wtorek, 6 sierpnia 2013

Jak dobrze wstać...

Tradycyjni Japończycy jadają na śniadanie zupę miso z kawałkami tofu i krążkami pora, do tego ryż, ewentualnie rybę pozostałą z kolacji. Francuzi zalewają czarną kawą chrupiącego rogalika lub bagietkę z dżemem. 
Polak drzewiej chłeptał zupę mleczną z makaronem (ach, te kożuchy zaplątane pomiędzy kolanka) albo babciną zacierkę (smaczniejsza wersja, choć równie nieodporna na ścinanie się mleka). Jeśli miało się w rodzinie rannego ptaszka, na stół wjeżdżały świeże bułeczki, obowiązkowo z wędliną, żółtym serem, ostatecznie "białym".

Obecnie niezdrowa przedwojenna tradycja walczy o lepsze z dietetyczną kartonową nowoczesnością. Bułki, szynki i kiełbachy, które mocno dzierżą rząd żołądków, kontra zdrowie i uroda (ponoć!), czyli musli z zimnym lub lekko podgrzanym mlekiem (żegnajcie kożuchy!), jogurty, owoce. Zresztą co ja tu będę generalizować. Nasz naród reguł nie lubi i je po prostu to, co mu w... lodówce gra.

Jako nieodrodna przedstawicielka nacji z fantazją chętnie zjem na śniadanie zupę z pokrzyw i kaczkę w buraczkach, jednak mam taką wersję menu, która zasługuje na miano ulubionej, powtarza się dość często i mieści w śniadaniowych standardach. Składa się z zielonej herbaty, kakao (z miodem lipowym, bo jakże by inaczej) i solidnej porcji szarlotki na kruchym cieście.




Jabłka bywają zastępowane przez jagody, brzoskwinie, morele. Kruchy spód i wierzch pozostają identyczne w swym boskim smaku (prawie identyczne, bo przecie każdy kucharz wie, że wystarczy zmienić mąkę, dodać więcej śmietany lub piec 10 minut dłużej a smak będzie nieco inny).
Kakao (wyłącznie cedzone przez sitko) w sezonie letnim bywa wyparte przez mus truskawkowy, miseczkę borówek lub malin.

Taki posiłek nie jest po japońsku zdrowy, ani po francusku skromny, ale po epikurejsku przyjemny. Przyjemność na śniadanie - to moje motto o poranku. Organizm (oj, niesmaczne słowo), maszyneria (wręcz niejadalne), no po prostu bezbronne, kruche ciało, którym należy się opiekować, będzie wdzięczne i chętne do życia. Zresztą masło, brązowy cukier i pieczone owoce są pożywieniem naturalnym i jako takie źródłem energii (pozytywnej). Uff, trochę się zmęczyłam kuciem tej teorii i ustawianiem nawiasów.

Kuję dalej, póki kakao gorące. Moje zasady epikurejsko-metafizycznego początku dnia:

1. Idealnie, gdy dzień zaczyna się wtedy, gdy dusza sama wraca z wędrówki po preriach (jak mawiają Indianie), bambusowych laskach lub francuskich parkach (jak twierdzą inni), a nie ściąga ją stamtąd w trybie pilnym budzik w telefonie.

2. Następnie ciało potrzebuje być napojone zieloną herbatą, a dusza przejrzeć ulubione albumy, jakieś Impresjoniści wokół Paryża, jakieś Sztuka życia w Prowansji, Japońskie ryciny i Secesje... Wszystko domaga się wdzięcznej uwagi, od rana, od zarania dnia (co było pierwsze - "rano" czy "zaranie"?)

3. Śniadanie nie musi być zdrowe, lekkie, dietetyczne, choć od biedy może. Ważne, by już sama myśl o nim smakowała, a zmaterializowane zapewniało takie doznania, by mieć ochotę na powtórkę menu jutro i pojutrze.

4. Ze śniadaniem nie wolno się śpieszyć. Jeśli nie ma wystarczająco dużo czasu na docenienie pokarmu i własnych myśli, lepiej darować sobie poranny posiłek i poczekać na rozkosze obiadu lub kolacji, a w głodnym międzyczasie skupić się na korzyściach minidiety (poczucie silnej, ba, żelaznej woli, panowania nad własnym życiem, kształtem ciała; takie tam dyktatorskie przyjemności).

5. Śniadanie (jak wszystko inne) winno posiadać walory estetyczne i artystyczne, czyli odbywać się w odpowiednich miejscach. Pożądane - angielskie ogrody, ukwiecone tarasy, balkony na wysokich piętrach; satysfakcjonujące - ulubione wnętrza z widokiem na... ryciny z widokiem na... Niezbędne do osiągnięcia pełni ukontentowania są ładne, oryginalne naczynia. (Temat wymaga osobnego rozwinięcia.)

6. Towarzystwo mile widziane, choć nieobowiązkowe. Własne należy uważać za wystarczająco atrakcyjne (poranna afirmacja).

7. Dokonawszy ablucji i odziawszy się można po takim budującym poranku lecieć w świat.

Powinnam zaniechać ostatniej metafory, ale zasłaniając się lekkim zamroczeniem umysłu spowodowanym panującą w mieszkaniu od kilku tygodni temperaturą 30C, dodam, iż każdy początek dnia jest jak pełen sił i entuzjazmu młodzian idący za rękę ze szlachetną, wrażliwą dziewicą* oczywiście ku słońcu w zenicie. Warto od czasu do czasu się przyłączyć. :)

Atrybuty przypisano płciom przypadkowo, można zamienić.

13 komentarzy:

  1. Bee, witaj:) Noo:) Takie śniadanko, to rozumiem:) Dzięki wielkie za ten wpis - nastroił mnie bardzo pozytywnie, mimo, że pora raczej obiadowo - kolacyjna:) Teorie płciowo - narodowe jak najbardziej słuszne:) Cierpię, bo moje śniadania muszę przeżuwać w pośpiechu pomiędzy kolejnymi papierzyskami w ogólnie niekomfortowych warunkach.. Tylko weekendowe są fajne - z rodziną i jak jest odpowiednia pogoda to w plenerze tarasowym..
    PS. A co to za pomysły z zakończeniem pojawiania się w wirtualnej rzeczywistości? To jest bardzo zła idea:) Pozdrowienia serdeczne!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wieczór po poranku Anex :) Twoje cierpienia praco-śniadaniowe świadczą dobitnie o epikurejskiej chorobie... Musiałaś złapać bakcyla podczas ucztowania z rodziną na tarasie ;)
      P.S. Może słońce wypali mi ten pomysł z głowy wespół z blogującymi Koleżankami...

      Usuń
  2. No to już nie wiem, bo ja prawie co dzień co innego.
    Dziś np. 2 pstrągi saute z teflonowej patelki z kroplą oliwy bazyliowej i dużą ilością soku z cytryny.
    Aha, całą noc przemyśliwały zalane maślanką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo zdrowo MasterChefowo! To się nazywa kreatywne śniadanie! :)

      Usuń
  3. No to ja wreszcie rozumiem dlaczego mieszkająca swego czasu w Paryżu Bee nigdy nie była skłonna/chętna do spotkania się przed godzinami wczesno-popołudniowymi...Cudowny wpis i przy okazji kolejna internetowa lekcja "Sztuki życia", którą od Ciebie od jakiegoś czasu pobieram. Od jutra postaram się żuć powoli i już zawczasu rozłożę ostatnio zakupiony album z malarstwem Modiglianiego do przeglądania...i pozostanę przy mojej kawie w wielkim kubku, tartinkach z konfiturą z fig na czarnym chlebie (w Paryżu nazywanym niemieckim). Szkoda tylko, że nie mam tu tarasu, albo przynajmniej widnej kuchni! Croissants a kysz, strasznie dużo kalorii!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Holly, dziękuję za miłe słowa :) Zdradziłam swój poranny sekret, a niech tam! Jak minął ranek w towarzystwie Modiglianiego? Z Twoim temperamentem pochłonęłaś już pewnie lekturę, wypiłaś trzy kubki kawy i obleciałaś jakieś odlotowe miejsce na drugim końcu Paryża...

      Usuń












    2. no nie, no nie, holly, to jeszcze ci mało 'tarasów' wokół salonów osmanowskiej kamienicy ? Fiiigiii!









      Usuń
    3. Aleś się Waćpani rozparła! ;)

      Usuń
  4. Sorry, kilometrowe odstępy nie wiele mają wspólnego z moją codzienną/niecodzienną dietą :)

    OdpowiedzUsuń
  5. :D no masz ci los! Znaczy się, że musiałabym na głodzie ruszać w świat (patrz: punkt 4.). Mnie zbiło z pantałyku to kakao. Cedzone, w ładnym kubasku, gorące. Chciałam powiedzieć, że ono jest już daniem samo w sobie. Ale może się mylę, może coś jeszcze być do tego.
    Pszczółko, nie dziwota, że lubisz miód i kwiatki, słodycz i owoce.
    Ja się dziwię, że po tak pięknie, krzepiąco, niespiesznie i tanecznie rozpoczętym dniu nie masz ochoty na drzemkę na szezlongu. Nie masz? :)

    Chyba przemyślę przypadkowość moich śniadań.
    Ad vocem:
    maślankowe pstrągi i niemiecki chleb z figami!
    No, kurczę, ale ten mój "biały" ser też był smaczny...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry Tamaryszku! :) "Biały" na śniadanie to połączenie tradycji z oryginalnością! I widać nie przejadł Ci się w dzieciństwie...

      Bardzo przytomnie i delikatnie podniosłaś kwestię kaloryczności kakao i masz całkowitą rację - po wytrąbieniu zawartości takiego kubka, można przekopać ogródek, zmienić bieg rzeki, przenieść wieżowiec, żeby nie zasłaniał widoku... Ostatecznie poleżeć na kanapie (szezlong wciągam na listę zakupów) z męczącą książką. Ale spanie w dzień odpada. Pszczółki nie posiadają takiej zdolności :)

      Usuń
  6. Wbrew pozorom bardzo francuskie to Twoje śniadanie. Ostatnio organizując u siebie różne imprezy, które często kończą się ... śniadaniem, za każdym razem moi francuscy przyjaciele zaskakują mnie, kiedy pytam, czego sobie życzą na ten posiłek, odpowiadając "przecież zostało ciasto z wczoraj"! Twoje śniadanko wygląda smakowicie, ale ja po takiej dawce cukrów z rana, chyba bym chodziła senna cały dzień :) Choć nie powiem, ostatnio moim ulubionym początkiem dnia był jakiś owoc, a już najostatniej, czekają na mnie co rano pyszne, "polskie' kanapki przygotowane przez pana domu więc i ja zaczynam lubić śniadania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Imprezy, które kończą się ciastem na śniadanie... Brzmi doskonale, więc wpraszam się uprzejmie na jaką nocną gadaninę przy najbliższej bytności w P. :)
      Pozdrowienia dla Pana Domu Szalejącego w Kuchni i Pani Domu Wdzięcznie Konsumującej!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...