wtorek, 16 października 2012

Okazje w operze

W minioną sobotę od rana lało jak z wiadra. Wszystkie nasze ambitne plany wycieczek do odległych katedr malowanych przez Moneta i pałaców Napoleona rozpłynęły się w deszczu. Jako nagroda pocieszenia pozostał Paryż. Gdy po południu przejaśniło się na chwilę, ruszyliśmy do Opery Garnier, aby zdobyć bilety na wieczorny spektakl baletowy. Pewna dobra dusza zdradziła nam swego czasu, że na godzinę przed przedstawieniem można dostać w kasie wejściówki za przystępną cenę dziesięciu euro. Niestety, nie my jedni wiedzieliśmy o tej okazji. Niestety, było mokro, mroczno i ponuro, więc  wielu wpadło na pomysł umoszczenia się w fotelu pod złotym, suchym sufitem. 

W bocznym wejściu opery ustawił się i usadowił na obitych pluszem ławach długi ogonek chętnych. Japończyków, Chińczyków, Duńczyków zainteresowanych zaliczeniem dowolnych pień lub pląsów, byle w legendarnym budynku paryskiej Opery. Francuzów, którzy zagapili się z wcześniejszym zakupem lub woleli przyoszczędzić na sztuce wysokiej. Tego wieczoru sztuka była najwyższych lotów. Balet George Balanchine oparty w całości na choreografiach tego wybitnego rosyjskiego twórcy zmarłego w 1983 roku.

Strażniczka w granatowym mundurku z krótkofalówką uspokajała, że biletów starczy dla wszystkich, no to czekaliśmy. Tymczasem jedna kolejka do dwóch kas ani drgnęła. Przy okienkach trwały w najlepsze dyskusje pomiędzy niewładającymi językiem francuskim turystami a niewładającymi angielskim ani japońskim sprzedawcami. Jak również pertraktacje pomiędzy obydwoma mówiącymi językiem Baudelaire`a stronami na temat jakości proponowanych miejsc. Wygrzebywanie kart płatniczych z odmętów kieszeni i torebek, przypominanie sobie pinów. Zapowiadało się, że na zaplanowaną kolację nie zdążymy i będziemy wtórować orkiestrze burczeniem żołądków. Postanowiłam wyskoczyć na chwilę nabyć jakieś ociekające masłem pieczywo cukiernicze, żeby uciszyć przewody pokarmowe. Spider został na posterunku z nakazem stoczenia (jakby co) boju o dobre miejsca. "Zresztą zaraz wracam" - rzekłam.

Gdy wróciłam z pożywieniem, Spider stał przed wejściem i powiewał dwoma biletami. Minę miał nietęgą. Zdziwiłam się, ucieszyłam i zaniepokoiłam w odstępach jednosekundowych.
- Dlaczego ty się oddalasz w najmniej odpowiednim momencie???
- Kiedy właśnie moment wydawał się bardzo odpowiedni...
- Najlepsze miejsca, jakie zostały!!" - wręczył mi bilety.

Na pierwszym przeczytałam:
4 balkon, rząd 3, miejsce 1
Widoczność ograniczona

Na drugim:

4 balkon, rząd 3, miejsce 3
Scena niewidoczna

- Eeee... Co znaczy to, co właśnie przeczytałam...?
- Że będziemy słuchać tupania baletu. Ty będziesz widziała pół baletnicy, a ja tylko ciemność. I nie dlatego, że zamknę oczy.

W geście rozpaczy usiłowałam zwrócić te bilety w kasie, ale kasjer nie rozumiał, o co mi chodzi i twierdził, że to świetne miejsca...
Pani bileterka pocieszała, że przynajmniej zobaczymy sobie foyer...
No to weszliśmy.

Najpierw gapiliśmy się na imponujące wnętrza opery i tłum z normalnymi biletami mrowiący się na monumentalnych schodach, potem zajęliśmy się słodkościami, co pozwoliło na chwilę zapomnieć o naszej niedoli. Nie wiadomo kiedy, zrobiło się bardzo późno i należało zająć miejsca. Bądź mądry i znajdź człeku te pokątne fotele na czwartym balkonie, o którym nawet obsługa zdawała się zapomnieć! Nikt nie był nam w stanie powiedzieć, w którą stronę powinniśmy się udać, do którego pudełka wskoczyć. Dzwonek dzwonił przeciągle i ostatecznie, numeracji żadnej ani widu, inni widzowie równie niezorientowani, obsługa nadal zajmowała się parterem (sto euro za bilet), wpadaliśmy przez jakieś drzwi i wypadaliśmy. W końcu wdarliśmy się na balkon położony dokładnie na wprost sceny i zrezygnowani opadliśmy na najbliższe wolne miejsca. I zaczęło się.

Bordowa, fantazyjnie udrapowana kurtyna poszła w górę. Popłynęła harmonijna muzyka Czajkowskiego. W lekkich podskokach wbiegły na scenę rzędy baletnic w zwiewnych, błękitnych sukienkach. Równie błękitna ściana z tyłu stanowiła jedyną dekorację pierwszej części spektaklu - Serenady. Siedzieliśmy osłupiali pośrodku nieba. Z doskonałą widocznością na romantyczne układy Balanchine`a, dziesiątki baletnic przesuwających się w symetrycznie zakomponowanych figurach, stworzonych wręcz do oglądania z góry. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie - parter tego nie widział... W kolejnej części - Agon - ekscytowaliśmy się genialną, energetyczną, nowoczesną choreografią do muzyki Strawińskiego, nagradzaliśmy solistów częstymi, rzęsistymi oklaskami. Po przerwie delektowaliśmy się dowcipem i doskonałym wykorzystaniem rekwizytu (w postaci długiej ni to ławy, ni to drabiny) przy muzyce Prokofiewa w Synu marnotrawnym.
Na koniec oczywiście entuzjastyczne oklaski aż do bólu opuszków palców.

Chyba wybierzemy się do Opery Bastille. Podobno przed spektaklem można tam nabyć bilet za jedyne pięć euro ;)

7 komentarzy:

  1. Opatrzność czuwa nad spragnionymi kultury w 'kulturalnych' wnętrzach z portfelem zasobnym w mniej niż 200 E od pary.
    Teraz wiem (poza tym) jak powstają zdjęcia wieży Eiffla, umieszczonej na suficie przez Chagall'a :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Spłynęła na nas łaska Terpsychory :)
    A zdjęcia akurat zrobione z parteru ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniale, że Wam się udało, ale czy wyobrażasz sobie, że miałabyś siedzieć i "oglądać" przedstawienie na tych dwóch "przyznanych" miejscach? Podejrzewam teatr, że jednak przymyka oko na "turystów" wpadających w ostatniej chwili do przybytku Terpsychory...W Bastille przed spektaklem są bilety po 10 euro, ale miejsca "przydzielone "- zdecydowanie lepsze...

    OdpowiedzUsuń
  4. Holly, to byłby balet absurdu, seans sado-maso, gdybyśmy będąc tam, nie mogli widzieć ;)
    W Bastille chyba zrobili obniżkę obniżki i okazję okazji, żeby przyciągnąć turystów... Zerknij na bonplan.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Guciu, ciamajda ze mnie usunęłam niechcący Twój komentarz.
      Oto on:
      Z wielką ciekawością przeczytałam twój wpis. Dobrze wiedzieć o takich okazjach i o tym, że nie zawsze jest tak, jak na pierwszy rzut oka się wydaje :). Operę Garnier udało mi się zwiedzić od środka, ale uczestniczyć w przedstawieniu to dopiero byłaby uczta. Pozdrawiam
      I odpowiedź:
      Naprawdę polecam zafundowanie sobie następnym razem takiej uczty za 5, 10 lub trochę więcej. Sprawdziłam, że bilety na środek czwartego balkonu stoją po przystępnych 25, a widok znakomity! Wybieramy się na kolejny spektakl. Tym razem "na pewniaka" czyli "na szczęściarza z normalnym biletem". Dzięki i pozdrawiam ze słonecznego dziś Paryża :)

      Usuń
    2. Nie omieszkam skorzystać :) Pozdrawiam z mroźnego dziś Gdańska :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...