czwartek, 27 stycznia 2011

Jak zdobywano Moneta

16 stycznia 2011, niedziela
Pamiętny dzień, w którym zdobyłam przy znacznym wsparciu mężowskim obleganą od dwóch miesięcy twierdzę Grand Palais, czyli udało się wejść na wystawę Moneta. Przypuszczaliśmy atak wielokrotnie, lecz za każdym razem widząc długą, nabitą kolejkę traciliśmy ducha bojowego. Niestety, z upływem czasu i ociepleniem liczba chętnych zamiast maleć - rosła. Paryżanie to kulturalny naród. Tłumnie odwiedzają wystawy, wykupują bilety do opery, teatru, w weekendy kolejki wiją się przed kinami. Prowincjusze, czyli cała reszta Francji, zwabieni skuteczną reklamą, także pielgrzymowali do św. Clauda. I turyści nie pogardzili sławnym impresjonistą.

Wbrew składanym sobie nawzajem przyrzeczeniom i zapewnieniom, iż wstaniemy skoro świt i łamiąc przepisy drogowe dotyczące ograniczeń prędkości popędzimy do Paryża i będziemy pierwsi w kolejce lub co najmniej w pierwszej dziesiątce – nadludzkim wysiłkiem woli wyjechaliśmy o 11.20. Gdy dotarliśmy pod G Palais, "ogonek" sięgał napisu głoszącego „6 godzin oczekiwania”. Spider przeliterował, upewnił się, że dobrze zrozumiał francuską mowę, po czym nadął się jak balon.
- Chyba nie będziemy stać TYLE GODZIN!!! Przecież my wejdziemy o 18!!! Przyjedziesz sobie w tygodniu…
- Zobaczmy chociaż, jak szybko będzie się przesuwać – bzyknęła nieśmiało Bee.
Okazało się, że przesuwa się wyjątkowo szybko. Niedzielni kolejkowicze nie pogodzili się z rolą potulnego stada owiec, zdanego na łaskę i niełaskę psów pasterskich w skórach-mundurach porządkowych. Przód kolejki groźnym beczeniem domagał się wpuszczania kolejnych osób, gdy ochrona zbyt długo się ociągała. Pomrukiem radości i oklaskami nagradzał aktywność na tym polu (pastwisku). Strażnicy okazali się żądni aplauzu, gdyż przepuszczali tych bez biletów na równi ze szczęśliwcami z uprzywilejowanej kolejki obok, którzy wykazali się refleksem i przezornością i kilka miesięcy wcześniej dokonali rezerwacji internetowej na określone godziny. (Bee wpadła na ten pomysł w grudniu, kiedy jedynymi wolnymi terminami były godzina trzecia i czwarta pewnej styczniowej nocy. Kuratorzy postanowili bowiem udostępnić ekspozycję opieszałym i źle zorganizowanym w dwie ostatnie noce jej wiszenia w Grand Palais).
Sądzę, iż pobiliśmy rekord w paryskim domuzealnym kolejkownictwie pokonując dystans sześciu godzin w dwie.
Czas oczekiwania nie musi być czasem straconym. Można go zagospodarować na mnóstwo sposobów. Najpopularniejsze jest czytanie książek i gazet, można baaardzo dokładnie obejrzeć detale fasady pałacowej, podziwiać zmieniające się kolory nieba (wzorem impresjonistów), obserwować towarzyszy niedoli lub gołębie, pisać smsy, wydzwaniać do znajomych, podsłuchiwać wydzwaniających, liczyć, ile jeszcze osób jest przed nami, patrzeć co minutę na zegarek.
Wszystkim zaś „umilał” czas klarnecista z wyboru, bo na pewno nie z wykształcenia. Ten sam, który pół roku wcześniej grał na nerwach kolejki do retrospektywy Yves`a Saint Laurenta w Petit Palais. Trzeba przyznać, że opanował najlepszy rewir. Monety ;) wpadały mu do chustki co kilka minut. Kolejni ofiarodawcy prawdopodobnie liczyli na to, że nazbierał już wystarczająco dużo, aby udać się na obfity, długi lunch. Wyraźnie jednak nie był głodny lub zbierał na lepszą restaurację.


Na przedostatniej prostej Spider zaczął się droczyć:
- Ty sobie wejdziesz, a ja poczekam w kawiarni. Co mnie obchodzą jakieś obrazy? Wolę kupić olej do silnika…
A po chwili, widocznie zainspirowany nagłą zmianą podkładu muzycznego z klasycznego w jazzowy:
- Jak ze mną zatańczysz, to wejdę.
Cóż było robić. Odtańczyliśmy kilka taktów z obrotem, dostaliśmy brawa i Spider obejrzał Moneta.
Dziesiątki obrazów wypożyczonych z muzeów całego świata z USA, Anglii, Australii, Szwajcarii, Niemiec, Rosji. Paryskim kuratorom się nie odmawia. (Ile jeszcze będzie tych sal?? - pytał umęczony).
Ach, te kolory, światło, przestrzeń… Niewinność, sielskość i melancholia XIX wieku…
Monet był niezwykłym malarzem i niezwykłym facetem - wrażliwym na piękno świata, szczególnie przyrody.
Uwielbiam (i tu zaprezentuję porządek, który nie idzie w parze z szaleństwem uwielbienia, natomiast sprzyja Czytelnikowi):
- idylliczne Śniadanie,
- wszystkie widoki z Argenteuil, na których słoneczne, błękitne niebo odbija się w wodzie,
- miękkość i bujność letniej łąki w Czerwonych makach w Argenteuil. Niech sobie krytykanci marudzą, że to jeden z najbardziej oklepanych obrazów malarza. Każdego, kto kocha lato, zaczaruje ta łąka. Pod warunkiem, że zobaczy ją w oryginale, znaczy na płótnie ;). No i wyjaśniło się - krytykanci zaliczają się do zim(n)olubnych lub widzieli Maki zreprodukowane :).
Właściwie powinniśmy przeprowadzić się do Argenteuil. To całkiem niedaleko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...