poniedziałek, 6 lutego 2012

Abercrombie & Fitch

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam podejrzany tłum falujący na Polach Elizejskich przed misternie kutą bramą, dedukowałam "Pokaz mody, wydarzenie specjalne, wejście tylko z zaproszeniami, czereda czatuje na wychodzące sławy..." Tablica obok bramy głosiła Abercrombie & Fitch. Kie licho? Co za pokręcona, wielosylabowa, niemarketingowa nazwa? Jako niedający się zadowolić łatwymi wyjaśnieniami tropiciel paryskiego życia we wszelkich przejawach stanęłam pod najbliższym drzewem i obserwowałam rozwój wydarzeń uruchamiając w głowie ulubioną metodę Sherlocka. Wychodzący z bramy młodzi ludzie nieśli duże, papierowe torby i ukontentowane, niewinne lica, które nie przypominały żadnych zepsutych, znanych twarzy. Zachowanie wielu z nich budziło jednak niepokój - fotografowali się z postawnymi młodzieńcami strzegącymi wrót. Coś tu śmierdziało...
Postanowiłam wydobyć prawdę z ust starannie wyselekcjonowanej z tłumu jednostki. Selekcja zawiodła. Nieśmiałość jednostki w stosunku do angielskiej mowy nie pozwoliła na pełną inwigilację. Z okruchów słów udało się zrekonstruować dziwaczną całość - obsługa sklepu stanowiła główną atrakcję dla tłumu oczekujących na wejście do pilnie strzeżonego domu towarowego Abercrombie & FitchPrawda czy fałszywy trop???? Sherlock nie lubi stać w kolejkach, więc postanowił dać wiarę. Zamknął dochodzenie i udał się w dalszą drogę. W poszukiwaniu innych ofiar i zbrodniarzy.


Tymczasem ogonek przed Abercrombie & Fitch pomimo upływu miesięcy nie wykazywał tendencji zanikowych, wręcz przeciwnie. Uległ tylko pewnemu uporządkowaniu, gdyż ustawiono metalowe słupki, pomiędzy którymi wił się w słońcu i deszczu, o poranku i z wieczora. Kie licho??? Któregoś styczniowego późnego popołudnia, gdy nie mieliśmy nic ciekawszego do roboty niż stanie w kolejkach do sklepów, wraz z Watsonem postanowiliśmy wznowić dochodzenie. Zaznaczyć należy, iż do decyzji tej przyczyniły się paryskie mrozy w wysokości plus pięciu stopni Celsjusza, które znacząco skróciły kolejkę oraz sprawiły jej nadzwyczaj szybkie przesuwanie w kierunku złoconej bramy. Wpuszczającej obsłudze w firmowych trampkach zapewne potrzebny był ruch i złudzenie szybciej upływającego czasu.


Po dziesięciu minutach przekroczyliśmy wrota i przyjemnie podświetloną zieloną alejką doszliśmy na tyły budynku, gdzie czekały kolejne imponujące wierzeje,


którymi wpadliśmy do przedsionka, wprost w objęcia ślicznego pana, odzianego nieadekwatnie do paryskich mrozów. Równie śliczna pani pstrykała zainteresowanym zdjęcia polaroidowe, które model wkładał do eleganckiej kopertki i wręczał z czarującym uśmiechem nr 3. Wykonane przez Sherlocka zdjęcie-dowód rzeczowy, niestety, zupełnie nie oddaje piękna muskulatury młodzieńczego torsu... Faktem jest, że pod wrażeniem tego widoku Watson postanowił zapisać się na siłownię. Zagadka niekończącej się kolejki znalazła rozwiązanie pod postacią ożywionego greckiego boga.

Człowiek z rudą brodą, w okularach, czapce i ... kalesonach (???) to nie Spider w kamuflażu zakładanym na spacery po Champs-Elysees ;)


Dom towarowy A & F w Paryżu to skrzyżowanie kaplicy sekstyńskiej z klubem tanecznym - jest w nim ciemno, głośno i ciasno. (Nie dziwota, że nie wpuszczają wszystkich chętnych naraz. Poza tym kolejka to genialny wabik, żywa reklama). Na ścianach wymalowani w kolorach szarości nadzy lub półnadzy młodzi, atletycznie zbudowani mężczyźni wiosłują, jeżdżą konno, wspinają się po linach i drabinach, kąpią, wycierają ręcznikami i wylegują na trawie.



Liczni sprzedawcy i kilka sprzedawczyń w skórzanych japonkach na bosych stopach (które chyba też podlegają rekrutacyjnej ocenie, bo same ładne zaobserwowałam), kreują atmosferę zabawy kołysząc się w rytm elektronicznej czy innej muzyki dance u szczytu schodów, przy balustradach, za jedną czy drugą ladą. Niewielu zajmuje się dyskretnie pracą. Kupowanie tutaj ma być szaleństwem młodości, eksplozją radości! Nieźle wykombinowane... O pustych kiesach przyjdzie pomyśleć następnego ranka. Zresztą niech się rodzice martwią.

Reasumując wyniki dochodzenia: A&F to amerykańska firma odzieżowa specjalizująca się w sportowych ubraniach dla młodych ludzi. Założona w 1892 roku, zajmowała się w tych zamierzchłych początkach sprzedażą sprzętu sportowego, do czego odwołują się po części naścienne malowidła. Od 1997 jest stale na językach Amerykanów zarówno z powodu działalności charytatywnej, jak pikantnych kampanii reklamowych, oskarżeń o czynienie obiektów seksualnych z dziewczynek poniżej 10 roku życia, rozmaitych procesów sądowych od dyskryminacji mniejszości i kobiet przy zatrudnianiu, po zmuszanie pracowników sklepów do zakupu i noszenia w pracy tylko firmowych ubrań.

Oficjalna nazwa stanowisk pracowników punktów sprzedaży to "Modele" i tylko spośród nich wybierane są nowe twarze promujące A&F w kolejnych kampaniach reklamowych.

Uff... Sprawa ostatecznie zamknięta.

8 komentarzy:

  1. Bee, tożto prawdziwa świątynia konsumpcji! Przyznaj się w takim razie, czy coś kupiłaś? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Katasiu, nie mogłam się skupić na zakupach :) Ale teraz na zimno myślę, że te skórzane japonki były niczego sobie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Bee, wspaniałe dochodzenie :) Pewnie nigdy nie znajdę się we wnętrzu takiej instytucji, tym bardziej dziękuję za relację!

    OdpowiedzUsuń
  4. Czaro, Sherlock zawsze do usług :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam, odstałam, kupiłam, nie widząc za dobrze koloru, bo ciemno, a do tego głośno, do tego bardzo podejrzanie pachniało...Jest to całkowicie dla mnie niezrozumiały, bezprecedensowy fenomen nowej konsumpcji " w ciemno". Może mnie ktoś kiedyś oświeci na czym się ów fenomen opiera!

    OdpowiedzUsuń
  6. Holly, nie zmuszaj mnie, żebym po raz kolejny wznowiła śledztwo ;) Można by przepytać reprezentatywną grupę młodocianych.... Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bravo, bravo, bravissimo ! U mnie z tym dociekaniem zaczęło sie podobnie, ale z wrodzonego lenistwa nie odstałam w kolejce. Podeszłam do bramy firmę znałam ,ale nic nie uzasadniało tego zainteresowania. Owszem bodygardzi w sam raz, ale nie żeby się od razu z nimi fotografować. totez nie odgadłam na czym ów fenomen polegał. Zagadnięci z rodziny Francuzi odrzekli ,ze to dom towarowy i zamiast rozwiać ciekawość tylko ją podsycili.. I oto nadszedł dzień kiedy doznałam satysfakcjonujacego zaspokojenia....Dzieki

    OdpowiedzUsuń
  8. Jolu Mi, miło mi Cię tu gościć - czym chata bogata :) Ta firma to kolejny amerykański fenomen, logo, które dzierży rząd dusz małoletnich... Zjawisko interesujące, ale w Paryżu jest takie mnóstwo wspaniałości, że Twoje lenistwo odezwało się we właściwym momencie. Mogłabyś np. przy okazji sprawdzić, czy sklep A&F w Warszawie przyciąga tłumy jak ten paryski i czy również zatrudniają tylko ślicznotki i ślicznotków... Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...