sobota, 29 września 2012

Spod Stalingradu nieoczekiwanie...


Montmartre widziany z okolic stacji metra Stalingrad :)

czwartek, 27 września 2012

Filmowy Paryż

Słowo się rzekło. Zainaugurowałam kulturalną jesień. W związku z tym, że gorliwy ogrodnik podlewa paryskie kamienice przynajmniej dwa razy dziennie i mam wrażenie, że to nawadnianie może się przeciągnąć, postanowiłam nie czekać na zakup parasola ("starego" zapomnieliśmy), zawiesić chwilowo motto życiowe "podchorąży zawsze zdąży" i udałam się do Hotel de Ville (merostwa Paryża) celem obejrzenia wystawy "Paryż oczami Hollywoodu".

Ostatnie pół roku poczyniło jednak pewne spustoszenia w moim mózgu.
Naiwnie sądziłam, że przyjdę i wejdę. A co to, to nie! Paryż to nie Wrocław. Tu się stoi w kolejkach do muzeów! Bo tu się idzie do muzeum jak w Polsce po chleb do osiedlowego spożywczego, jak w niedzielę do kościoła. Instynktownie i z dziada pradziada. Paryżanin "na poziomie", obracający się "w towarzystwie" jest na czasie z sezonowymi ekspozycjami. Do tego Francuz lubi mieć opinię na każdy temat. A najcenniejsza własna, nie zapożyczona od recenzenta, który odstał swoje w ogonku. W kolejkach do muzeów można spotkać cały przekrój społeczeństwa od licealistów, młodych małżeństw z małymi dziećmi, po dojrzałe pary i emerytów. Turyści lekko podbijają frekwencję. Mamy wówczas do czynienia z zaawansowanymi kulturalnie i ponadprogramowo aktywnymi jednostkami.

W ferworze ironizowania na temat snobizmów, nie chciałabym przeoczyć artystycznego, estetycznego, edukacyjnego aspektu odwiedzania wystaw i faktu, że wielu kolejkowiczów odczuwa prawdziwą potrzebę rozwoju, samodoskonalenia, kontaktu z dziełami sztuki. Zaprzyjaźniona para Bretończyków każdej jesieni przyjeżdża na tydzień do Paryża specjalnie po to, żeby zobaczyć wszystkie interesujące propozycje komisarzy i kuratorów. Oglądają po dwie wystawy dziennie. Kto nie był na paryskiej retrospekcji, nie wie, jaka to praca umysłowa oswajać i przyswajać wizerunki, wyobrażenia, skojarzenia, tytuły, fakty, datyjaki to wysiłek fizyczny dopychać się do dzieła, lawirować wśród tłumu, potrącać i być trącanym... Oczywiście poza przyjemnością i satysfakcją z odczuwania, że zachwyca lub nie zachwyca.

Po 45 minutach obserwowania chmur gnających nad fikuśnym dachem paryskiego ratusza i opierania się coraz zimniejszym porywom wiatru, wkroczyłam w ciepłą filmową rzeczywistość.


Ninoczka w reż. Ernsta Lubitscha






















Ekspozycja stanowi gratkę przede wszystkim dla kinomanów. Imponuje bogactwem i różnorodnością zgromadzonych materiałów, sięgających początków ubiegłego wieku, jak chociażby film nakręcony w 1900 roku, pokazujący w krótkich ujęciach Pola Elizejskie, wieżę Eiffla, nabrzeża Sekwany wypełnione paryżanami w melonikach drepczących jak kaczki po trzech espresso.
Zaprezentowano wiele fotografii twórców, z planu i nie tylko, np. zdjęcie Woody`ego Allena przechodzącego przez jeden z paryskich mostów z bagietką pod pachą, chyba przyłapanego przez paparazziego. Oryginalne plakaty, projekty dekoracji, wyimki z prasy, fragmenty scenariuszy z lat 20. i późniejsze. Zielone botki, rękawiczki i kapelusz Grety Garbo z Damy kameliowej, kostiumy Audrey Hepburn autorstwa Huberta de Givenchy i kilka jego szkiców o wyrazistej, czystej linii. Wywiad z Givenchy`m na temat jego inspiracji cud-kobietą Audrey. Wypowiedź Hitchcocka o Paryżu i francuskim stylu życia.


Szarada Stanleya Donena






















Na monitorach można obejrzeć mnóstwo fragmentów filmów z autentycznym Paryżem lub jego atrapą w tle, uporządkowanych wedle gatunku. Powstało tych znanych obrazów, firmowanych przez wielkie nazwiska, sto z okładem. Produkcjami klasy B, C, i D nie zawracali sobie kuratorzy głowy. Przywołam kilka - Ninoczkę z Gretą Garbo, Zabawną buzię, Szaradę i Miłość po południu z Audrey Hepburn, Amerykanina w Paryżu i Gigi Vincenta Minellego, Moulin Rouge Johna Hustona, Frantic Polańskiego, Wszyscy mówią kocham cię i O północy w Paryżu Woody`ego Allena...
Na ekranie ciągnącym się ponad głowami zwiedzających wzdłuż całej gigantycznej sali wyświetlane są ciekawie zmontowane najpiękniejsze paryskie sceny, klasyka kina.


Amerykanin w Paryżu


























Jeden minus. Opisy wykonano tylko w języku francuskim, co nieco utrudniło zadanie Waszej, niezbyt biegłej w tej mowie, korespondentce.
Z tym większą gorliwością rzucałam się na wszelkie anglojęzyczne eksponaty, jak chociażby wystukany na maszynie list od wytwórni filmowej do Johna Hustona, w którym stwierdza się, że jakkolwiek przesłany scenariusz filmu o życiu Toulouse-Lautreca pt. Moulin Rouge jest perfekcyjny i mógłby iść od razu do realizacji, jednak do realizacji nie pójdzie ze względu na liczne sceny mówiące o prostytucji, które są nie do przyjęcia zarówno przez społeczeństwo, jak przez cenzorów.
Najwyraźniej wytwórnia i Huston uzyskali kompromis, gdyż film powstał i zwabił do kin miliony :)



Paryż od wieków przyciągał i inspirował twórców wszelkiego sortu, więc i filmowcy nie mogli pozostać obojętni na jego niezwykłą energię. Zobaczymy go jeszcze w niejednym filmie.

wtorek, 25 września 2012

Pogwarki o ... sztuce



Zebrało się Spiderowi na czułości na ławce w parku w Sceaux.
- To było jak Pocałunek Rodina - rzekła Bee.
- Ale całuję lepiej niż Rodin?

poniedziałek, 24 września 2012

Bonjour Paris! Witaj słodka Francjo!





Na gorąco odnotowuję, że gapienie się na paryskie kamienice i klomby, wystawy sklepowe i kawiarniane ogródki, obserwowanie pędzącego trotuarami i siedzącego na ławkach w parku życia nadal ekscytuje me dziecięce serce.

Paryż nie zmienił się w ciągu pół roku naszego niewidzenia. Nadal się przyjaźnimy. Zresztą z jego perspektywy czymże jest kilka miesięcy!

Widziałam z daleka mrugającą światłami Piękność Eiffla. Z bliska Łuk Triumfalny i Pola Elizejskie - pierwszy nadal stoi niewzruszony wśród szaleństwa pojazdów meandrujących po Placu Charlesa de Gaulle`a, drugie nieustająco epatują swoją monumentalnością i niepozbawionym uroku egocentryzmem, czyli świata pępkowatością.

Od bieżącego tygodnia rusza jesienno-zimowy sezon kulturalny, zaczyna się paryska ekspozycyjna rozpusta. Ostrzę ząbki i pazurki, znaczy skręcam zwoje i przecieram okulary na kilka wystaw - "Impresjonizm i modę" w Muzeum Orsay, "Edwarda Hoppera" i "Cyganerię" w Grand Palais, "Paryż oczami Hollywoodu" w Hotel de Ville. To na początek.

Przywitaliśmy się już ze starym znajomym - parkiem w Sceaux, za którym tęskniłam. Poczyniliśmy nowe znajomości - z pałacykiem Aleksandra Dumasa ojca Chateau Monte-Cristo i miastem Le Vesinet, które mam oczywiście zamiar opisać, ale oczywiście nie obiecuję, że tak się stanie ;)


Parc de Sceaux
Jako smakosz dobrego jadła i napoju, daleka krewna Gargantuy i Pantagruela, cieszę się wielce, że znalazłam się znowu w Krainie Serem Stojącą, Masłem Ociekającą i Winem Płynącą, Kraju Celebracji Kolacji, Raju Świadomej i Nieświadomej Nieustającej Konsumpcji.

Dzień zaczynamy od rogalików opieczonych przez chwilę w piekarniku celem dodania niebiańskiej chrupkości oraz serów twardych, miękkich, z białym i zielonym porostem pleśni tudzież innych, jakie Francuz w koneserskim szale stworzył. Szkoda czasu na tradycyjne dżemy, tym bardziej, że już na drugie śniadanie pogryzamy błyszczącą czekoladę wytwarzaną z kakao z Ghany lub Dominikany. Dla kulinarnej odmiany chadzamy na obiady do japońskiej restauracji, prowadzonej przez Chińczyków, gdzie sushi przyrządza czarnoskóry. Mieszanka narodowościowa, której nie podejrzewałabym o dobre efekty w tej dziedzinie... A jednak! Na kolację chrupiące bagietki z masłem Charentes-Poitou (brzmi też dobrze), sałatka z batawii, pomidorów, koziego sera i oliwy, sery i wino. A w szafce spoczywają w oczekiwaniu na swoją kolej ulubione magdalenki St. Michel... A na półkach sklepowych mrugają tłuszczykiem gęsie wątróbki...
Nie wiem, czy Francja okaże się słodka, na pewno będzie pysznie i tłusto.
I bardzo kulturalnie.


Nasza dzienna porcja ;)

sobota, 15 września 2012

Ogrody Gaudiego, cz.II

Odmówiłam opuszczenia Katalonii, dopóki nie zobaczę Parku Güell, więc ostatniego dnia pobytu zapuściliśmy się samochodem na strome, wąskie ulice dzielnicy Barcelony sąsiadującej z parkiem. Takich podjazdów, jak żyję, nie widziałam. A pokonaliśmy dwukrotnie autem alpejską przełęcz Grand Saint Bernard... TO kwalifikowało się tylko dla roweru wysokogórskiego i łydek Lance`a Armstronga po podwójnej dawce dopingu, którego zresztą nie stosuje. Gdyby z przyczyny spacerującego kota, kąpiącego się wróbla, przechodzącej drogę staruszki przyszło nam stanąć, w górę już byśmy nie ruszyli. Szczęśliwie szosa była pusta, więc jeszcze trochę lawirowaliśmy wśród wyrzeczeń Spidera, że on wolałby spokojnie pociągiem do Placu Catalunia, a potem metrem, wówczas jednak nie odkrylibyśmy położonej na wzgórzach, klimatycznej, nieturystycznej Barcelony, wtrąciłam, aż znaleźliśmy w końcu wolne miejsce parkingowe i wkroczyliśmy w świat baśni Gaudiego - domów z piernika, wież cukiernika, doryckich kolumnad dźwigających mozaikowe pontony, stalaktytów ściekających z głów kariatyd...




Park powstał w latach 1900-1914 na zlecenie hrabiego Eusebiego Güella i miał być częścią ekskluzywnego osiedla. Projekt nie wypalił pomimo genialnego położenia i wielkiej urody i mimo tego, że pomysłodawca w ramach działań reklamowych zamieszkał osobiście w jednej z willi oraz przekonał Gaudiego do zakupu kolejnej. Dziś można zwiedzać dom-muzeum, w którym architekt spędził z rodziną dwadzieścia lat (1906-1926).




Przybytek odwiedzany jest przez tysiące ludzi dziennie, o czym świadczą gęsto zaludnione zdjęcia. Do fotografii ze smokiem uformowała się samozwańcza kolejka, domagająca się okrzykami, aby nie robić tłoku wokół, lecz czekać cierpliwie na sam na sam z baśniowym stworem.



Zwiedzanie to ciężka praca, regeneracja na ławach zaprojektowanych przez Gaudiego wielce wskazana. Jego artystyczne szaleństwo było kontrolowane. Olbrzymią wagę przywiązywał do wygody użytkownika. Kamienne ławki zostały stworzone do półleżącego lenistwa w słońcu, nic nie ciśnie, nie uwiera, nagrzane, gładkie mozaiki są przyjemne w dotyku. Deszcz spływał przez widoczne otwory, eliptyczne guzy chroniły szanowną niewymowną przed zamoczeniem.
Gaudi był prekursorem sztuki z recyklingu. Płytki do swoich mozaik potrafił podobno zbierać w wyburzanych budynkach.

Do zobaczenia, Antonio!! Wybaczam Ci ... już Ty wiesz co.


P.S. Dzięki otwartym umysłom i odwadze barcelońskich inwestorów tamtej niezwykłej epoki, zarówno prywatnych, jak państwowych i kościelnych, Gaudi mógł realizować swoje fantastyczne wizje, budować swoje ogrody wyobraźni.
Nazwiska zleceniodawców przetrwały w nazwach powstałych domów, pałaców, parków. Boczną furtką weszli do nieba zasłużonych dla sztuki. Mają swoją malutką działkę nieśmiertelności obok hektarów Gaudiego. Hmm, wygląda na to, że nieśmiertelność można kupić, tylko trzeba mieć odwagę i refleks, poza funduszami rzecz jasna ;)

wtorek, 4 września 2012

Ogrody Gaudiego, cz.I

Casa Mila, kamienica zaprojektowana przez Gaudiego dla barcelońskiej burżuazji - małżonków Mila, powstała w latach 1906-1912. Zwana ze względu na charakterystyczny wygląd fasad i dziedzińców kamieniołomem - La Pedrera - była pod wieloma względami innowacyjna, co ściągnęło na nią gromy miejscowych intelektualistów.

Pani Mila również nie poznała się na geniuszu Gaudiego. Po jego śmierci  kazała przeprojektować wnętrza. Odznaczała się odrobiną przyzwoitości lub brakiem odwagi, więc nie zrobiła tego za życia twórcy. Muzy musiały narobić nie lada rwetesu na Parnasie, nazrzędzić się Apollinowi, że ten w końcu ruszył się z rydwanu i interweniował, i ocalił panoramiczny taras na dachu budynku.

Japońskie i chińskie kamienne ogrody przywodzą na myśl trwanie, niezmienność, stałość wśród szaleństwa przyrody poddanej nieustającym zmianom pór roku, nieuchronnemu procesowi wzrostu, kwitnienia, zamierania. 
Gaudi stworzył kamienny ogród sztuki, który może symbolizować trwanie idei, myśli i niczym wehikuł czasu przenosi w mi(s)tyczny bezczas. Gorąco polecam tę chwilę lewitacji nad dachami Barcelony.









Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...