środa, 19 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ...

We wrześniu (dokładnie 17-18.09), skorzystaliśmy po raz drugi z błogosławieństw wydarzenia zwanego Europejskimi Dniami Dziedzictwa Kulturowego, świetnie we Francji przygotowanego od strony logistycznej i informacyjnej, wyczekiwanego przez tubylców, mile zaskakującego turystów. W te dni otwierają swe podwoje historyczne budowle na co dzień niedostępne z racji okupowania ich przez przeróżne instytucje - ministerstwa, ambasady, merostwa, stowarzyszenia. (W tym czasie można również bezpłatnie odwiedzić wiele muzeów, ale to już inna historia.) W ubiegłym roku zobaczyliśmy m.in. siedzibę Senatu - Pałac Luksemburski i Pałac Elizejski. (I warto było stać pięć godzin w gigantycznej kolejce dla tych olśniewających plafonów i żyrandoli w sali balowej oraz uroczego gabinetu pana domu!).

W tym roku postanowiliśmy odkryć intrygujący świat ambasad, zajmujących XVIII., XIX. wieczne pałace, mieszczące się przy ulicach, którymi często chadzamy, ukryte za wysokimi murami, co nadmuchało balona ciekawości do sporych rozmiarów. Oto nadeszła pora, aby przenieść te pałace z krainy wyobraźni w rejony pamięci.

Pokaż mi ambasadę, a powiem Ci... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ambasady to obraz państwa w miniaturce, a sposób przygotowania się do takiego wydarzenia jak Europejskie Dni pozwala snuć ciekawe wnioski na temat poszczególnych krajów i cech narodowych...

Ambasada Wielkiej Brytanii - Hôtel de Charost (tu małe wtrącenie - "hôtel" oznacza rezydencję, nazwa własna pochodzi najczęściej od nazwiska któregoś z kolejnych właścicieli, w tym przypadku pierwszego - diuka de Charost):

- perfekcyjnie przygotowana do wizyty
- bramka wykrywająca metal przy wejściu, kontrola torebek, długa kolejka przesuwała się błyskawicznie
- profesjonalnie wykonane broszury w języku francuskim i angielskim dokładnie opisujące historię pałacu i znajdujące się w nim dzieła sztuki wręczali poważni panowie w prochowcach jeszcze przed wejściem, następnie miłe panie na dziedzińcu, można było także obsłużyć się samemu w holu
- pracownicy ambasady objaśniali zainteresowanym szczegóły wyposażenia poszczególnych pokoi (my, Brytyjczycy, jesteśmy kompetentni i uprzejmi), wszyscy mieli wpięte pąki czerwonych róż w butonierkach lub przy kołnierzach żakietów (wiemy też sporo na temat elegancji)
- w sali balowej można było obejrzeć film o tematyce kulinarnej, pokazujący smakołyki przyrządzane w kuchni ambasady (wychodzimy naprzeciw zamiłowaniom tubylców, a przy okazji może uda się odczarować te potworne mity na temat mizerii kuchni angielskiej)
- na żywo można było porozmawiać z bohaterem filmu - szefem kuchni, niestety, zabrakło degustacji ;)
- imponujące wnętrza, rewelacyjnie utrzymany ogród, w galerii ekspozycja pochodzących z Rządowej Kolekcji Sztuki prac współczesnych angielskich artystów (przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" jest nam, Brytyjczykom, nieznane)
- brak możliwości skorzystania z toalety (dżentelmeni i damy nie miewają tego typu potrzeb :)
- ogólne wrażenie: klękajcie narody przed doskonale zarządzanym imperium

Widok na rezydencję od strony ogrodu

Nakryto do kolacyjki u ambasadora

Dlaczego nasz deweloper nie pomyślał o takim ozdobieniu sufitów??

Ambasada Rosji - Hôtel d`Estrees:
- brak kolejki, gdyż budynek nie zalicza się do najwyższej ligi historycznych pałaców, weszliśmy, bo było po drodze i chcieliśmy (nieuzasadnione użycie liczby mnogiej) zobaczyć anonsowaną w gazetce, przygotowaną specjalnie na tę okazję ekspozycję starej porcelany rodem z Sankt Petersburga
- dokładne i szybkie prześwietlenie przy wejściu (my, Rosjanie, znamy się na tym)
- stosunkowo skromny parter, na pierwszym piętrze trzeba wkładać okulary przeciwsłoneczne, żeby nie poraził blask złota kapiącego z boazerii i sufitów (nasze złoto najbardziej złote)
- każdego pomieszczenia pilnowali panowie o słowiańskiej urodzie i zimnych oczach, nie udzielali żadnych informacji (nie lubimy się narzucać)
- ulotki po francusku i rosyjsku, na ładnym papierze, opisy dość skrótowe
- udostępniono toalety dla ludu, z których z ulgą skorzystaliśmy :)
- ogólne wrażenie: nie wszystko złoto, co się świeci



Ambasada Rumunii - Hôtel de Béhague
- bramka do metalu, niedbały wgląd w torebkę
- pałac wyróżnia się spośród innych architekturą, od rozległego, arkadowego parteru począwszy, poprzez piękne klatki schodowe, aż po salę teatralną, niegdyś w stylu bizantyjskim, po którym niewiele śladów zostało po modyfikacji przeprowadzonej w 1954 roku
- ta wizyta wprawiła mnie w zadumę nad przemijaniem epok, mód, ludzi, ich pasji, tego, co po nich zostaje
- ogólne wrażenie: smutek minionej świetności, melancholia zaniedbania



Ambasada Polski - Hôtel de Monaco
- długa, wolno posuwająca się kolejka, brak bramek do metalu (my Polacy, ufamy ludziom, poza tym nie wydajemy państwowych pieniędzy na drogie gadżety), ochroniarz zaglądał do torebek przyświecając długopisem-latarką, co wyglądało zabawnie, ale pewnie pozwalało cokolwiek w ciemnych otchłaniach zobaczyć (lubimy się pośmiać, ale wiemy, kiedy należy spoważnieć:)
- pracownicy ambasady rozstawieni w niektórych salach służyli chętnie informacją (sympatyczna nacja)
- broszury eleganckie, nieco pobieżne, tylko w języku francuskim (nie łapiemy wszystkich srok za ogon)
- przepiękne wnętrza zdobne sztukateriami, boazeriami, plafonami, antykami, obrazami
- ogólne wrażenie: duży potencjał, słaba ... (nie kalamy własnego gniazda:)

Po ambasadzie Polski chodziłam z zadartą głową, co znalazło odbicie w zdjęciach. Nie zrobiłam żadnych ujęć ogólnych, same sufity...




P.S. Wykończy mnie ten wpis, bo ja jego nie mogę. Ambasadę Włoch i Szwajcarii poddam wnikliwej i złośliwej analizie w kolejnym odcinku ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...