poniedziałek, 12 marca 2012

Okachimachi...

... to dzielnica Tokio, do której zaprowadziła nas po raz pierwszy Mieko. Mieko przyjechała tego dnia shinkansenem (superekspresem) z Hamamatsu do Tokio, na konferencję poświęconą Warszawie, zorganizowaną w ambasadzie RP. Urwała się z większości wykładów i pokazu filmu "Warszawa", żeby spotkać się z nami po kilku latach przerwy. Wyglądała pięknie - niczym chodzące logo mojego bloga;) Tokyo+Paris+Wrocław = Japonka z torebką Chanel w polskiej biżuterii z bursztynem (Wrocław co prawda daleko od Bałtyku, ale prowadził przezeń szlak bursztynowy :)
Najpierw nadrabialiśmy zaległości towarzyskie przy czarnej herbacie i torcie bezowo-dyniowym w cukierni w dzielnicy Meguro, gdzie znajduje się polska ambasada, następnie pojechaliśmy linią Yamanote do Okachimachi.

Każda dzielnica Tokio jest jak miasto w mieście. Ma swój charakter, specyficzny klimat będący wypadkową mnóstwa czynników - układu przestrzennego, dawnej i nowej architektury, pełnionej funkcji, wieku i pochodzenia mieszkańców oraz odwiedzających, mód i trendów. W Okachimachi czas stanął w latach 70.-80. Zamiast przeszklonych biurowców, wyrafinowanych domów towarowych, modnych butików odkryliśmy tam zwykłe-niezwykłe codzienne życie, pozbawione landrynkowego glamouru toczące się w zatłoczonych ulicach handlowych, małych restauracjach, tanich barach sushi, licznych supermarketach z żywnością i kosmetykami.




W Japonii nie kupuje się kota w worku. Degustacje odbywają się w co drugich delikatesach. Nie zaleca się wchodzić przed obiadem.
Popularne marynaty.
U sympatycznego pana, odzianego nie przypadkiem w zielenie, można było spróbować różnych gatunków zielonej ambrozji.


"Sklep rybny" zabrzmiałoby jak beczka śmiejących się śledzi. Poniżej królestwo owoców morza:


Sushi do domowej konsumpcji, jadalne kwiatki, niejadalne listki klonów oraz pojemniki w kształcie łódki świadczą o zmyśle piękna i dbałości o szczegóły.



Okachimachi po zmroku nie oszałamia neonami jak Shinjuku czy Ginza.
Uliczny sprzedawca okonomiyaki.
Handlowa uliczka tuż przy linii Yamanote.
Na koniec wylądowaliśmy w barze kaiten sushi, w którym świeże, soczyste kawałki łososi, tuńczyków, krabów i różnych innych morskich stworów suną na talerzykach wokół kontuaru. Takie rozwiązanie ma wiele zalet. Pozwala do woli napaść oczy napływającymi wciąż nowymi porcjami (te o kijankowatych, przezroczystych ciałach z czarnymi oczkami wpędzają mnie w poczucie winy), wybierać najsmakowiciej wyglądające kąski, obserwować uwijających się w taśmowym kręgu kucharzy, zamawiać u nich brakujący asortyment, zagadywać sąsiadów.


Itadakimaaasu!!!!

6 komentarzy:

  1. Już same nazwy w polskiej transliteracji brzmią ekscytująco i smakowicie. Nawet nazwa pociągu i stacji jest apetyczna.
    To Okachimachi przeniesiono w mniejszej skali do Paryża Belleville(pogranicze Arrond. 11/12, 19/20). Tam co prawda japończyków nie wiele (więcej chińczyków) ale widok ulic, reklamy, sklepiki - 'prawie' takie same.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wymienianie japońskich nazw sprawia mi taką przyjemność, że muszę się pilnować, żeby nie szpikować nimi każdego zdania :) Cieszę się, że poczułaś ich czar. Fragmentu Paryża, o którym piszesz, nie odkryłam - to miasto jest pełne niespodzianek. Znam "Asiatown" w pobliżu Placu d`Italie i oczywiście "Japan-Koreatown" przy rue St. Anne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bee, poleciała mi teraz ślinka, mm... A propos Paryża, jaką restaurację japońską byś poleciła (pomijając te wszystkie prowadzone przez Chińczyków;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Królestwo owoców morza to zdecydowanie miejsce dla mnie - uwielbiam ryby we wszelkiej postaci :) Taki sushi bar z łódkami znajduje się również w Cannes, niestety, jeszcze nigdy w nim nie jedliśmy (za to przechodzimy często obok po drodze do ulubionego kina.) Nie mogę nie zapytać - Bee, czy mówisz po japońsku, a jeśli tak, to czy bardzo trudno jest nauczyć się tego języka?

    OdpowiedzUsuń
  5. Czaro, Taishoken na rogu St. Anne i des Petits Champs serwuje oryginalne japońskie buliony, takież sushi bodajże w Sapporo przy St. Therese. Trzeba wejść w głąb lokalu, jest tam wydzielona niewielka powierzchnia i rządzi japoński ekspert od sushi. No i żeby tak całkiem nie skreślać Chińczyków, smacznego łososia i przemiłą obsługę znaleźliśmy w Sushiyaki przy Monsieur le Prince :)

    Katasiu, brak treningu poczynił przerażające spustoszenia :( Opanowanie języka mówionego, gramatyki, słownictwa, dwóch stosunkowo prostych alfabetów - hiragany i katakany - nie wydaje mi się nadmiernie trudne. Natomiast tysiące ideogramów do zapamiętania - to już zupełnie inna historia...

    OdpowiedzUsuń
  6. No i pójdź teraz, człowieku, do takiego np. Tesco na stoisko rybne! Brrrr
    W Japonii nie byłam, poznałam za to Japończyków przy budowie wrocławskiego Ogrodu Japońskiego. Wtedy też była okazja do zielonej herbaty i sushi w oryginale. Piękne wspomnienia!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...