wtorek, 18 czerwca 2013

Bajka o irysach i malarzu

Liczyłam na długie, spokojne panowanie królewskich irysów, podczas którego rozkwitnie sztuka ... kwitnienia, a wierni poddani będą mogli do woli napawać się kolorem, kształtem, fakturą, zapachem, przesłaniem dzieła (sic! niosą swój skromny przekaz).
W ogrodzie botanicznym było zatrzęsienie irysów w tym roku. Dziesiątkami gatunków i odmian, falujących zalotnie rokokowymi sukienkami, skrzących się drobinami złota i srebra, obsadzono długie rabaty wzdłuż ścieżek i trawników. Chowajcie się wschodnie kobierce i siedmiobarwne tęcze!



Niestety, czerwiec anno Domini 2013 okazał się wyjątkowo burzliwym czasem rządów. Irysy toczyły nieustające boje z wrednym zimnem, paskudnym deszczem i wstrętnym wiatrem. Wyszły z tych walk poszarpane, zbrzydłe, ale zwycięskie i już miały rozwinąć ostatnie infanckie pąki, gdy nadszedł nadgorliwy ogrodnik i ściął im łodygi u nasady zostawiając na pobojowisku smętne liście.

Nie ostałam się sama w rozczarowaniu i niepocieszeniu. Mój ogrodowy znajomy, długowłosy malarz-amator, raczej odklejony od rzeczywistości, nie dokończył przez te porządki obrazu. Zamówiła go jedna pani dając nawet zaliczkę. Oglądałam wczoraj bladobłękitne irysy na białym tle zajmujące środek i lewą stronę płótna. Prawą miały wypełnić ciemnofioletowe, ale
ten artysta maluje tylko z natury, więc obecnie ma problem, gdyż ukatrupiono mu modeli. "Jakbym wiedział, że zetną, to bym poprosił dyrekcję o dwa dodatkowe dni." Ba, gdybym wiedziała, wynajęłabym agencję ochrony. Chcąc jakoś pomóc post strasznem factum, rzekłam, iż uchował się brązowy irys na klombie najbliższym kościoła św. Krzyża, więc może by tak ten brązowy... Ale nie. Zleceniodawczyni życzyła sobie fioletowe, będzie musiała rok poczekać. Sztuka wymaga konsekwencji i poświęceń.

Owego malarza widywałam w ogrodzie w zeszłym roku. Wpatrywał się w kwitnące słoneczniki. Z bardzo bliska, z natężeniem, wplątany w wysokie łodygi, schowany w bezruchu. Można się było przestraszyć niczym gigantycznego owada.
"Współczesne wcielenie van Gogha......" - pomyślałam.

W maju rozmawialiśmy po raz pierwszy. Malował peonię drzewiastą. Powiedział, że śni mu się Gauguin i daje jakieś wskazówki. Wszystko się zgadza...
Chyba powinnam też złożyć zamówienie na parę płócien...

4 komentarze:

  1. Piękna bajka! A może rzeczywiście można coś u Pana zamówić, jakieś kwiaty, których jeszcze nie obcięli nadgorliwi ogrodnicy! Dziś przechodziłam przez ogród Pałacu Królewskiego, kwitło zatrzęsienie róż, ale też takich trochę zmarniałych po dzisiejszym bardzo ulewnym deszczu.Przepięknie napisałaś o "rokokowych sukienkach" irysów...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zamykając to irracjonalne koło powinnam zamówić słoneczniki... Byle tylko szpaki ich nie podziobały, deszcz nie usiekł, ogrodnik oszczędził.

    Masz wrażenie, Holly, że na dziedziniec Palais Royal wchodzi się trochę jak w inny wymiar, jakby czas tam wolniej płynął?
    Tamtejszy ogródek różany już zawsze chyba będzie mi się kojarzył z parą namiętnie całujących się na ławce panów. Ach, Paris, Paris...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy to bajka, czy nie bajka...są więc jeszcze artyści dla których natura (taka jaką jest) to jedyny właściwy punkt odniesienia.
    Choćby po to, by spotkać tam niezwykłego pana ze sztalugami, trzeba wybrać się do botanicznego...

    W Paryżu, bardzo lubię MontSouris w 14-ce. 15 ha niespodzianek na bardzo zróżnicowanym topograficznie terenie. Kwiatów tam bez liku, może zabrałybyśmy na wspólną wycieczkę - i - 'współczesne wcielenia van Gogh'a'?

    OdpowiedzUsuń
  4. W swojej autentycznej fascynacji przyrodą, kolorem, światłem Pan Malarz przypomina impresjonistów. Spodobałoby Mu się w Prowansji... W Montsouris pewnie też.

    Nie znam tego ostatniego! Na wspólny spacer - z przyjemnością, a na razie palcem po mapie, czyli okiem po googlu :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...