, jakby zasnute mgiełką czasu i tajemnicy, pokazujące w poetycki sposób zjawisko, stan kobiecością zwany. Nie kupiłam wtedy albumu i nie poprosiłam o autograf, czego dziś żałuję. Przed chwilą wyklęty i niezastąpiony fejs przypomniał mi o Sarze Moon.
Życząc nastrojowego wieczoru :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...