piątek, 28 października 2011

Pogwarki

W parku.
Bee: (podejrzliwie) O czym myślisz?
Spider: O strukturze fraktalnej.
Bee: Nie myśl o pracy na spacerze!! Odpoczywaj!
Spider: Ale ja myślę, że ... kobieta jest taką strukturą fraktalną... Skomplikowaną i powtarzalną zarazem... Tak, jesteś moją strukturą geometryczno-psychiczno-intelektualną, którą rozpracowuję od wielu lat... (ciszej) Jakby to się dało wyliczyć numerycznie...

poniedziałek, 24 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ... część III

Ambasada Szwajcarii - Hôtel Chanac de Pompadour zwany również Hôtel de Besenval (wiem, że uwielbiacie czytać francuskie nazwy, dlatego nie szczędzę Wam tej przyjemności:)

- umiarkowanie długa kolejka posuwała się tempem winniczka przerażonego wizją garnka z wrzącą wodą

- kontrol przy wejściu wykrywała nawet tabletki żelaza w żołądkach anemików (my, Szwajcarzy, jak już się za coś bierzemy, robimy to precyzyjnie i dokładnie)

- szczęśliwcy, którym udało się przebrnąć przez bramki, prześwietlenie torebek wynalazkiem Wilhelma Roentgena i laserowe spojrzenia ochrony, wpadali lekkim krokiem na dziedziniec, a tam już czekał kolejny cerber i wszystkich z bagażem większym od paczuszki chusteczek higienicznych zaganiał do przechowalni bagażu; paryżankom protestującym przed pozostawianiem torebek Chanel i Diora wypełnionych kosmetykami La Prairie gwarantował ich bezpieczeństwo (znamy się jak nikt na przechowywaniu cudzych kosztowności)

- aparat fotograficzny pozwalano wnieść, ale użytek z niego można było zrobić dopiero w ogrodzie pod czujnie łypiącym okiem cerbera (trzeba było wcześniej pomyśleć i kupić szwajcarski zegarek znanej marki James Bond!)

- dobrze merytorycznie opracowana ulotka, tylko po francusku, wydrukowana na zwykłej kartce A4 (do rozrzutnych nie należymy, dlatego jesteśmy bogaci)

- pracownicy ambasady lub ochrona bacznie obserwowali sunący przez salony korowód; Spider nawiązał dialog z panią pilnującą korytarzyka, prawdopodobnie była mniej poważna od reszty, dlatego powierzono jej pieczy jedną raptem konsolę z lustrem i dwa obrazy; pani była bardzo miła i uważała, że francuska czekolada oraz sery nie mogą się równać ze szwajcarskimi

- restrykcje i zakazy osłodzono na koniec pralinką Lindta (może i jesteśmy zbyt serio, ale zaszaleć też potrafimy ;)



czwartek, 20 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ... część II

Ambasada Włoch - Hôtel de Rochefoucauld-Doudeauville:

- kolejka ustępowała długością tylko tej przed Pałacem Elizejskim i Hôtel de Matignon - siedzibą premiera Fillona, posuwała się tempem ugotowanego winniczka, mimo braku jakiejkolwiek kontroli

- tak, tak, żadnych bramek, żadnego gapienia się ludziom w osobiste bagaże (my, Włosi, całkowicie ufamy bliźnim, terroryści są wymysłem Busha i Blaira, poza tym życie jest krótkie i lepiej napić się espresso)

- brak jakichkolwiek zabezpieczeń antycznych dywanów i parkietów, które we wszystkich innych ambasadach przykryte zostały na szlaku zwiedzania zwykłymi chodnikami (życie ma się jedno i szkoda go na załatwianie chodników, poza tym jakież to nieeleganckie rozwiązanie, a dywany się wypierze)

- ulotek nie przygotowano (mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie...zepsuł się ekspres do kawy!)

- na dziedzińcu każdą kolejną grupę witał pan, który wyglądał, jakby wyskoczył właśnie z ekskluzywnego żurnalu mody, był elegancki i oryginalny zarazem, z idealnie przystrzyżoną brodą (zaczynają być trendy) i olśniewającymi zębami; nie słyszałam, co mówił, bo zamieniłam się w...e ... wzrok; następnie oddał nas w ręce pracownika ambasady, który miał służyć za przewodnika. Nasza blond przewodniczka nie zdążyła się przygotować, bo wklepywała wieczorem balsam i przyrządzała tiramisu na romantyczną kolację (tak trzymać! - Polka popiera:), próbowała czytać coś z wystrzępionej kartki, w końcu dała za wygraną i puściła nas samopas, co skrzętnie wykorzystaliśmy rozłażąc się po kątach, celem obejrzenia i obfotografowania najdrobniejszych detali. Inne grupy nie miały tak dobrze, popędzane przez nieco bardziej obowiązkowych oprowadzaczy.

- przecudnej urody osiemnastowieczne wnętrza, ozdobione w większości przez włoskich malarzy, rzeźbiarzy, zachwycają lekkością, oryginalnością, kolorem (my, Włosi, nie mamy sobie równych w dizajnie! od wieków! amen); tego dnia świeciło słońce, ale i bez niego te wnętrza byłyby słoneczne (jak wy, Włosi, to robicie???); tu i ówdzie przydałoby się umycie żyrandoli, odmalowanie sufitu, ale właściwie po co się śpieszyć, patyna czasu dodaje szlachetności i zupełnie nie przeszkadza w piciu kawy




Teatr sycylijski wykonany przez XVIII-wiecznego artystę weneckiego
- po opuszczeniu sali teatralnej trafiliśmy prosto do ... ekskluzywnego domu towarowego Ambasador; w rozstawionych na tarasie ogrodowym namiotach rozkwitł w najlepsze handel włoskimi torebkami, biżuterią, ubraniami (zawsze jest dobry moment na zakup nowej torebki)

- a w ogrodzie częstowano pysznym espresso, co momentalnie poprawiło humor zmęczonemu nadmiarem antyków Spiderowi i skłoniło go do refleksji: "Fajnie być Włochem!"

środa, 19 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ...

We wrześniu (dokładnie 17-18.09), skorzystaliśmy po raz drugi z błogosławieństw wydarzenia zwanego Europejskimi Dniami Dziedzictwa Kulturowego, świetnie we Francji przygotowanego od strony logistycznej i informacyjnej, wyczekiwanego przez tubylców, mile zaskakującego turystów. W te dni otwierają swe podwoje historyczne budowle na co dzień niedostępne z racji okupowania ich przez przeróżne instytucje - ministerstwa, ambasady, merostwa, stowarzyszenia. (W tym czasie można również bezpłatnie odwiedzić wiele muzeów, ale to już inna historia.) W ubiegłym roku zobaczyliśmy m.in. siedzibę Senatu - Pałac Luksemburski i Pałac Elizejski. (I warto było stać pięć godzin w gigantycznej kolejce dla tych olśniewających plafonów i żyrandoli w sali balowej oraz uroczego gabinetu pana domu!).

W tym roku postanowiliśmy odkryć intrygujący świat ambasad, zajmujących XVIII., XIX. wieczne pałace, mieszczące się przy ulicach, którymi często chadzamy, ukryte za wysokimi murami, co nadmuchało balona ciekawości do sporych rozmiarów. Oto nadeszła pora, aby przenieść te pałace z krainy wyobraźni w rejony pamięci.

Pokaż mi ambasadę, a powiem Ci... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ambasady to obraz państwa w miniaturce, a sposób przygotowania się do takiego wydarzenia jak Europejskie Dni pozwala snuć ciekawe wnioski na temat poszczególnych krajów i cech narodowych...

Ambasada Wielkiej Brytanii - Hôtel de Charost (tu małe wtrącenie - "hôtel" oznacza rezydencję, nazwa własna pochodzi najczęściej od nazwiska któregoś z kolejnych właścicieli, w tym przypadku pierwszego - diuka de Charost):

- perfekcyjnie przygotowana do wizyty
- bramka wykrywająca metal przy wejściu, kontrola torebek, długa kolejka przesuwała się błyskawicznie
- profesjonalnie wykonane broszury w języku francuskim i angielskim dokładnie opisujące historię pałacu i znajdujące się w nim dzieła sztuki wręczali poważni panowie w prochowcach jeszcze przed wejściem, następnie miłe panie na dziedzińcu, można było także obsłużyć się samemu w holu
- pracownicy ambasady objaśniali zainteresowanym szczegóły wyposażenia poszczególnych pokoi (my, Brytyjczycy, jesteśmy kompetentni i uprzejmi), wszyscy mieli wpięte pąki czerwonych róż w butonierkach lub przy kołnierzach żakietów (wiemy też sporo na temat elegancji)
- w sali balowej można było obejrzeć film o tematyce kulinarnej, pokazujący smakołyki przyrządzane w kuchni ambasady (wychodzimy naprzeciw zamiłowaniom tubylców, a przy okazji może uda się odczarować te potworne mity na temat mizerii kuchni angielskiej)
- na żywo można było porozmawiać z bohaterem filmu - szefem kuchni, niestety, zabrakło degustacji ;)
- imponujące wnętrza, rewelacyjnie utrzymany ogród, w galerii ekspozycja pochodzących z Rządowej Kolekcji Sztuki prac współczesnych angielskich artystów (przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" jest nam, Brytyjczykom, nieznane)
- brak możliwości skorzystania z toalety (dżentelmeni i damy nie miewają tego typu potrzeb :)
- ogólne wrażenie: klękajcie narody przed doskonale zarządzanym imperium

Widok na rezydencję od strony ogrodu

Nakryto do kolacyjki u ambasadora

Dlaczego nasz deweloper nie pomyślał o takim ozdobieniu sufitów??

Ambasada Rosji - Hôtel d`Estrees:
- brak kolejki, gdyż budynek nie zalicza się do najwyższej ligi historycznych pałaców, weszliśmy, bo było po drodze i chcieliśmy (nieuzasadnione użycie liczby mnogiej) zobaczyć anonsowaną w gazetce, przygotowaną specjalnie na tę okazję ekspozycję starej porcelany rodem z Sankt Petersburga
- dokładne i szybkie prześwietlenie przy wejściu (my, Rosjanie, znamy się na tym)
- stosunkowo skromny parter, na pierwszym piętrze trzeba wkładać okulary przeciwsłoneczne, żeby nie poraził blask złota kapiącego z boazerii i sufitów (nasze złoto najbardziej złote)
- każdego pomieszczenia pilnowali panowie o słowiańskiej urodzie i zimnych oczach, nie udzielali żadnych informacji (nie lubimy się narzucać)
- ulotki po francusku i rosyjsku, na ładnym papierze, opisy dość skrótowe
- udostępniono toalety dla ludu, z których z ulgą skorzystaliśmy :)
- ogólne wrażenie: nie wszystko złoto, co się świeci



Ambasada Rumunii - Hôtel de Béhague
- bramka do metalu, niedbały wgląd w torebkę
- pałac wyróżnia się spośród innych architekturą, od rozległego, arkadowego parteru począwszy, poprzez piękne klatki schodowe, aż po salę teatralną, niegdyś w stylu bizantyjskim, po którym niewiele śladów zostało po modyfikacji przeprowadzonej w 1954 roku
- ta wizyta wprawiła mnie w zadumę nad przemijaniem epok, mód, ludzi, ich pasji, tego, co po nich zostaje
- ogólne wrażenie: smutek minionej świetności, melancholia zaniedbania



Ambasada Polski - Hôtel de Monaco
- długa, wolno posuwająca się kolejka, brak bramek do metalu (my Polacy, ufamy ludziom, poza tym nie wydajemy państwowych pieniędzy na drogie gadżety), ochroniarz zaglądał do torebek przyświecając długopisem-latarką, co wyglądało zabawnie, ale pewnie pozwalało cokolwiek w ciemnych otchłaniach zobaczyć (lubimy się pośmiać, ale wiemy, kiedy należy spoważnieć:)
- pracownicy ambasady rozstawieni w niektórych salach służyli chętnie informacją (sympatyczna nacja)
- broszury eleganckie, nieco pobieżne, tylko w języku francuskim (nie łapiemy wszystkich srok za ogon)
- przepiękne wnętrza zdobne sztukateriami, boazeriami, plafonami, antykami, obrazami
- ogólne wrażenie: duży potencjał, słaba ... (nie kalamy własnego gniazda:)

Po ambasadzie Polski chodziłam z zadartą głową, co znalazło odbicie w zdjęciach. Nie zrobiłam żadnych ujęć ogólnych, same sufity...




P.S. Wykończy mnie ten wpis, bo ja jego nie mogę. Ambasadę Włoch i Szwajcarii poddam wnikliwej i złośliwej analizie w kolejnym odcinku ;)

niedziela, 16 października 2011

Paparazzi w akcji

Człek przyjmuje na siebie różne role życiowe, w końcu przyszło zostać paparazzi.
Nie spotkałam, niestety, Woody`ego Allena, kiedy kręcił Północ w Paryżu, nie wpadłam na Catherine Deneuve w Centrum Pompidou ani na Gerarda Depardieu w Nicolasie (sieć sklepów z winem), ani na Daniela Auteuil... gdziekolwiek.

Natknęłam się za to ostatnio na Karla Lagerfelda, którego trudna do przeoczenia siwa grzywa mogłaby śmiało służyć jako logo modnego, szykownego Paryża. Dyrektor artystyczny Chanel kroczył w otoczeniu świty ulicą Saint Honore, a tłumek przypadkowych przechodniów gorączkowo robił zdjęcia i filmował telefonami. Ten groteskowy łan wyciągniętych w górę rąk nie opadł ani na chwilę, dopóki projektant nie wszedł do księgarni, aby promować album Harper`s Bazaar Greatest Hits.




Współczesne społeczeństwo, żądne wrażeń, wyposażone w techniczne gadżety to czyściec sławnych i bogatych. Jeszcze dwadzieścia lat temu lud co najwyżej się na nich gapił. Czasem przyplątał się turysta lub profesjonalista z aparatem fotograficznym i wstydliwe pstryknął zza winkla. Teraz wszyscy bez żenady utrwalają moment i rozsyłają, zamieszczają... Takie czasy. No to jeszcze popatrzcie, choć słabo widać... ;)

Z Glendą Bailey - redaktorką naczelną Harper`s Bazaar
Siwa koafiura w nieodłącznym zestawie z przeciwsłonecznymi okularami jest jak krzykliwy neon anonsujący projektanta. Na pewnym etapie kariery w modowym światku indywidualistów i egocentryków taki znak rozpoznawczy jest pewnie pożądany. Nie zdziwiłabym się jednak gdyby po latach ten fryz i okulary służyły Karlowi jeno za kamuflaż, a incognito chodził po mieście łysy, z nagimi oczami i w powyciąganym dresie.

środa, 12 października 2011

Zazieleniło się

W bagażu japońskiego naukowca Nobu-san prosto z Kraju Wschodzącego Słońca przyleciała świeża dostawa zielonej herbaty i tym samym zakończył się mój tygodniowy odwyk.


Zielona herbata musi być zaparzona w czajniczku, najlepiej japońskim, i pita z czarki. W przeciwnym razie nie smakuje tak, jak powinna.



Małe czarki służą do podawania sencha - herbaty zaparzanej z liści. Duże czary, zwane chawan (na zdjęciu - w tle), wykorzystywane są podczas tradycyjnej ceremonii parzenia herbaty. Do ceremonii używa się startych na proszek liści - macha, co intensyfikuje smak i kolor oraz niewprawionym w piciu tej boskiej ambrozji podnosi ciśnienie na następny tydzień ;)



P.S. sencha, macha, chawan czytamy senczia, maczia, cziałan

piątek, 7 października 2011

W Dolinie Wilków

Myślałam, że widzieliśmy już wszystko, co godne uwagi w promieniu 50 km od Gif, jednak magiczna Ile de France wyciąga kolejne króliki z kapelusza. W drodze do Parku Sceaux zboczyliśmy na lewo kierując się za strzałką z zachęcającym napisem brocante (sklep z antykami), żeby trafić do stuletniego domu w Châtenay Malabry z przyjemnie wyeksponowanymi meblami, szkłami, porcelaną. Bee z rozkoszą nurkowała w pachnących dawnymi wiekami wnętrzach, podczas gdy Spider wygrzewał się na ławce przed domem korzystając z łaskawej aury. Podczas miłej pogawędki na temat żyrandoli właścicielka sklepu poleciła nam wizytę w pobliskiej posiadłości Chateaubrianda i arboretum, to poszliśmy.
François-René de Chateaubriand (1768-1848) był francuskim pisarzem, politykiem, dyplomatą (ambasadorem Francji w Berlinie, Londynie, Rzymie) zapalonym podróżnikiem, jego nazwiskiem ochrzczono danie z polędwicy wołowej. (Kulinaria stawiam w jednym rzędzie z literaturą i polityką. A co!)
Po opublikowaniu ostrej krytyki rządów Napoleona, został przez tego ostatniego skazany na banicję z Paryża. Zakupił wówczas, w 1807 roku, posiadłość w Dolinie Wilków, 11 km na południe od stolicy, i zamieszkiwał wraz z żoną do 1818.



Środkowa część domu pochodzi z czasów Chateaubrianda, boczne skrzydła dobudowali kolejni właściciele.

Gotowe rozwiązanie dla pań, które mają za dużo na głowie ;)
Oryginalne wyposażenie wnętrz nie zostało zniszczone przez wojny i pożogi, bądź rozgrabione przez wrogie armie lub popalone przez nieświadomych ich historycznej wartości prostych obywateli, ale sprzedane przez samego polityka, celem spłacenia długów. Obecne wyposażenie jest próbą rekonstrukcji na podstawie istniejących dokumentów, zapisków i pochodzi w całości z początków XIX wieku.


Popiersie pięknej Juliette w kącie
Powyżej pokój, w którym mogła nocować odwiedzająca pisarza w Dolinie Wilków Madame Juliette Recamier, sławna piękność tamtych czasów, żona bankiera, gospodyni salonu literackiego, jedna z kochanek romansowego Chateaubrianda.

Następnie udaliśmy się do arboretum założonego w obecnym kształcie po 1890 roku, będącego kontynuacją parku z 1777.



Cedr libański został zasadzony w 1895 roku i tak mu się spodobała gleba oraz miejscowy mikroklimat, że w ciągu zaledwie wieku rozrósł się do rozmiarów namiotu cyrkowego.


Pejzaż niczym z okolic Guilin w Chinach
W Châtenay Malabry naliczyłam cztery parki, w pobliskim Sceaux znajduje się wspaniały park gigant. Mieszkańcy tych zielonych przedmieść naprawdę nie mogą narzekać na brak świeżego powietrza i miejsca do pikników.

Morał z wycieczki jest również taki, żeby nie trzymać się kurczowo wyznaczonego planu, nie zawsze zmierzać prosto do celu, ale dać się ponosić znakom, najlepiej typu brocante ;), impulsowi chwili i pozwolić temu kolorowemu i złożonemu światu się zaskakiwać.

poniedziałek, 3 października 2011

Kolorowe jarmarki

W każdym francuskim mieście i miasteczku przynajmniej raz w tygodniu odbywa się targ, na którym mieszkańcy zaopatrują się w świeże warzywa, owoce, sery, ryby, mięso, chleb. Marketom typu Auchan i Carrefour nie udało się ich wyeliminować dzięki upodobaniu Francuzów do tradycji targowisk a przede wszystkim do dobrego jedzenia, czyli przyrządzonego ze świeżych, najlepiej lokalnych produktów.

W Gif jarmark gości w czwartkowe i niedzielne poranki w specjalnie dla tego celu postawionym zadaszonym pawilonie na skraju Parku Sportów niedaleko merostwa i żandarmerii. W Paryżu wiele dzielnic ma swój targ rozkładający się na szerokich chodnikach lub parkingach położonych między dwupasmowymi jezdniami, przeważnie dwa razy w tygodniu, w dzień roboczy i sobotę lub niedzielę. Umocowane przy znakach drogowych tablice informują, że w te dni w godz. 4.30 - 15.30 nie wolno tam parkować pod groźbą obrzucenia zgniłą sałatą, nieświeżymi jajami i przejrzałymi serami, a serio - ekspresowego przetransportowania w bezpieczniejsze miejsce pod nadzorem policji.

Francuskie targowisko jest równie malownicze jak japońskie czy polskie i daje świetne wyobrażenie o kulinarnych upodobaniach tubylców. Prócz żywności można się na nim zaopatrzyć w prowansalskie pikowane narzuty, płótna z nadrukami dworskich scenek (słynny toile de Jouy wywodzący się z pobliskiego Jouy en Josas), garnki do frytek...

Poniższe zdjęcia pochodzą z dużego targu ciągnącego się wzdłuż Avenue Wilson w XVI dzielnicy Paryża.








Kandyzowana siostra osa
Świeże ryby i owoce morza przyjeżdżają z Normandii i Bretanii.


Rekinek wegetarianin
Sprzedawca dumny jakby złowił rekinki własnymi gołymi rękami
Mięcha nie fotografowałam, bo jest niefotogeniczne.

Handel pod chmurką trwa przeważnie od 7.00 do 14.30 i nie do wiary, ile ton śmieci potrafi wyprodukować w przeciągu kilku godzin.

Apetyczne tarty na stole i śmietnik pod stołem
Po wszystkim następuje wielkie składanie i wywożenie stoisk, zwijanie zadaszeń i sprzątanie przez służby miejskie. Panowie z dmuchawami i panowie w polewaczkach dbają, aby serowo-rybne aromaty potęgujące się w słońcu z minuty na minutę nie uprzykrzały życia mieszkańcom dzielnicy i turystom zmierzającym do Muzeum Sztuki Współczesnej. Uliczny handel jest we Francji doprowadzony do perfekcji, miasta i miasteczka doskonale sobie z nim radzą organizacyjnie, dzięki czemu kontynuowane są wielowiekowe tradycje, podtrzymywane relacje sąsiedzkie i staroświeckie stosunki handlowe klient-właściciel stoiska, zamiast konsument-hipersupermarket. Obywatel ma lodówkę pełną świeżych smakołyków, a zdrowy i syty obywatel, to zadowolony obywatel.:)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...