poniedziałek, 3 czerwca 2013

Skrzypek wciąż gra...

Na "Skrzypku na dachu" zainscenizowanym na dziedzińcu zamku Topacz w podwrocławskiej Ślęzy wylądowaliśmy niespodziewanie i nieplanowanie za sprawą przyjaciółki, która przyleciała na kilka dni z Paryża i ujrzawszy wielki baner reklamujący kolejne plenerowe przedsięwzięcie Opery wrocławskiej stwierdziła, że właśnie tego punktu brakowało w naszym bogatym programie kulturalnym. (Zrezygnowałyśmy w związku z tym z uczestnictwa w wykładzie na temat pneumatyki aktora - techniczne objaśnienie pojęcia przez Spidera pomogło nam stosunkowo łatwo pogodzić się z koniecznością wyboru - oraz z koncertu chóru w Auli Leopoldina). Pewnego zagrożenia upatrywaliśmy w czarnych chmurach zalegających na niebie niczym byk na pastwisku i słupku rtęci opadającym w okolice 10C, ale zastosowaliśmy technikę pozytywnego myślenia i przyjęliśmy założenie, że w ciągu najbliższych godzin temperatura podniesie się do 25C.

Na wszelki wypadek za radą innej uczestniczki eskapady, przyjaciółki-wrocławianki, bywalczyni koncertów organizowanych w klimatycznych (ze wskazaniem na klimat arktyczny) wnętrzach "gotyckich kościołów oraz romańskich klasztorów", zaopatrzyliśmy się w koce wełniane i kurtki zimowe (przypominam, iż opisywane wydarzenia toczą się pod koniec maja). Z własnej inicjatywy zabraliśmy czapki (pod wpływem proroczej wizji wrzuciłam do plecaka nawet zapasową, która okazała się wielce przydatna), rękawiczki oraz różne pobudzacze krążenia i podkręcajki humoru (gorąca, zielona herbata i zimna, prawie czarna czekolada, żeby nie zostawić pola dla insynuacji). Nie zabraliśmy jedynie parasoli, gdyż regulamin imprezy zabraniał utrudniać widoczność innym uczestnikom.

Arcypunktualnie dotarliśmy wesołą gromadą na miejsce 45 minut przed rozpoczęciem, co z niedowierzaniem odnotowuję, gdyż w pojedynkę takie rzeczy mi się nie przytrafiają. Dało nam to możliwość przyjrzenia się przerobionym na luksusowy obiekt hotelowy powozowni, stajni (gdyby poprzedni mieszkańcy mogli to zobaczyć!), rządcówce, nadal remontowanemu renesansowemu dworowi oraz przespacerowania się po parku.

Następnie uwaga nasza skupiła się niepodzielnie na spiętrzonych na scenie drewnianych zabudowaniach Anatewki i rozwijającej się akcji oraz odrobinę na szczelniejszym owijaniu się kocami. W samą porę nadeszła przerwa, podczas której pokrzepiliśmy się i odbyli sesję fotograficzną w czapkach (która będzie ilustrować maj w kalendarzach na 2014 rozpowszechnianych przez ambasady polskie wśród zagranicznych nacji celem utwierdzenia ich w przekonaniu, iż w Polsce występują niedźwiedzie polarne i pingwiny).

Po przerwie okazało się, że wiatr przegnał chmury i nad Anatewką zaświecił najprawdziwszy księżyc w pełni, a nad widownią prawdziwe gwiazdy. Dla takich niezwykłych zderzeń kultury i natury warto wyprowadzać sztukę z budynków. (Uważam nawet, że olbrzymią widownię byłoby warto wznieść dla samego spektaklu, jakim uraczyła nas przyroda. Bowiem po kontemplacji kosmicznego piękna ciał niebieskich, przyszła pora na podziwianie harców w stratosferze - wiatr przesuwał pierzaste łąki i góry z chmur przed księżycową lampą fundując Ziemianom perspektywę metafizyczną.)



Wrocławskiej inscenizacji musicalu brakowało w moim odczuciu żywiołowości i energii, jakiegoś "wespół w zespół", zaś postaci Tewjego Mleczarza w wykonaniu Bogusława Szynalskiego wdzięku czy charyzmy, jego głos/interpretacje brzmiały często zbyt jednostajnie. Podobało mi się kilka duetów w drugim akcie, zachwycił ciekawy głos Katarzyny Haras w roli średniej córki Hudel, muzyka wiele razy zabrzmiała pięknie. Do imponującego rozmachu operowych produkcji jesteśmy we Wrocławiu przyzwyczajeni. Drugi akt wypadł zdecydowanie lepiej niż pierwszy.



Opowiedziana w baśniowej konwencji (bez bajkowego happy endu) historia rodziny Tewje Mleczarza bawi za sprawą na przemian rzewnie tkliwej i ujmująco radosnej muzyki oraz wciąż zabawnych tekstów piosenek i dialogów ("kiedy Żyd je kurę, to albo Żyd, albo kura musi być chora"). Jej przekaz okazuje się jednak niezwykle pojemny. Uniwersalny apel o życzliwość, szacunek, tolerancję dla drugiego człowieka, dla innej nacji. Wieczne tułaczki narodu żydowskiego rezonują z peregrynacjami współczesnych emigrantów, co świetnie opisała HollyWydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce czy we Francji pokazują jak bardzo aktualna jest opozycja pomiędzy orędownikami kultywowania tradycji, obyczajów, które mogą stanowić o tożsamości, dawać oparcie, poczucie bezpieczeństwa, gdy zabraknie gruntu lub korzeni a zwolennikami zniesienia sztywnych zasad i reguł, kiedy w grę wchodzi indywidualne szczęście.

Część widzów ruszyła z kopyta na parkingi, jeszcze przed końcowymi ukłonami... Nam się nie śpieszyło, wyjeżdżaliśmy pół godziny, co tylko wzmocniło jeden z najważniejszych składników indywidualnej szczęśliwości: przebywanie w dobrym towarzystwie.

8 komentarzy:

  1. Bee,
    Więcej uwagi poświęciłaś w recenzji towarzystwu niż tej imponującej inscenizacji:) Pod ostatnim zdaniem podpisuję się obiema rękami, ale nieco przychylniejszego sądu jestem o samym przedstawieniu, biorąc pod uwagę warunki atmosferyczne. I tak cud, że "skrzypkowi" palce nie przymarzły do instrumentu, a nam pupy do plastikowych siedzeń! A mimo to, był to niezapomniany wieczór...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Holly, o tak, wieczór był niezapomniany i naprawdę cieszę się, że zobaczyłam ten musical :) Moja notka z założenia miała być kartką z dziennika, dlatego nie recenzowałam zbyt gorliwie, choć jak widać surowo. Może trochę przesadziłam, ale rozpuszczona jestem po kilku wizytach w Operze Paryskiej i lubię jak spektakl/film trzyma za gardło i nie puszcza. Trzeba oddać artystom sprawiedliwość, że dzielnie sobie poczynali w trudnych warunkach atmosferycznych.

      Usuń
  2. O tak, 'młody' Czermak nawywijał się na skrzypkach niemało; precyzyjnie, z talentem i wyczuciem stylu.

    Do majowej arktycznej pogody dołącza pomału równie arktyczny czerwiec, co już pół europy wytrąciło z równowagi. Nie wiem więc czy daleko ujedziemy na reklamie wiosny w czapkach. Pocieszam się, że całość jednak do czegoś pasuje. Do pneumatyki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ferworze pisania o "Skrzypku" zapomniałam wspomnieć o niezłym skrzypku. Dzięki za appendix.

      Nawet jeśli nie pasuje, purenonsens jest wartością nie do przecenienia :)

      Usuń
  3. Takie oglądanie, czy uczestniczenie w spektaklu w pięknych okolicznościach przyrody (i doborowym towarzystwie) to wartości same w sobie. Szkoda, że samo przedstawienie nie zachwyciło, choć jak widzę zdania uczestniczek są podzielone. Do dziś wspominam, jako jedno z największych przeżyć słuchanie fragmentów opery w ruinach zamku w Heidelbergu, a zazdroszczę mieszkańcom Werony koncertów, które odbywają się w lokalnym Koloseum. I tu chciałam napisać, że jednak warunki atmosferyczne mają bardziej sprzyjające, ale przy obecnej sytuacji pogodowej w Europie (w Rzymie leje całymi dniami) to nie byłoby to zgodne z prawdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na południu Francji odbywają się koncerty operowe i rockowe w tak zachwycających miejscach jak rzymski teatr w Orange czy amfiteatry w Nimes i Arles. Być może kiedyś nadarzy się okazja :)
      Ciągle pada w Rzymie! Padł ostatni bastion...

      Usuń
  4. Cześć Bee:) Fajne te Wasze relacje - Twoja i Holly:) Wartości artystyczne to sprawa bardzo indywidualna w każdym przedstawieniu, natomiast dla mnie ciekawe byłby owe okoliczności przyrodniczo - pogodowe:) Mimo aury - fajny pomysł:) U nas w Teatrze Muzycznym w Gdyni bilety na Skrzypka trzeba było zamawiać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Anex za uznanie dla naszego dwugłosu :) Właśnie zastanawiam się, na ile okoliczności mogą przyćmić odbiór dzieła... Przyjmę chyba jednak założenie, że dzieło powinno być na tyle absorbujące, aby widz zapomniał o otoczeniu. Serdeczności :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...