Polak drzewiej chłeptał zupę mleczną z makaronem (ach, te kożuchy zaplątane pomiędzy kolanka) albo babciną zacierkę (smaczniejsza wersja, choć równie nieodporna na ścinanie się mleka). Jeśli miało się w rodzinie rannego ptaszka, na stół wjeżdżały świeże bułeczki, obowiązkowo z wędliną, żółtym serem, ostatecznie "białym".
Obecnie niezdrowa przedwojenna tradycja walczy o lepsze z dietetyczną kartonową nowoczesnością. Bułki, szynki i kiełbachy, które mocno dzierżą rząd żołądków, kontra zdrowie i uroda (ponoć!), czyli musli z zimnym lub lekko podgrzanym mlekiem (żegnajcie kożuchy!), jogurty, owoce. Zresztą co ja tu będę generalizować. Nasz naród reguł nie lubi i je po prostu to, co mu w... lodówce gra.
Jako nieodrodna przedstawicielka nacji z fantazją chętnie zjem na śniadanie zupę z pokrzyw i kaczkę w buraczkach, jednak mam taką wersję menu, która zasługuje na miano ulubionej, powtarza się dość często i mieści w śniadaniowych standardach. Składa się z zielonej herbaty, kakao (z miodem lipowym, bo jakże by inaczej) i solidnej porcji szarlotki na kruchym cieście.
![]() |
Kakao (wyłącznie cedzone przez sitko) w sezonie letnim bywa wyparte przez mus truskawkowy, miseczkę borówek lub malin. |
Taki posiłek nie jest po japońsku zdrowy, ani po francusku skromny, ale po epikurejsku przyjemny. Przyjemność na śniadanie - to moje motto o poranku. Organizm (fuj, niesmaczne słowo), maszyneria (obrzydliwe!), bezbronne, kruche (jak ciasto) ciało, którym należy się opiekować, będzie wdzięczne i chętne do życia. Zresztą masło, brązowy cukier i pieczone owoce są pożywieniem naturalnym i jako takie źródłem energii (pozytywnej). Uff, trochę się zmęczyłam kuciem tej teorii i ustawianiem nawiasów :)
Kuję dalej, póki kakao gorące. Moje zasady epikurejsko-metafizycznego początku dnia:
1. Idealnie, gdy dzień zaczyna się wtedy, gdy dusza sama wraca z wędrówki po preriach (jak mawiają Indianie), bambusowych laskach lub francuskich parkach (jak twierdzą inni), a nie ściąga ją stamtąd w trybie pilnym budzik w telefonie.
2. Następnie ciało potrzebuje być napojone zieloną herbatą, a dusza przejrzeć ulubione albumy, jakieś Impresjoniści wokół Paryża, jakieś Sztuka życia w Prowansji, Japońskie ryciny i Secesje... Wszystko domaga się wdzięcznej uwagi, od rana, od zarania dnia (co było pierwsze - "rano" czy "zaranie"?)
3. Śniadanie nie musi być zdrowe, lekkie, dietetyczne, choć od biedy może. Ważne, by już sama myśl o nim smakowała, a zmaterializowane zapewniało takie doznania, by mieć ochotę na powtórkę menu jutro i pojutrze.
4. Ze śniadaniem nie wolno się śpieszyć. Jeśli nie ma wystarczająco dużo czasu na docenienie pokarmu i własnych myśli, lepiej darować sobie poranny posiłek i poczekać na rozkosze obiadu lub kolacji, a w głodnym międzyczasie skupić się na korzyściach minidiety (poczucie silnej, ba, żelaznej woli, panowania nad własnym życiem, kształtem ciała; takie tam dyktatorskie przyjemności).
5. Śniadanie (jak wszystko inne) winno posiadać walory estetyczne i artystyczne, czyli odbywać się w odpowiednich miejscach (pożądane - angielskie ogrody, ukwiecone tarasy, balkony na 50. piętrze; satysfakcjonujące - ulubione wnętrza z widokiem na ... ryciny z widokiem na ... ) Niezbędne do osiągnięcia pełni ukontentowania są ładne, oryginalne naczynia. (Temat wymaga osobnego rozwinięcia i chyba się doczeka.)
6. Towarzystwo mile widziane, choć nieobowiązkowe. Własne należy uważać za wystarczająco atrakcyjne (poranna afirmacja).
7. Dokonawszy ablucji i odziawszy się można po takim budującym poranku lecieć w świat.
Powinnam zaniechać ostatniej metafory, ale zasłaniając się lekkim zamroczeniem umysłu spowodowanym panującą w mieszkaniu od kilku tygodni temperaturą 30C, dodam, iż każdy początek dnia jest jak pełen sił i entuzjazmu młodzian idący za rękę ze szlachetną, wrażliwą dziewicą*. Oczywiście ku słońcu w zenicie. Warto od czasu do czasu się przyłączyć :)
* Atrybuty przypisano płciom przypadkowo, można zamienić.
Bee, witaj:) Noo:) Takie śniadanko, to rozumiem:) Dzięki wielkie za ten wpis - nastroił mnie bardzo pozytywnie, mimo, że pora raczej obiadowo - kolacyjna:) Teorie płciowo - narodowe jak najbardziej słuszne:) Cierpię, bo moje śniadania muszę przeżuwać w pośpiechu pomiędzy kolejnymi papierzyskami w ogólnie niekomfortowych warunkach.. Tylko weekendowe są fajne - z rodziną i jak jest odpowiednia pogoda to w plenerze tarasowym..
OdpowiedzUsuńPS. A co to za pomysły z zakończeniem pojawiania się w wirtualnej rzeczywistości? To jest bardzo zła idea:) Pozdrowienia serdeczne!
Dobry wieczór po poranku Anex :) Twoje cierpienia praco-śniadaniowe świadczą dobitnie o epikurejskiej chorobie... Musiałaś złapać bakcyla podczas ucztowania z rodziną na tarasie ;)
UsuńP.S. Może słońce wypali mi ten pomysł z głowy wespół z blogującymi Koleżankami...
No to już nie wiem, bo ja prawie co dzień co innego.
OdpowiedzUsuńDziś np. 2 pstrągi saute z teflonowej patelki z kroplą oliwy bazyliowej i dużą ilością soku z cytryny.
Aha, całą noc przemyśliwały zalane maślanką.
Bardzo zdrowo MasterChefowo! To się nazywa kreatywne śniadanie! :)
UsuńNo to ja wreszcie rozumiem dlaczego mieszkająca swego czasu w Paryżu Bee nigdy nie była skłonna/chętna do spotkania się przed godzinami wczesno-popołudniowymi...Cudowny wpis i przy okazji kolejna internetowa lekcja "Sztuki życia", którą od Ciebie od jakiegoś czasu pobieram. Od jutra postaram się żuć powoli i już zawczasu rozłożę ostatnio zakupiony album z malarstwem Modiglianiego do przeglądania...i pozostanę przy mojej kawie w wielkim kubku, tartinkach z konfiturą z fig na czarnym chlebie (w Paryżu nazywanym niemieckim). Szkoda tylko, że nie mam tu tarasu, albo przynajmniej widnej kuchni! Croissants a kysz, strasznie dużo kalorii!
OdpowiedzUsuńHolly, dziękuję za miłe słowa :) Zdradziłam swój poranny sekret, a niech tam! Jak minął ranek w towarzystwie Modiglianiego? Z Twoim temperamentem pochłonęłaś już pewnie lekturę, wypiłaś trzy kubki kawy i obleciałaś jakieś odlotowe miejsce na drugim końcu Paryża...
Usuń
Usuńno nie, no nie, holly, to jeszcze ci mało 'tarasów' wokół salonów osmanowskiej kamienicy ? Fiiigiii!
Aleś się Waćpani rozparła! ;)
UsuńSorry, kilometrowe odstępy nie wiele mają wspólnego z moją codzienną/niecodzienną dietą :)
OdpowiedzUsuń:D no masz ci los! Znaczy się, że musiałabym na głodzie ruszać w świat (patrz: punkt 4.). Mnie zbiło z pantałyku to kakao. Cedzone, w ładnym kubasku, gorące. Chciałam powiedzieć, że ono jest już daniem samo w sobie. Ale może się mylę, może coś jeszcze być do tego.
OdpowiedzUsuńPszczółko, nie dziwota, że lubisz miód i kwiatki, słodycz i owoce.
Ja się dziwię, że po tak pięknie, krzepiąco, niespiesznie i tanecznie rozpoczętym dniu nie masz ochoty na drzemkę na szezlongu. Nie masz? :)
Chyba przemyślę przypadkowość moich śniadań.
Ad vocem:
maślankowe pstrągi i niemiecki chleb z figami!
No, kurczę, ale ten mój "biały" ser też był smaczny...;)
Dzień dobry Tamaryszku! :) "Biały" na śniadanie to połączenie tradycji z oryginalnością! I widać nie przejadł Ci się w dzieciństwie...
UsuńBardzo przytomnie i delikatnie podniosłaś kwestię kaloryczności kakao i masz całkowitą rację - po wytrąbieniu zawartości takiego kubka, można przekopać ogródek, zmienić bieg rzeki, przenieść wieżowiec, żeby nie zasłaniał widoku... Ostatecznie poleżeć na kanapie (szezlong wciągam na listę zakupów) z męczącą książką. Ale spanie w dzień odpada. Pszczółki nie posiadają takiej zdolności :)
Wbrew pozorom bardzo francuskie to Twoje śniadanie. Ostatnio organizując u siebie różne imprezy, które często kończą się ... śniadaniem, za każdym razem moi francuscy przyjaciele zaskakują mnie, kiedy pytam, czego sobie życzą na ten posiłek, odpowiadając "przecież zostało ciasto z wczoraj"! Twoje śniadanko wygląda smakowicie, ale ja po takiej dawce cukrów z rana, chyba bym chodziła senna cały dzień :) Choć nie powiem, ostatnio moim ulubionym początkiem dnia był jakiś owoc, a już najostatniej, czekają na mnie co rano pyszne, "polskie' kanapki przygotowane przez pana domu więc i ja zaczynam lubić śniadania :)
OdpowiedzUsuńImprezy, które kończą się ciastem na śniadanie... Brzmi doskonale, więc wpraszam się uprzejmie na jaką nocną gadaninę przy najbliższej bytności w P. :)
UsuńPozdrowienia dla Pana Domu Szalejącego w Kuchni i Pani Domu Wdzięcznie Konsumującej!