piątek, 29 kwietnia 2011

We Wro

Żeby nazwie bloga stało się zadość, podczas ostatniego pobytu we Wrocławiu, udałam się na sesję fotograficzną. Piastowski gród, że posłużę się terminologią komunistycznej propagandy, jawi się w niej (sesji, nie propagandzie) ... swojsko. Na tle Paryża i Tokio raczej zaściankowo, trochę melancholijnie, ale trudno porównywać żyrafę z żukiem. Z drugiej strony - bierzmy przykład z najlepszych, skoro aspirujemy do EXPO, EURO i UFO :)

Okolice Hali Targowej, Placu Nankiera, Mostu Piaskowego, czyli kolebka miasta i od zawsze dzielnica handlowa. Tradycje nadal kultywowane:



 

Nasze ulubione stoisko z mięsem.
- My nie sprowadzamy kurczaków z Chin... jak co niektórzy... - zapewniał nas kiedyś sprzedawca.
Deklaracja w poprawnej politycznie formie - na tabliczce nad kasą:


Pewnie z powodu stosunkowo wczesnych godzin na ulicach dominowali emeryci.


 Most Tumski ugina się od ton żelastwa:

 

Ten, kto zapoczątkował tę szkaradną modę, wyląduje po śmierci w ostatnim kręgu piekła brzydoty, a cała reszta ślepych naśladowców tylko o jeden poziom wyżej.

Świeżo odrestaurowany barokowy budynek dawnego sierocińca cieszy oko estety. Jest szansa, że jego uroda nie zniknie po roku pod warstwą kurzu, jak dzieje się to z odnowionymi kamienicami położonymi przy ruchliwych ulicach. O co chodzi z tym kurzem we Wrocławiu???? Czyżby uaktywniła się Ślęża i pył wulkaniczny spadł na miasto??? A może trzeba zakupić nowoczesne urządzenia do mycia dróg i chodników, zamiast liczyć na błogosławieństwo deszczu i wytarte okrągłe szczoty staroświeckich polewaczek?


Podwórko ze skansenu komuny. "Wypasione" jak na tamte czasy - z piaskownicą i huśtawkami!!



Zieleń niewątpliwie uszanowana, choć niezbyt imponująca ... Tabliczka przyniosła pożądany skutek. Nadciąga era innych tabliczek: Szanuj ścianę!


Trzy ostatnie malowniczo zapuszczone kamienice na Szczytnickiej idą pod kielnię murarzy. Za kilka miesięcy nie poznamy tego widoku. Miejmy nadzieję, że w międzyczasie Ślęża przestanie "pylić".
 

środa, 27 kwietnia 2011

Złotych myśli Spidera cd.

Po wyjściu ze sklepu z kosmetykami.
Spider: Byłabyś droższa memu sercu, gdybyś była tańsza dla kieszeni...

Pogwarki małżeńskie

Spider po raz kolejny zapomniał o czymś, o co Bee prosiła wielokrotnie.
- Bo ja mam tylko pamięć ram – stwierdził w ramach usprawiedliwienia.
- To znaczy…???
- Operacyjną. Krótkotrwałą. Brak twardego dysku. Wystarczy, że się zdrzemnę i dane przepadają.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kurz i irysy

Paryskie parki są wspaniałe - ukwiecone, udrzewione, urozmaicone fontannami, przycięte, wysprzątane, z wielkim wyborem miejsc siedzących (kamienne ławy, metalowe krzesła z oparciami lub bez, hektary trawników).
Jedyny mankament - alejki wysypane białym kurzem. Po butach widać, kto wyszedł z parku. Jeśli dużo spacerował, ma nogi ubielone do kolan. Nie zaleca się skracania sobie przez park drogi do teatru, na spotkanie biznesowe lub herbatkę u pani hrabiny.


Wchodząc ostatnio do Ogrodu Luksemburskiego ujrzałam dziewczynę w białych kaloszach. Dzień był upalny, więc w pierwszym odruchu pomyślałam: Nieszczęsna ofiara mody. Ale już po dziesięciu metrach: Geniusz!!! Po pierwsze, na białych "gumiakach" nie widać białego pyłu, po drugie, w domu wkłada je pod kran i gotowe, po trzecie, może je opłukać jeszcze w parku pod jednym z kranów z wodą pitną i udać się na wyściełane bordowymi dywanami salony.

Podnieśmy się jednak z kurzu, bo nieco wyżej znajdziemy najpiękniejsze kwiaty świata, misterne arcydzieła natury - IRYSY.



Znalazły się w herbie królów francuskich, zwane błędnie we Francji fleur de lys (kwiatem lilii), w Polsce lilijkami. To jakże skuteczna, trwająca już kilka wieków, dywersja potężnego i wpływowego obozu wielbicieli lilii. Admiratorzy irysów, łączmy się!

sobota, 23 kwietnia 2011

Życzenia pobożne i niepobożne


Z okazji świąt Wielkiej Nocy
duchowych ekscytacji 
i ziemskich rozkoszy
życzymy

środa, 20 kwietnia 2011

Niedziela, do tego Palmowa

W Paryżu wiosna całą gębą. Ludzie wylegli do parków i kawiarni. Na obrzeżach Lasku Bulońskiego szeroko otwartymi oczami zarejestrowaliśmy tłum opalających się w strojach kąpielowych.



Apel do Zarządu Zieleni Miejskiej we Wrocławiu: Zafundujcie naszemu miastu chociaż jeden taki klomb! Na bratkach i krzaczkach świat się nie kończy!


Na Champs Elysees kwitną kasztany. Dzięki nieocenionemu Hansowi Klossowi wiemy jednak, że najlepsze są na Placu Pigalle.


U Loewe`go zakwitły wiśnie na wystawach. W prawym dolnym rogu deklaracja: Loewe Loves Japan.
Me too.


Japonka regeneruje się w Starbucksie przy ruchliwej Avenue de l`Opera.


Widok Japończyków śpiących w miejscach publicznych, szczególnie w letnie, upalne, wilgotne dni, nie jest niczym dziwnym ... w Kraju Zabójczego Lata i Nietykających Cudzej Własności Obywateli. We Francji jeszczem nie widziała. I nie polecam ze względu na dużą liczbę indywiduów tykających cudze.

Na stopniach kościoła św. Marii Magdaleny (zwanym po prostu La Madeleine) starsze panie obdarowują zainteresowanych wiechciami z bukszpanu. W końcu to Niedziela Palmowa.


Francuzi nie zaliczają się do szczególnie religijnych narodów, przedkładają inne aktywności nad udział w mszy (patrz foto nr 1 i 2).

Za to w polskim kościele przy ulicy Saint Honore, rzut kamieniem od Pałacu Elizejskiego, na niedzielnych nabożeństwach często nadkomplety. Na placu przed świątynią można zakupić u plandekowych handlarzy polskie miesięczniki i tygodniki dla kobiet, miód, kiełbasę krakowską i inne produkty, które umilają żywot polskiej emigracji na paryskim bruku.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Chateau Dampierre. Z serii 1001 francuskich zamków.

Weekendy nie znoszą próżni, więc ubiegłą sobotę wypełniliśmy szturmem na zamek Dampierre, prywatną własność XIII Diuka de Luynes, wzniesioną w obecnym kształcie przez jego praprzodka Diuka Nr III w końcu XVII wieku.

Było to nasze trzecie podejście do rzeczonego chateau. Pierwsze miało miejsce w końcu września 2010 i zakończyło się kryzysem małżeńskim, gdyż Spider w mieszkaniu zapewniał, że wziął aparat fotograficzny, a na miejscu oznajmił, że nie wziął, bo zabrał TYSIĄCE innych rzeczy, czyli kluczyki do samochodu, dokumenty i GPSa... (Złośliwość każe w tym miejscu nadmienić, iż Dampierre leży 20 km od Gif, a drogę i wszystkie mijane ronda obsadzono gęsto drogowskazami.) Bee oświadczyła, że bez aparatu nie wchodzi, a wrócić po ten niezbędnik nie mieli czasu. Zwiedzanie przybytku jest mocno limitowane, tylko z przewodnikiem, dwie tury dziennie - o 14.30 i 17.00. Pierwsza wizyta właśnie się rozpoczynała, druga odbyłaby się w mrokach jesieni, co zdyskwalifikowało ją z fotograficznego punktu widzenia. Do rozwodu mimo wszystko nie doszło.

Uzbrojeni po zęby w japoński sprzęt, kolejny atak na zamek przypuściliśmy tydzień później. I wróciliśmy na tarczy lub, jeśli kto woli, na aparacie. Okazało się, iż wg XIII Diuka de Luynes skończył się sezon turystyczny i obiekt został zamknięty na XIII spustów. Następne zwiedzanie W KWIETNIU!!


Przeżyłam zimę śniąc co drugą noc o sesji fotograficznej w Dampierre. Gdy nastał kwiecień, popędziliśmy przy pierwszej okazji, bez GPSa. Zdążyliśmy przed 14.30, zakupiliśmy bilety u zapuszczonego stróża-biletera mieszkającego w równie zapuszczonym pawilonie przy okazałej niegdyś bramie. Pojawiła się młoda przewodniczka, wpuściła grupkę entuzjastów do zdobnego holu, grzecznie się przywitała, po czym oznajmiła:

- Robienie zdjęć w zamku jest zabronione...........

I tak zrobiliśmy, haha!:


Reszta jest milczeniem. Pisnę tylko z cicha, że ... chciałabym odziedziczyć po prapradziadku taką salę balową przerobioną na "domowe" muzeum i salony z kominkami z czasów Ludwika XIV, i jadalnię z siedemnastowieczną misternie rzeźbioną boazerią.

Morał historii z aparatem: Los bywa złośliwy i przewrotny, ale czasami warto Mu zaufać.
Z zewnątrz chateau prezentuje się następująco:





W olbrzymim i przez to niedoinwestowanym parku, bladym cieniu niegdysiejszego, kwitły kamelie, tulipany, różaneczniki, fruwały motyle i bażanty. Po laskach i polanach uganiała się dzika zwierzyna - przez całe życie nie widziałam tylu jeleni i saren, co w przeciągu godziny w Dampierre!




Nad kanałami człapały pękate gęsi. Jednej wyraźnie nie spodobaliśmy się, więc ruszyła z sykiem do ataku. Powstrzymał ją dopiero kontratak Spidera używającego jako broni torby na pasku. Mój rycerz herbu sprężarka :)

sobota, 16 kwietnia 2011

Wiedza tajemna

Spider wyjawił tajemnicę swego zazwyczaj dobrego humoru:

- Wstaję, siódma piętnaście, idę do łazienki, patrzę w lustro – życie jest straszne. Golę się i od raazu mi leeepiej. Wystarczy po prostu się ogolić…

czwartek, 14 kwietnia 2011

Gdzieśmy byli, cośmy robili

Sporo wody upłynęło w Sekwanie, Sumida-gawa i Odrze od ostatniego wpisu, za co cierpliwych i niecierpliwych Czytelników przepraszam. W tym czasie udaliśmy się do starego, dobrego, przykurzonego Wrocławia celem nadrobienia zaległości rodzinnych, towarzyskich, kulturalnych, administracyjnych etc. Nadrabialiśmy z zapałem, więc udało się zaliczyć razem lub oddzielnie sporo akcji i atrakcji, wśród których znalazły się:

1. Huczna impreza urodzinowa z tanami do białego rana - jeszcze zanim dotarliśmy do Polski
2. Dwie wizyty w teatrze
3. Bardzo późna i przemiła kolacja u przyjaciół
4. Kilka przyjacielskich spotkań o przyzwoitszych godzinach
5. Pięć seansów kinowych
6. Parapetówka
7. Parę pysznych kilogramów drożdżowego makowca produkcji Mamy :*
8. Sprawa rozwodowa
9. Drobny remont mieszkania
10. Fryzjerka-stylistka
11. Mechanik samochodowy (to nigdy nie są miłe wizyty...)
12. 3000 km na autostradach

Nie zdążyłam zobaczyć:
I. Wystawy czasowej Natalia LL w Muzeum Narodowym, gdyż to ostatnie zamyka swe podwoje w poniedziałki i wtorki i dlaczego tyle wolnego???
II. Jeszcze kilku filmów w kinach
III. Ulubionych sklepów z antykami

Rozwinięcie niektórych z zasygnalizowanych wyżej wątków:

1a. Przybyliśmy do położonego na wzgórzach małego niemieckiego miasteczka, gdy uroczystość już trwała. Popędziliśmy do domu przebrać się stosownie do okazji. Spider uczynił to w przeciągu dziesięciu minut a przez kolejnych pięćdziesiąt zachęcał nastoletniego siostrzeńca do gry na perkusji. Utwory Nirvany może i są fajne, a siostrzeniec chyba jest niezłym perkusistą. Jednak jego pokój znajduje się stanowczo za blisko łazienki i sypialni, po których miotała się Bee nie mogąc namierzyć w tym hałasie własnej głowy, a co dopiero mówić o kolczykach czy grzebieniu. Z największą ochotą wzięłaby wówczas na muszkę Spidera przekrzykującego perkusję: Co ty tam robisz tak długo? Czy możemy już wychodzić?

1b. Wieku Jubilatów nie wypada zdradzać, napomknę jedynie, że często granym utworem była tytułowa piosenka z popularnego polskiego serialu o inżynierze Karwowskim :)

1c. Tańce w poście? - spytał Mamutek z lekko wyczuwalną przyganą w głosie. Tak wyszło i co gorsza... było bosko. Mea, Spiderea i Jubilatea culpa. Zresztą impreza odbyła się w domu parafialnym, więc chyba możemy się czuć częściowo rozgrzeszeni...

2a. Tęczowa trybuna w Teatrze Polskim - tragikomiczna rzecz o gejach-kibicach piłkarskich i przygnębiającej polskiej rzeczywistości politycznej, społecznej; teatr zaangażowany atrakcyjnie podany.

2b. Utwór o Matce i Ojczyźnie na Scenie na Świebodzkim - prawdziwa magia teatru, kawał dobrej reżyserskiej roboty, świetne aktorstwo!

3a. Uwaga!! Treści tylko dla dorosłych! Dowcip wieczoru, krążący w sferach naukowych: Kiedy zostaje się członkiem PANu (Polska Akademia Nauk)? Gdy przestaje się być panem członka.

5a. Uzupełnię niebawem.

8a. NIE NASZA.

10a. Nie dotyczy Spidera, gdyż ten stylizuje się sam przy pomocy maszynki do strzyżenia z końcówką 6 mm. (To już wszyscy wiedzą, jaką mam długość włosa? - skomentował.)

12a. W drodze powrotnej, która przypadła na środę, marudziliśmy oboje, jak strasznie jeździ się w robocze dni tygodnia, gdy autostrady opanowane są przez tiry. Jak okropna, jak potworna i męcząca jest taka jazda, taki slalom, że bez sensu i nigdy więcej. Wtedy zaczął lać deszcz i lał przez trzy godziny. Widoczność spadła do kilku metrów, hektolitry wody oblewały auto przy każdym mijanym tirze, bryzgało z przodu spod kół samochodów osobowych i dostawczych, wycieraczki ledwie nadążały. Kiedy w końcu wyjechaliśmy na suchą stronę świata, stwierdziliśmy, że tiry to przecież ŻADEN PROBLEM, najważniejsze, że NIE PADA. Potwierdziło się, co niby wiemy, ale wciąż zapominamy. Nie narzekać na to, co jest, bo zawsze może być gorzej.

12b. Kochamy niemieckie autostrady oraz kolejne rządy i naród niemiecki za ich wybudowanie, oraz ponownie rząd niemiecki za brak opłat za nie.

piątek, 1 kwietnia 2011

Z życia pszczół

Wiosna to ulubiona pora roku pszczół. Budzą się do życia po zimowym letargu. Gramolą się na światło słoneczne z czarnej dziury, w której tkwiły przez kilka miesięcy, co gorsza, nie zdając sobie z tego sprawy.
Wiosną pszczoły nie powinny próżnować, dlatego Bee wybrała się na sesję fotograficzną w Gif. Wzdłuż ulic, w przydomowych ogródkach, na osiedlach kwitną ... chyba wiśnie (jakby ktoś miał inne zdanie na ten temat, korekta mile widziana). Różowe obłoki unoszą się nad całym miasteczkiem i jest niczym w Kraju Kwitnącej Wiśni. Radosne bzzzz...

 


Właściciel brasserie po drugiej stronie ulicy wystawił stoliki i krzesła na zewnątrz ledwie skończyły się przymrozki i od razu ktoś przy nich usiadł z kawą. Francuzom zupełnie nie przeszkadza, że siedzą przy jedynej głównej ulicy w Gif, biegnącej przez środek miasteczka dalej, do Bures i Orsay, przy której zatrzymują się zmotoryzowani klienci poczty, apteki i dwóch piekarni. Francuzów nie zraża, że siedzą częściowo na chodniku, przechodnie zaglądają im w filiżanki i talerze, a zapach ryb z mieszczącego się na rogu sklepiku z owocami morza zdradza czasami niepokojące nuty ... głowy... Im intensywniejsze życie toczy się dookoła, tym lepiej. W Paryżu jest podobnie - im bardziej ludny plac, im hałaśliwsze skrzyżowanie, bulwar, tym popularniejsza rozłożona przy nich kawiarnia. 

Bee wstąpiła do jedynej tutejszej księgarni, zawalonej tonami książek. W fotelu na pięterku przejrzała piękny album poświęcony Azji (a jakże! co za monotematyczny owad!), potem pogawędziła chwilę z jedną z młodych sprzedawczyń - Adeline, która poleca jej zawsze jakieś rewelacyjne książki, oczywiście wydania francuskie. Jakby ktoś był zainteresowany, przekazuję dalej - Dalva Jima Harrisona, Neige (Śnieg) Maxence Fermine. Obie przetłumaczono na polski.
W parku niedaleko szkoło-przedszkola zaczepiła dziewczynę, mówiącą do dwójki maluchów w dziwnym szeleszcząco-syczącym języku. I tak poznała Polkę, która mieszka we Francji od 15 lat, wyszła za mąż za tubylca, obroniła doktorat na Sorbonie, doczekała się potomstwa, szuka bezskutecznie pracy w swoim zawodzie. Siedziały ponad godzinę na trawie w parku przy merostwie gawędząc i obserwując dzieciaki wspinające się na wielką i Bogu ducha winną magnolię.

Tak upłynęło kolejne popołudnie z życia niepracującej gospodyni domowej, która nie zdążyła znowu poodkurzać, a na obiad zaserwowała Spiderowi przedwczorajszą tartę cebulową z oliwkami zamiast surówki :)

Miśki rządzą

Podczas naszej (znaczy Waszej i mojej) wycieczki po Harajuku wspomniałam o maskotkowym szaleństwie, które ogarnęło naród japoński, a w każdym razie jego znaczną część zamieszkującą Tokio i region dookolny. W stolicy żadna szanująca się małolata nie wyjdzie z domu bez maskotki przymocowanej do torebki, komórki, szyi, ucha, głowy, nogi. Niektóre wpadają w pluszakowy nałóg, potrzebują wciąż więcej i więcej, więc sobie nie żałują i przyczepiają do wszystkich wspomnianych wyżej części ciała i garderoby naraz oraz wykazują niebywałą inwencję w wynajdywaniu nowych miejsc.

Znane Wam skądinąd leśne rusałki w zbliżeniu i wdzięcznej pozie.



Niektórzy stawiają na wielkość.


Ta sama pani z drugiej strony:

I jej koleżanka:


Bee nie zdążyła sfotografować dziewczyn na chodniku, gdy czekały na zielone światło. Nie udało się w ruchu i ciemnościach bocznej uliczki. Po czym okazało się, że zatrzymały się w tym samym hotelu i miała je przy recepcji - jak na dłoni, rzęsiście oświetlone. Swoją drogą trzeba być naprawdę zdeklarowanym maskotowcem, żeby dźwigać te dodatkowe kilogramy.

Producenci torebek nie w ciemię bici - szybko odpowiedzieli na zapotrzebowanie rynku:


Płeć męska także nie pozostała obojętna na uroki nowej mody. Bee udało się uwiecznić w okolicach stacji Shibuya dwóch młodzieńców z długimi, puszystymi kitami. Być może te ogony oznaczają przynależność do jakiejś grupy kiciarzy lub lisków Playboya. Tego tematu nie udało mi się na razie zgłębić.


Niektórym z racji wieku, stanowiska, słabego kręgosłupa nie wypada obwieszać się zbyt ostentacyjnie. Wybierają skromniejsze rozwiązania.



Japończycy są otwarci na nowe trendy, spragnieni nowości, które uatrakcyjniają człowieczy żywot na tej ziemi. Gdy nowinka jest tak wdzięczna jak dziecięce zabawki, które przywodzą na myśl często beztroską i bezpieczną krainę lat dziecinnych, wyidealizowaną, różową rzeczywistość dziecięcego pokoju, ma szanse rozprzestrzenić się na różne warstwy społeczeństwa. I tak dzieje się w tym przypadku. Podatni okazali się pracownicy korporacji, gospodynie domowe i emeryci. W końcu każdy nosi w sobie tęsknotę za dzieciństwem i chce czasem odnaleźć w sobie dziecko.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...