czwartek, 23 lutego 2012

"Big love", czyli wszystko albo nic



Nie zdążyłam na poranny seans "Mojego tygodnia z Marilyn" i wylądowałam na "Big love". A że w każdym filmie, jak mawiał Zygmunt Kałużyński, można znaleźć coś dobrego, zatem...

"Big love" to przede wszystkim film dla młodych ludzi o miłości młodych ludzi. Bohaterowie są szaleni i spontaniczni. Uosabiają, jak mniemam, nastoletni ideał miłości i życia. Ich uczucie przejawia się w pierwszej części filmu w intensywnym dzianiu - wygłupach, seksie, głośnym słuchaniu muzyki, piciu taniego wina, bieganiu nago przy księżycu, rozwalaniu skrzynki pocztowej czy maszyny z maskotkami na stacji benzynowej. Mieszkają razem, mają psa, jednak przy prozaicznych, codziennych czynnościach ich nie widujemy.

Rysy w związku pojawiają się, gdy dziewczyna podejmuje studia wokalne, zaczyna śpiewać w rockowym zespole, mieć swoje życie, przestają być nierozłączni. Dostrzega wtedy zaborczość Maćka i swoje od niego uzależnienie. Druga część filmu jest znacznie ciekawsza. A finałowa piosenka Emilii to "moment Kałużyńskiego".

Główne role zostały świetnie obsadzone. Antoni Pawlicki w roli Maćka i Aleksandra Hamkało jako Emilia bronią tego filmu, pomimo zgrzytów realizatorskich (dość toporne ujęcie love story w ramy thrillera), rażących momentami sztucznością dialogów oraz scen. Muzyka, skomponowana przez Mariusza Szypurę, stanowi ważny element
filmu.

Tło społeczne i obyczajowe zostało słabo zarysowane (lata 90. identyfikujemy po kasetach magnetofonowych). Reżyserka Barbara Białowąs skupiła się na pokazaniu idealnej, absolutnej miłości, która "przesłoniła świat", przynajmniej na pewien czas, następnie ewoluowała pozostawiając pustkę nie do wypełnienia spokojniejszym uczuciem z kajzerkami na śniadanie.

środa, 22 lutego 2012

"Spotkanie"



"Spotkanie" to spektakl wyreżyserowany i zagrany przez dwie znakomite aktorki Joannę Szczepkowską i Dorotę Landowską, które pamiętam ze złotych czasów Teatru Telewizji w latach 90. Ich kunszt aktorski bynajmniej się z racji rzadszej obecności na małym ekranie nie umniejszył, o czym można się przekonać we wrocławskim Imparcie, gdzie przedstawienie miało w lutym premierę.

Tekst Davida Hare pozwolił obu aktorkom stworzyć prawdziwe, wzruszające postaci kobiet, różniących się charakterami, temperamentami, poglądami na świat, które przez kilkanaście lat stały po przeciwnych stronach barykady. Jedna była żoną, druga kochanką mężczyzny. Przez kilkanaście lat świadomymi swojego istnienia, skazanymi na życie w trójkącie, w rozdarciu i frustracji. Prawdopodobnie nienawidząc tej drugiej i zastanawiając się nieustannie, dlaczego on nie potrafi jej zostawić. Szczera rozmowa obu pań, zrozumienie, może nawet przyjaźń jest możliwa dopiero, gdy mężczyzna znajdzie sobie kolejną partnerkę...

To sztuka o idealistycznych oczekiwaniach i rozczarowaniach, jakie niesie życie, drugi człowiek. O miłości niepełnej, niedoskonałej jak niedoskonała jest ludzka natura.

Szczepkowska i Landowska wygrywają bez szarż i wytaczania armat zarówno dramatyczne monologi, jak i komiczne momenty. Towarzyszy im przepiękna muzyka skomponowana przez Jarka Śmietanę. Warto posłuchać, popatrzeć, pomyśleć.

wtorek, 21 lutego 2012

Wychowawca

Bee troszeczkę się zdenerwowała i wyraziła nieparlamentarnie, a Spider na to:
- Ty TAK do mnie mówisz, a potem pójdziemy do teatru, będę chciał chwycić twoją rękę i przypomni mi się TO słowo... Nad skojarzeniami człowiek nie panuje...

niedziela, 19 lutego 2012

Hu, hu, ha

nasza zima zła
już się topi
ostatni moment
na uchwycenie skutej lodem Odry
(telefonem)


piątek, 17 lutego 2012

Co we Wro?

Gdy tylko mrozy zelżały, temperatura podskoczyła z dramatycznego -10C do niezbyt komfortowego +4C, przeleciałam się po Wrocławiu. Przebywanie nazbyt długo w paryskiej rzeczywistości zaowocowało nabraniem sporego dystansu do rodzimych realiów, w rezultacie czego pojawiło się w mojej głowie w trakcie lotu spacerowego kilka znaków zapytania:

1. Dlaczego ludzie chodzą tacy ponurzy, naburmuszeni i nikt, absolutnie nikt się nie uśmiechnie ba! nie spojrzy przychylnym, jasnym (taki ładny epitet, że nie wyrzucę, choć powinnam) wzrokiem?

2. Dlaczego tzw. zadbane dziewczyny i kobiety lepiej, oryginalniej ubrane od reszty kroczą ulicami takie dumne (i ponure)? Czy rozpiera je duma z własnego wizerunku, z zawartości portfela, jednego i drugiego?

3. Dlaczego na poczcie w Rynku kolejka nie kończy się od 10 lat?

4. Dlaczego podczas jednej jazdy tramwajem potrącono mnie kilkanaście razy, bo torba, siata, plecak, zmiany miejsc, przepychanie do wyjścia, gdy tylko pojazd ruszy z poprzedzającego przystanku? ( Jak długo Dzień świra Koterskiego będzie nadal aktualną diagnozą polskiego społeczeństwa?)

5. Dlaczego jest kilka wspaniałych kamienic na sprzedaż w okolicach Placu Solnego, choć my nie możemy ich kupić, wyremontować i przekształcić w centrum kulturalnej przyjaźni polsko-francusko-japońskiej?

6. Dlaczego sztuka dekorowania witryn nie dotarła na zachodnie rubieże Polski? Dlaczego "sztuka" mycia okien wystawowych nie jest popularna w naszym mieście?

Zdaję sobie sprawę, że Hermesa, którego torebka kosztuje tyle, co nowy samochód, stać na zatrudnienie najlepszych dekoratorów i wykonanie kilka razy do roku witryn, od których oko bieleje, ale wrocławskiego sprzedawcę torebek ze sztucznej skóry imitującej krokodyla czy jaszczurkę, stać chyba na inwestycję w płyn do mycia okien i ściereczkę do kurzu, a w porywie estetycznego szaleństwa na wynajęcie kilka razy w roku na umowę o dzieło bezrobotnej absolwentki wrocławskiej ASP do zaprojektowania wystawy?

Potrzebuję odtrutki na tę dekoratorską mizerię, na te smutne manekiny na tle zakurzonej dykty, dlatego skorzystam z okazji, aby pokazać paryskie zdobycze w tej wdzięcznej dziedzinie, przyciągającej wzrok przechodnia, wabiącej klienta i upiększającej miejski pejzaż.

Cyrkowe inspiracje u Vuittona.







Kobieco i plażowo u Lanvin. (Ciekawam, czy te manekiny zamawiane są u producenta w tak wymyślnych pozach, czy dają się układać?)




Luksusy Hermesa



Pomysły Diora i Loewe`go



wtorek, 14 lutego 2012

Walentynkowy komplement

Spider: Jesteś taka piękna i młoda, a ja taki stary i brzydki.

W związku z tym, że jesteśmy równolatkami, wciąż się waham, czy uznać to za komplement czy zniewagę...

poniedziałek, 13 lutego 2012

Łaskawy styczeń

Styczeń w Paryżu był łagodny jak baranek.
Aż się chciało wyjść i pojechać, i dojechać, hej!
Wędrować, maszerować, łazić, snuć się, spacerować,
żadne tam chodzić.
I bez czapki, bez rękawic sfotografować to i owo
ciepłymi rękami.


Muzeum Orsay kryje w swoich podworcowych murach skarby, jakie można odkrywać latami. Tylko autoportret Van Gogha byłby wart stania w kilometrowej kolejce i wejścia choćby na piętnaście minut. Spojrzenie w jego oczy mówi więcej o artyście i człowieku niż wszystkie biografie i analizy.

Należy zobaczyć w oryginale
Do połowy stycznia trwała w d`Orsay wystawa Piękno, moralność i zmysłowość w Anglii czasów Oscara Wilde`a ukazująca dokonania artystów hołdujących ideałom "sztuki dla sztuki". Jedna z dwóch ekspozycji, które wywarły na mnie największe wrażenie w paryskim zimowym sezonie wystawienniczym 2011/2012. Wzruszała, ekscytowała, hipnotyzowała.


Matka i dziecko Lorda Frederica Leightona z tejże wystawy. Słabe zdjęcie nie oddaje ani palety barw, ani prerafaelickiej urody, ani intymnego nastroju i czułości tego wizerunku. Bogata, renesansowa, "ołtarzowa" rama, w jakie oprawiano Madonny z dzieciątkami włoskich mistrzów, dodawała obrazowi religijnego niemal wydźwięku.
Widok z kładki na Sekwanę, Most Królewski (Pont Royal), po lewej fragment Luwru
Kładką Solferino przeszłam do Ogrodu Tuileryjskiego (Jardin des Tuileries) oświetlonego ciepłym światłem skłaniającego się ku zachodowi słońca.




Na zachodnich krańcach Ogrodu, niedaleko wyjścia na Plac Zgody (Place de la Concorde) znajdują się dwa miejsca, które warto odwiedzić - oddział Muzeum Orsay, czyli Oranżeria oraz Jeu de Paume - Narodowa Galeria Wizerunku.

Oranżeria
Jeu de Paume
J.w.

W Muzeum Oranżerii można się zapomnieć na długie godziny podziwiając Renoira, Matisse`a, Cezanne`a, Picassa, kontemplując zmieniające się kolory nenufarów na wielkoformatowych obrazach Moneta, wystawionych w specjalnie do tego zaprojektowanych dwóch eliptycznych salach.

W Jeu de Paume organizowane są wystawy fotografii uznanych mistrzów i młodych talentów, pokazy filmów, video, instalacji. Od dziewiętnastowiecznych anonimowych początków nowej sztuki po multimedialne eksperymenty XXI wieku. Retrospektywa amerykańskiej fotografki Diane Arbus była, moim skromnym zdaniem, drugą najlepszą ekspozycją tej zimy.


Nazwa galerii nawiązuje do historycznego przeznaczenia budynku, który postawiono w XVII wieku jako miejsce do gry we wczesną wersję tenisa lub kometki (jeu de paume).



Magiczny widok na Plac Zgody.
Może nie powinnam psuć nastroju, ale...
ponad dwa wieki temu zwał się Placem Republiki i to tu zgilotynowano Ludwika XVI, Marię Antoninę, Dantona, Robespierre`a i wielu innych.


Harmonijne fasady budynków i podświetlone arkady przy ulicy Rivoli najwdzięczniej prezentują się wieczorami z przeciwległego chodnika, którym dotarłam do stacji metra Musee du Louvre, żeby, ukontentowana pięknie spędzonym popołudniem i wieczorem, udać się w pielesze Gif sur Yvette.

niedziela, 12 lutego 2012

Przeprowadzki

Po wszystkich przeprowadzkach, jakie stały się udziałem Spidera i Bee w przeciągu ostatnich kilku lat, z centrum miasta na wieś i ze wsi do centrum miasta, z biedniejszego kraju UE do bogatszego i z powrotem, po owijaniu setek rzeczy bibułką, papierem, gazetami, zabezpieczaniu folią zwykłą i bąbelkową, tworzywem sztucznym i kartonem, odbyła się niedawno następująca rozmowa:

Bee: W razie czego moglibyśmy założyć firmę przeprowadzkową...
Spider: Nazywałaby się "OSTROŻNIE!!!"... i nie chciałbym być jej pracownikiem.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Abercrombie & Fitch

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam podejrzany tłum falujący na Polach Elizejskich przed misternie kutą bramą, dedukowałam "Pokaz mody, wydarzenie specjalne, wejście tylko z zaproszeniami, czereda czatuje na wychodzące sławy..." Tablica obok bramy głosiła Abercrombie & Fitch. Kie licho? Co za pokręcona, wielosylabowa, niemarketingowa nazwa? Jako niedający się zadowolić łatwymi wyjaśnieniami tropiciel paryskiego życia we wszelkich przejawach stanęłam pod najbliższym drzewem i obserwowałam rozwój wydarzeń uruchamiając w głowie ulubioną metodę Sherlocka. Wychodzący z bramy młodzi ludzie nieśli duże, papierowe torby i ukontentowane, niewinne lica, które nie przypominały żadnych zepsutych, znanych twarzy. Zachowanie wielu z nich budziło jednak niepokój - fotografowali się z postawnymi młodzieńcami strzegącymi wrót. Coś tu śmierdziało...
Postanowiłam wydobyć prawdę z ust starannie wyselekcjonowanej z tłumu jednostki. Selekcja zawiodła. Nieśmiałość jednostki w stosunku do angielskiej mowy nie pozwoliła na pełną inwigilację. Z okruchów słów udało się zrekonstruować dziwaczną całość - obsługa sklepu stanowiła główną atrakcję dla tłumu oczekujących na wejście do pilnie strzeżonego domu towarowego Abercrombie & FitchPrawda czy fałszywy trop???? Sherlock nie lubi stać w kolejkach, więc postanowił dać wiarę. Zamknął dochodzenie i udał się w dalszą drogę. W poszukiwaniu innych ofiar i zbrodniarzy.


Tymczasem ogonek przed Abercrombie & Fitch pomimo upływu miesięcy nie wykazywał tendencji zanikowych, wręcz przeciwnie. Uległ tylko pewnemu uporządkowaniu, gdyż ustawiono metalowe słupki, pomiędzy którymi wił się w słońcu i deszczu, o poranku i z wieczora. Kie licho??? Któregoś styczniowego późnego popołudnia, gdy nie mieliśmy nic ciekawszego do roboty niż stanie w kolejkach do sklepów, wraz z Watsonem postanowiliśmy wznowić dochodzenie. Zaznaczyć należy, iż do decyzji tej przyczyniły się paryskie mrozy w wysokości plus pięciu stopni Celsjusza, które znacząco skróciły kolejkę oraz sprawiły jej nadzwyczaj szybkie przesuwanie w kierunku złoconej bramy. Wpuszczającej obsłudze w firmowych trampkach zapewne potrzebny był ruch i złudzenie szybciej upływającego czasu.


Po dziesięciu minutach przekroczyliśmy wrota i przyjemnie podświetloną zieloną alejką doszliśmy na tyły budynku, gdzie czekały kolejne imponujące wierzeje,


którymi wpadliśmy do przedsionka, wprost w objęcia ślicznego pana, odzianego nieadekwatnie do paryskich mrozów. Równie śliczna pani pstrykała zainteresowanym zdjęcia polaroidowe, które model wkładał do eleganckiej kopertki i wręczał z czarującym uśmiechem nr 3. Wykonane przez Sherlocka zdjęcie-dowód rzeczowy, niestety, zupełnie nie oddaje piękna muskulatury młodzieńczego torsu... Faktem jest, że pod wrażeniem tego widoku Watson postanowił zapisać się na siłownię. Zagadka niekończącej się kolejki znalazła rozwiązanie pod postacią ożywionego greckiego boga.

Człowiek z rudą brodą, w okularach, czapce i ... kalesonach (???) to nie Spider w kamuflażu zakładanym na spacery po Champs-Elysees ;)


Dom towarowy A & F w Paryżu to skrzyżowanie kaplicy sekstyńskiej z klubem tanecznym - jest w nim ciemno, głośno i ciasno. (Nie dziwota, że nie wpuszczają wszystkich chętnych naraz. Poza tym kolejka to genialny wabik, żywa reklama). Na ścianach wymalowani w kolorach szarości nadzy lub półnadzy młodzi, atletycznie zbudowani mężczyźni wiosłują, jeżdżą konno, wspinają się po linach i drabinach, kąpią, wycierają ręcznikami i wylegują na trawie.



Liczni sprzedawcy i kilka sprzedawczyń w skórzanych japonkach na bosych stopach (które chyba też podlegają rekrutacyjnej ocenie, bo same ładne zaobserwowałam), kreują atmosferę zabawy kołysząc się w rytm elektronicznej czy innej muzyki dance u szczytu schodów, przy balustradach, za jedną czy drugą ladą. Niewielu zajmuje się dyskretnie pracą. Kupowanie tutaj ma być szaleństwem młodości, eksplozją radości! Nieźle wykombinowane... O pustych kiesach przyjdzie pomyśleć następnego ranka. Zresztą niech się rodzice martwią.

Reasumując wyniki dochodzenia: A&F to amerykańska firma odzieżowa specjalizująca się w sportowych ubraniach dla młodych ludzi. Założona w 1892 roku, zajmowała się w tych zamierzchłych początkach sprzedażą sprzętu sportowego, do czego odwołują się po części naścienne malowidła. Od 1997 jest stale na językach Amerykanów zarówno z powodu działalności charytatywnej, jak pikantnych kampanii reklamowych, oskarżeń o czynienie obiektów seksualnych z dziewczynek poniżej 10 roku życia, rozmaitych procesów sądowych od dyskryminacji mniejszości i kobiet przy zatrudnianiu, po zmuszanie pracowników sklepów do zakupu i noszenia w pracy tylko firmowych ubrań.

Oficjalna nazwa stanowisk pracowników punktów sprzedaży to "Modele" i tylko spośród nich wybierane są nowe twarze promujące A&F w kolejnych kampaniach reklamowych.

Uff... Sprawa ostatecznie zamknięta.

sobota, 4 lutego 2012

Posiedzenie naukowe

Istnieją takie dysertacje naukowe i artykuły, które zdaniem Spidera nadają się tylko do czytania w toalecie. I gdyby nie był przyzwyczajony do aksamitnego dotyku znalazłby dla nich jeszcze jedno zastosowanie ;)

piątek, 3 lutego 2012

Sposób na senność

W długiej trasie.
Spider: Śpisz?
Bee: Nieee... Jestem twoim pilotem. Nie mogę. Zamykam oczy tylko dla relaksu. Na kilka sekund.
Spider: Ja też.

I odechciało się pilotowi spać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...