piątek, 1 kwietnia 2011

Z życia pszczół

Wiosna to ulubiona pora roku pszczół. Budzą się do życia po zimowym letargu. Gramolą się na światło słoneczne z czarnej dziury, w której tkwiły przez kilka miesięcy, co gorsza, nie zdając sobie z tego sprawy.
Wiosną pszczoły nie powinny próżnować, dlatego Bee wybrała się na sesję fotograficzną w Gif. Wzdłuż ulic, w przydomowych ogródkach, na osiedlach kwitną ... chyba wiśnie (jakby ktoś miał inne zdanie na ten temat, korekta mile widziana). Różowe obłoki unoszą się nad całym miasteczkiem i jest niczym w Kraju Kwitnącej Wiśni. Radosne bzzzz...

 


Właściciel brasserie po drugiej stronie ulicy wystawił stoliki i krzesła na zewnątrz ledwie skończyły się przymrozki i od razu ktoś przy nich usiadł z kawą. Francuzom zupełnie nie przeszkadza, że siedzą przy jedynej głównej ulicy w Gif, biegnącej przez środek miasteczka dalej, do Bures i Orsay, przy której zatrzymują się zmotoryzowani klienci poczty, apteki i dwóch piekarni. Francuzów nie zraża, że siedzą częściowo na chodniku, przechodnie zaglądają im w filiżanki i talerze, a zapach ryb z mieszczącego się na rogu sklepiku z owocami morza zdradza czasami niepokojące nuty ... głowy... Im intensywniejsze życie toczy się dookoła, tym lepiej. W Paryżu jest podobnie - im bardziej ludny plac, im hałaśliwsze skrzyżowanie, bulwar, tym popularniejsza rozłożona przy nich kawiarnia. 

Bee wstąpiła do jedynej tutejszej księgarni, zawalonej tonami książek. W fotelu na pięterku przejrzała piękny album poświęcony Azji (a jakże! co za monotematyczny owad!), potem pogawędziła chwilę z jedną z młodych sprzedawczyń - Adeline, która poleca jej zawsze jakieś rewelacyjne książki, oczywiście wydania francuskie. Jakby ktoś był zainteresowany, przekazuję dalej - Dalva Jima Harrisona, Neige (Śnieg) Maxence Fermine. Obie przetłumaczono na polski.
W parku niedaleko szkoło-przedszkola zaczepiła dziewczynę, mówiącą do dwójki maluchów w dziwnym szeleszcząco-syczącym języku. I tak poznała Polkę, która mieszka we Francji od 15 lat, wyszła za mąż za tubylca, obroniła doktorat na Sorbonie, doczekała się potomstwa, szuka bezskutecznie pracy w swoim zawodzie. Siedziały ponad godzinę na trawie w parku przy merostwie gawędząc i obserwując dzieciaki wspinające się na wielką i Bogu ducha winną magnolię.

Tak upłynęło kolejne popołudnie z życia niepracującej gospodyni domowej, która nie zdążyła znowu poodkurzać, a na obiad zaserwowała Spiderowi przedwczorajszą tartę cebulową z oliwkami zamiast surówki :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...