środa, 9 września 2015

Na chmurce

Nie planowałam żadnych zakupów na czwartkowej giełdzie staroci. Choć na wszelki wypadek wieczór wcześniej wypłaciłam z bankomatu pieniądze... :)
Chciałam po prostu pochodzić, popatrzeć, spotkać się i pogawędzić ze znajomymi, zapaleńcami, szaleńcami, hobbystami. Chciałam również zajrzeć w czas przeszły, pooddychać powietrzem pachnącym innymi epokami, ponieważ takie powietrze działa na mnie jak świeża, morska bryza, pobudza, dodaje energii i sensu.

Dotarłam przed dziesiątą, targ okazał się spory, stoiska zajmowały dużą powierzchnię rozległego placu, choć znów odniosłam wrażenie, że sprzedający przeważali liczebnie nad kupującymi. Słońce mocno oświetlało piękno, szpetotę, wielorakość i mnogość.

Przywitałam się z bardzo miłym sprzedawcą z okolic Łodzi, u którego nabyłam w ubiegłym roku swój najładniejszy artdecowski pierścionek z błękitnym oczkiem. Nieco dalej skonstatowałam, że nowoczesny obraz wykonany ciekawą techniką, który oglądałam dwa miesiące wcześniej i zastanawiałam się nad zakupem na tyle poważnie, aby podjąć zakończone fiaskiem negocjacje, wciąż nie znalazł nabywcy. Obejrzałam go ponownie i nadal uważałam za dobry, ale obecnie trzymam się twardo faktu, że nie dysponuję pałacem z galerią, więc ograniczam apetyt do niezbędnego minimum.

Wędrowałam od stoiska do stoiska, nic szczególnie nie przykuwało mojej uwagi i wtedy zobaczyłam ją. Dziewczynkę z lutnią na chmurce. Od razu wiedziałam, że jest jedyna w swoim rodzaju. Z pięknem komunikuję się w pierwszej chwili na poziomie podświadomym, podprogowym, intuicyjnym. Nie analizuję, po prostu żywię niewzruszone przekonanie, że patrzę na coś wyjątkowego. Mam również pewność, że wspaniale byłoby posiadać taki nośnik piękna, wyzwalacz dobrych emocji w zasięgu wzroku i ręki na co dzień, nie poprzestając na mało szczegółowych obrazach z pamięci lub zapośredniczonych i spłaszczonych przez telefon. Niestety, cena okazała się zbyt wysoka jak na moje zasoby. Trudno. Poszłam dalej z myślą o majolikowej dziewczynce ... tłukącą się ... po głowie.

Przyciągnął moją atencję intrygujący obraz, pochodzący, jak utrzymywał handlarz, z Danii. Przedstawiał skuloną brązową postać pod drzewem po lewej oraz czarny kształt mężczyzny i kobietę ze snopkiem po prawej stronie płótna. Mężczyzna, podobnie jak człowiek pod drzewem, zasugerowany został jedynie kolorem, potraktowany umownie, kobieta nieco bardziej szczegółowo. W tle mienił się kolorami nieokreślony pejzaż (?), niebo (?), woda? Słoneczna żółć odbijała się w lazurze tej niby wody. Tematyka i warsztat artysty budziły mieszane uczucia, przyciągały i odpychały. Ostatecznie uznałam, że nie potrafię ocenić, czy zastosowana technika była świadomym wyborem malarza, czy koniecznością ukrywającą nieporadność. (Poza tym nie mam pałacu.:)

Zajrzałam do dziewczynki na moment, obejrzałam figurkę z dołu, z tyłu i od frontu. Sprzedawcy akurat nie było, kolega pilnował jego stołu. Poszłam dalej.

Zupełnie nieoczekiwanie u znanego od lat Pana N. znalazłam porzuconą gdzieś wśród metalowych rupieci na obrzeżach rozpostartych na ziemi płacht japońską tackę z laki z wymalowaną kwitnącą gałązką i unoszącym się nad nią ptakiem w locie. Zakupiłam, ponieważ była urokliwie pomyślana i nieźle zachowana jak na tego typu przedmioty, zazwyczaj mocno wytarte, wyblakłe, z uszkodzoną laką eksportową, pośledniejszego gatunku. Poza tym słabość do Dalekiego Wschodu nie pozwala mi przejść obojętnie obok przybyszów z tamtego rejonu świata.



Przed wyjściem, około godziny 13., kiedy część handlujących pakuje już swoje towary, musiałam jeszcze spojrzeć na dziewczynkę na chmurce... Do moich zachwytów dołączył sprzedawca i tak sobie gwarzyliśmy, jaka jest śliczna i ciekawa, i doskonale wykonana, sygnowana przez autora projektu, ale bez sygnatury wytwórni i, niestety, panu nie udało się znaleźć żadnych informacji na jej temat, ale wydaje mu się, że może pochodzić z Austrii. Do naszych zachwytów dołączyła sympatyczna pani, więc dalej wychwalaliśmy, jaka oryginalna, niepowtarzalna. Wtedy nagle sprzedawca wyszedł naprzeciw mojemu skrytemu pragnieniu i z własnej, nieprzymuszonej woli zaproponował cenę sporo niższą od wyjściowej. Takim sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką cudownej majolikowej figurki. Właściwie figuryny, ceramicznej rzeźby, gdyż jej gabaryty są pokaźne. Owiniętą w zakurzoną, szydełkową chustę pani hrabiny (która zwykła odwiedzać sklep sprzedawcy w Ostrowie Wlkp.) przytaszczyłam ją do domu, gdzie okazała się idealnie pasować do wnętrz i w innym oświetleniu objawiła dodatkowe (wewnętrzne;) piękno.

Więcej takich giełd, na których nie mam zamiaru nic kupować!!! :)))



P.S. Reakcja rodziny.
Radość dzielona z innymi rzekomo się mnoży, więc rozradowana wysłałam mmsa siostrze, która pozostała nieporuszona, aczkolwiek przychylnie zainteresowana, zagadnięty przez siostrę szwagier podobno uśmiechnął się bez przekonania, by nie rzec z politowaniem, tylko Niunia stwierdziła, że dziewczynka jej się podoba, bo ma ładną sukienkę, buciki i czapkę :))

Spider jest oczywiście zachwycony. Że zaczęłam zawalać podłogę, gdyż "figurka" nie zmieściła się na parapecie.

2 komentarze:

  1. A nie mówiłam (powiedziała zrzędliwa ciotka) POSZERZ PARAPETY!
    I tacka i rzeźba śliczna; w takim towarzystwie chętnie zjadłabym, jak to było, terajmisiu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sklerotyczna ciotka nie pamięta rozmowy o parapetach, ale cieszy się, że dołączyłaś do zachwytów nad dziewczynką w czapce i nie widzi przeszkód w czasie oraz przestrzeni, abyś zakosztowała włoskiego specjału w pszczelej wersji. :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...