czwartek, 10 marca 2011

Dzień w Harajuku, cz. II

No to lecimy dalej. I trafiamy na targ rzeczy używanych - ubrań, butów, torebek, drobiazgów.


Sprzedający to w większości młodzi modnisie, którym ubrania nie mieszczą się już w szafach lub przestały się z różnych przyczyn podobać. Rozkładają je na płachtach z kolorowego tworzywa, kocach i czekają na klientów - strojnisiów, którym zostało jeszcze trochę miejsca w garderobach.



Za jeno-grosze można tu zakupić T-shirty i sweterki znanych firm. Atmosfera po japońsku przyjemna – ciekawie, życzliwie i spokojnie. Handel o cechach raczej towarzysko-rozrywkowych, niż nastawiony na zysk.

Na zdjęciu poniżej pan w różowo-żółtej bluzie usiłuje przekonać panią w czerwonym berecie, żeby sprzedała mu to krwiste nakrycie głowy. Do transakcji nie doszło.


Jak zwykle przy okazji większych zbiorowisk ludzkich, i w parku Yoyogi nie mogło zabraknąć straganów z popularnymi potrawami jak ramen ...


... yakisoba (makaron z warzywami i sosem sojowym) czy okonomiyaki (rodzaj naleśników). Zdjęcie ramenu zamieszczam, coby zaostrzyć apetyty Czytelników na relację poświęconą japońskiej kuchni.

Rzut oka na bar pod chmurką od przodu i od zaplecza:



Pracownikom polskich sanepidów wypadłyby włosy (ze zgrozy) i języki (z obrzydzenia) na taki widok. Następnie odgrodziliby jadłodajnie od konsumentów kordonem wojska i policji. W Kraju Uwielbiających Jadać na Mieście (cecha wspólna Japończyków i Francuzów) swojski bałagan i brak bieżącej wody nikomu nie przeszkadza. Pomimo tych ostatnich jedzenie przyrządzane jest z zachowaniem podstawowych zasad higieny i nie słyszy się o zatruciach pokarmowych.

Wracamy do punktu wyjścia, czyli stacji Harajuku i odbijamy na lewo. Na spacer wzdłuż Omotesando - głównej ulicy handlowej, określanej niekiedy, chyba głównie przez autorów przewodników, tokijskim Champs Elysees. Pewnie dlatego, że pod górkę, wysadzana drzewami i ekskluzywnymi butikami.


W galerii handlowej Omotesando Hills u stóp choinki przystrojonej kryształkami Swarovskiego (akcja toczy się pod koniec listopada, bożonarodzeniowa komercja w pełni rozkwitu, każda większa galeria handlowa w Tokio usiłuje przyciągnąć klientów wyrafinowanymi dekoracjami i zapierającymi dech iluminacjami) oglądamy zadziwiające torty przygotowane przez szefów cukierników z restauracji tutejszych ekskluzywnych hoteli. Wszystkie elementy składowe - stojące, siedzące, leżące - wykonano wyłącznie z materiałów jadalnych.



Jeszcze rzut oka na dom towarowy Louisa Vuittona, zaprojektowany przez japońskiego architekta Juna Aokiego tak, aby przypominał składowane jedne na drugich walizki i kufry podróżne, które rozsławiły firmę w początkach działalności.


Bee postanowiła obejrzeć wnętrza, Spider zadowolił się ławeczką na zewnątrz, gdyż z zasady unika takich przybytków luksusu. W środku gra światła filtrowanego przez wzory na oknach, liczne lustra, nietypowe podziały poziomów, ścianki wyrastające w dziwnych miejscach dostarczały niezwykłych wrażeń wprawiając oczy w pląs, mózg w dezorientację. Ten ostatni pracował na wysokich obrotach: Hmm... jak zrobię krok w tę stronę, to wejdę w lustro czy spadnę ze schodków... lepiej wyciągnijmy dyskretnie rękę i pomacajmy.

Należy podkreślić, iż sympatyczna ekipa japońskich sprzedawców i ochroniarzy odbiegała znacznie od francuskich odpowiedników, które nader często są bardziej nadęte od dyrektora artystycznego, prezesa grupy kapitałowej i głównych udziałowców razem wziętych;)

Ciąg dalszy nastąpi, gdyż Harajuku to dzielnica, która ma wiele do zaoferowania.

2 komentarze:

  1. Bee wspaniała relacja!
    Ja myślę, że mnie zdecydowanie bardziej spodobałby się targ na Harajaku niż ten dom towarowy Louisa Vuittona ;) Wygląda na to że, jego projektant bardzo poważnie potraktował swoją inspirację stosem walizek, skoro mówisz, że ciężko było odnaleźć się w środku :P

    Interesujące także było porównanie japońskich sprzedawców do francuskich. Ja we Francji byłam tylko chwilunię, dosłownie przelotem a mimo to atmosferę nadęcia wyczułam od razu. Sytuacja była taka: kolega odsypiał w śpiworze ciężką podróż, leżąc na ziemi w pobliżu plaży w Cannes. Obok przechodziła Pańcia z pudelkiem. Ku naszemu zdumieniu pudelek bezceremonialnie obsikał śpiwór kolegi! Na co kolega zwrócił Pańci uwagę, jednak tak nie uznała tego faktu i z podniesionym nosem i coraz wyższym głosikiem ofukała kolegę... OMG! To trzeba mieć tupet ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oooo jak fajnie, mam w końcu komentarz!!! Dzięki Karalajno :D Stawiam zieloną herbatę w najładniejszym z moich czajniczków :) Przygoda z francuskim pieskiem i jej wysokością pańcią jest tragi-komiczna. We Francji wyjątkowo dużo balonów rozkochanych we własnych kształtach i kolorach unosi się nad matką-ziemią...

    Słyszałaś, co się wydarzyło w naszym ulubionym kraju?? Straszne :((

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...