sobota, 17 grudnia 2011

Mont-Saint-Michel

Zdjęcie pożyczyłam z internetu, na moim było ładniejsze niebo, słabsza reszta, ale też nie zadałam sobie trudu stosownego oddalenia się od obiektu, jak autor powyższego :(
To trzeba zobaczyć. Przynajmniej raz w życiu. Tak uważa przyjaciółka ma Beta oraz 120 milionów Japończyków. Japończyk ma we Francji dwa cele - wieżę Eiffla i Mont-Saint-Michel. Codziennie o świcie z Paryża wyrusza w stronę Normandii kilkanaście autokarów wypełnionych Japończykami. Benedyktyńskie opactwo ma naprawdę genialne publicity w Kraju Producenta Bravii. Trafiło na podatny grunt - ten naród uwielbia turystykę świątynną i baśniowe klimaty, a Mont-Saint-Michel łączy w sobie oba zjawiska.

Beta zadbała o reklamę w Europie Środkowej ;)
Jechaliśmy od strony Rennes. Bretania żegnała nas deszczem, Normandia powitała bladym błękitem. Klasztor wybudowany na szczycie skalistej wysepki, połączonej z lądem groblą, widać z odległości kilkunastu kilometrów i jest to obraz wywołujący przemarsz mrówek po kręgosłupie, wart trzynastogodzinnego lotu z innego kontynentu. Wraz z położonym u stóp miasteczkiem wygląda jak nienaturalnych rozmiarów grzyb, który wyrósł na plaży, w dodatku do góry nogami... nogą. To wertykalna przygoda dla oka pośrodku płaskiego horyzontu. Połączenie pięknego kaprysu przyrody z wyobraźnią, inteligencją i uporem człowieka.

Samochód zostawiliśmy na parkingu poniżej grobli, otrzymaliśmy karteczkę z ostrzeżeniem, że należy go stamtąd zabrać do godziny 19, w przeciwnym razie dotkliwie doświadczy niezwykłego zjawiska przypływów w Zatoce Mont-Saint-Michel.

Tylu Japończyków, co w uliczce prowadzącej do bram opactwa, widywaliśmy naraz tylko w Japonii. Japońskie studentki, małżeństwa z dziećmi, emerytki. Z rana było pewnie jeszcze więcej, ale autokary uwiozły ich z powrotem do stolicy, gdzie rozejdą się po znacznie szerszym obszarze i będą sprawiać wrażenie, że z powodu kryzysu zaniechali turystyki.

W sklepach z pamiątkami pracują Japonki, jedna z nich zdradziła, że przyjeżdża tu na weekendy z Paryża, żeby obsługiwać rodaków. Napisy informowały o możliwości przesłania zakupionych dóbr bezpośrednio ze sklepu do Kraju Trzęsącej Się Ziemi. Frontem do klienta nielubiącego dźwigać ciężkich toreb. W restauracjach, dwóch małych muzeach, klasztorze atakowały napisy w języku japońskim, co stanowiło frajdę dla Spidera, który z zapałem je literował i tak się zapędził w odświeżaniu hiragany, że prawie wziął japońskiego audiogajda.

W klasztorze trafiło nam się jak ślepym kurom ziarnko (pardon, Spiderku) - oprowadzanie w języku angielskim tylko dla nas dwojga (zalety listopadowej turystyki). Nasza przewodniczka - starsza, postawna Francuzka w adidasach i obszernej kurtce przeciwdeszczowej - odznaczała się dużą wiedzą, jeszcze większą pewnością siebie i niewielką tolerancją na hałasy. Przeszkadzały jej wszelkie odgłosy zewnętrzne, może poza skrzeczeniem mew, w każdym razie tego ostatniego nie skomentowała. Wykorzystując pozycję "gospodyni" kategorycznym "SZSZSZZZZZ!!!" uciszała wszystkich przeszkadzających jej w wykonywaniu pracy - głośniej rozmawiających, zwyczajnie mówiących, śmiejących się, tupiących obcasami (What a noisy shoes!), robiących zdjęcia z trzaskiem flesza, Japończyków, Francuzów (French groups are the worst!), dzieci, ludzi w sile wieku i staruszków. Sama przy tym perorowała tak donośnie, że słyszał ją Archanioł Michał na szczycie klasztornej wieży.

Jej asertywność wprawiała nas w lekkie zakłopotanie, gdyż upominani taksowali nas badawczymi spojrzeniami, czyśmy przypadkiem nie księstwem Yale w trakcie prywatnej tury.

Dla swojej dwuosobowej grupy przewodniczka była miła i troskliwa niczym kwoka dla kurczątek (wytrzymajcie jeszcze chwilę w szponach drobiowej metaforyki;), ostrzegała przed zdradzieckimi progami i schodami, dzieliła się szczodrze wiedzą, sprawdzała stan naszej odpytując, które sale są romańskie, które gotyckie, które mieszane i w jakich proporcjach. Po tej wizycie jesteśmy ekspertami od obu stylów.

Nie widzieliśmy, niestety, przypływu, gdyż poranny był zbyt rano, a wieczorny zbyt po ciemku. Musimy w związku z tym wrócić do Mont-Saint-Michel.


6 komentarzy:

  1. Witajcie, a czy to przypadkiem ten słynny klasztor do którego czasem nawet parę miesięcy w roku nie ma dostępu przez wodę? Chyba, że nasze informacje podczas docierania z dalekiego zachodu uległy znacznemu zniekształcenia i zamiast nocnych przypływów powstały półroczne ;) Pozdrawiamy M i A

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetną sprawą jest spędzenie wieczoru w Mont St. Michel. Wyspeka jest ładnie podświetlona (co widać zresztą również na Twoim zdjęciu) i kręcenie się po niej po zmroku to prawdziwa frajda. Naprawdę nietrudno uwierzyć wtedy w duchy ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. MiA, to z pewnością nie ten klasztor :), ale zadaliście mi klina i z uporem maniaka usiłuję sobie przypomnieć, do którego miejsca na świecie szerokim nie ma dostępu lądem przez kilka miesięcy... Gdzieś, coś było... Uściski. BiS
    A tutaj info o przypływach http://www.ot-montsaintmichel.com/en/maree-montsaintmichel-december2011.htm

    OdpowiedzUsuń
  4. Katasiu, ciekawe, że wspomniałaś o duchach... Gdy o zmroku kręciliśmy się po miasteczku i śmignęła nad nami chmara jaskółek, potem gile, rozmawialiśmy o tym, że na średniowiecznych obrazach ptaki często symbolizowały dusze zmarłych i być może te tutaj, to dawni pielgrzymi wracający do ziemskiego Raju, za jaki niegdyś uważano opactwo... Pozdrawiam z coraz zimniejszego Paryża

    OdpowiedzUsuń
  5. Patrz miła moja obserwatorko ptaków, rok minął...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeleciał jak stadko kolibrów wmieszane w chmarę wróbelków...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...