piątek, 29 sierpnia 2014

Prowansalskie rupiecie i antyki

Kiedyś w każdym miasteczku, w każdej wsi był sklep ze starociami... - westchnęła Dominique onego słonecznego, wiosennego dnia, gdyśmy wracały z domu aukcyjnego w Wersalu z oględzin antyków, które miały być licytowane nazajutrz. Wryło mi się w pamięć to zdanie, bo jakże utracić tak błogie wspomnienie, choć cudze.

Francuzi nadal kochają antyki, o czym świadczą hordy wyspecjalizowanych myśliwych na aukcjach w paryskim Drouot czy liczni łowcy-amatorzy na ulicznych targach i wyprzedażach. Małomiasteczkowe brocante`y jednak poznikały. Być może rację ma inna znajoma - Myrna, właścicielka paryskiej galerii specjalizującej się w sztuce Dalekiego Wschodu, która stwierdziła pewnego razu "młode pokolenie nie kolekcjonuje, ale dekoruje". Różnica zasadnicza. Kolekcja z definicji składa się z wielu artefaktów. Im jest liczniejsza, tym szczęśliwszy kolekcjoner i ciaśniejsze mieszkanie. Dekorowanie polega na ustawieniu dizajnerskiej, gigantycznej patery na stoliku do kawy.

Dlatego kiedy w mikroskopijnym Sault w promieniu pięćdziesięciu metrów doliczyłam się trzech brocante`ów, moje niedowierzanie sięgnęło szczytu pobliskiej góry Ventoux. Ukontentowanie deptało mu po piętach.
Skąd ta niespodziewana obfitość, ta rupieciarniana specjalizacja? Fragmenty odpowiedzi porozrzucane są na polach lawendy, na polu campingowym na wzgórzu górującym nad Sault, w restauracjach tłocznych w porze lunchu i jeszcze tłoczniejszych w porze kolacji. (No po prostu sporo turystów odwiedza dolinę w ciągu lata. :)





A propos myśliwych...
Przy tej okazji polecam "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Tokarczuk.


W tutejszych sklepach handluje się raczej "drobnicą" nadającą się na pamiątki z wakacji, do kuchni i na ciemny przedpokój, choć oczywiście możliwe jest wyłowienie perełki. Zresztą nurkowanie w wodach czasu jest przyjemnością samo w sobie.





Sympatyczny antykwariusz, którego większą połowę można zobaczyć dwa zdjęcia wyżej, wytłumaczył mi, że szklane flakony są w różnym wieku, natomiast etykiety pochodzą z przełomu 19. i 20. wieku z perfumiarskiego Grasse, gdzie przeważnie drukowano je w nadmiarze. Własnoręcznie je nalepił, osiągając uroczy efekt, ale jakby co, ma również w szufladzie do nabycia egzemplarze nietknięte klejem.
Po antyki z wysokiej półki należałoby udać się w sąsiednią dolinę do Isle sur Sorgue, cieszącego się sławą antykwarycznego zagłębia, gdzie gwiazdy i milionerzy, spędzający wakacje w Prowansji, nabywają kryształowe żyrandole, osiemnastowieczne lustra w bogato rzeźbionych ramach i misy z epoki Ming na orzeszki i chipsy.


Znacznie młodsza od Mingów porcelana kantońska

środa, 13 sierpnia 2014

Pocztówka z Carpentras

Niebo zmienia się gdzieś za Lyonem. Spod ufryzowanego w buńczuczne czuby i wojownicze pióropusze firmamentu Północy, ze skłonnościami do dramatycznych zwrotów akcji, gwałtownych i burzliwych rozwiązań wjeżdża się w krainę świetlistej łagodności przykrytą niebem w kolorze delikatnego błękitu (w głowie dźwięczy idealny angielski termin baby blue, baby blue...) urozmaiconego drobnymi, pierzastymi chmurkami. Barwy otoczenia stają się cieplejsze, roślinność spokojniejsza. Po kręgosłupie przebiega dreszczyk radości. To już! Południe!

Pierwszy przystanek w Prowansji - Carpentras. W drodze do lawendowego Sault zatrzymaliśmy się na spacer po tym wiekowym miasteczku, położonym 20 km na wschód od Awinionu. Cały pożądany zestaw prowansalskich dekoracji na powitanie. Wąskie uliczki, ciurkające fontanny, cieniste platany, spłukane słońcem beże i głębokie szafiry.
Wiekowe napisy na wyblakłej fasadzie. Nad domami najprawdziwszy baby blue.
Światło Południa przyłapane na gorącym uczynku
Katedra Saint Siffrein
Pod odpowiednim kątem, szczególnie w sąsiedztwie pastelowych murów kamienic czy budowli z kremowego piaskowca, niebo przybiera barwę czystego, intensywnego szafiru. Próżno wypatrywać takiego koloru w chłodniejszej strefie klimatycznej, nawet w najupalniejsze lato.


Obowiązkowa wieża zegarowa, tu schowana w podwórzu
Jak na Francję przystało - sztuka na ulicach
Pan: Wino jest najzdrowszym i najbardziej higienicznym napojem.
Pani: Jesteś pewny?
Wątroba: Nie jestem ;)
Z uporem graniczącym z obsesją od kilku lat fotografuję malownicze prowansalskie drzwi i bramy. Nie potrafię przejść obojętnie obok wiekowych portali i detali kamieniarskich, ekscytuję się na widok metalowych kołatek. Uzbierała się tego całkiem pokaźna kolekcja. W Carpentras natrafiłam na piękne okazy pamiętające 18. a nawet 17. wiek. Na wyciągnięcie ręki.
Puk-puk.







Czas jechać dalej.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Więcej lawendy

Gdy przychodzi emocjonująca pora decydowania o miejscu wakacji, Spider nie uczestniczy, gdyż jest mu to obojętne, gdyż "rób tak, żeby tobie było dobrze", gdyż o nadciekłości można myśleć w dowolnych okolicznościach przyrody... ;)
Deliberuję sama. Włochy. Tyle jeszcze wspaniałych kościołów i obrazów Madonn z dzieciątkami do zobaczenia w słonecznej Italii... Wybrzeże Amalfitańskie podobno zapiera dech... A jakby tak polecieć do Andaluzji. Sewilla, Grenada, koronkowe mauretańskie pałace i namiętne flamenco na pewno dostarczyłyby nowych wrażeń. Usiana antycznymi resztkami Grecja także wydaje się nie do pogardzenia...

Po czym kolejny raz lądujemy w Prowansji, ponieważ myśl o niej wciąż przyspiesza bicie mojego serca skuteczniej niż Wielki Zderzacz Hadronów cząstki.

Tym razem nie udaliśmy się prosto do ulubionego pensjonatu niedaleko Arles, ale zatrzymaliśmy się na kilka dni w okolicach miasteczka Sault, w regionie słynącym z pól lawendowych. Wbrew obawom, że przybędziemy wąchać zasuszone, brązowe badyle, połowa lipca okazała się idealnym czasem na oglądanie lawendy w górskiej dolinie departamentu Vaucluse.


Zamieszkaliśmy w klimatycznej i czystej jak łza (radości) posiadłości wiejskiej Bastide des B... W pokoju słonecznikowym z widokiem na kwitnące pole lawendy... (O, raju utracony! Odzyskam cię!:) Bastide należy do sympatycznych małżonków Claudine i Stephane. Prowadzą go wzorowo zdobywając nagrody i wyrazy uznania stowarzyszeń turystycznych oraz ukontentowanych letników. Przed laty zakupili zrujnowane gospodarstwo, które Stefan - złota rączka samodzielnie remontował przez cztery lata. Od ponad roku posiadłość jest wystawiona na sprzedaż. Właściciele chcą przejść na emeryturę, kupić dom w prowincjonalnym mieście w Maroku i tam dostatnio i spokojnie żyć. W salonie widziałam sporo albumów świadczących o ich fascynacji północną Afryką. Klaudyna powiedziała nam, że jej mąż pracował od czternastego roku życia, więc należy mu się godziwy odpoczynek. Ciekawie posłuchać o takich zamierzeniach. Polski emeryt może co najwyżej planować, w którym second handzie kupi kurtkę na zimę bądź w której ławce siądzie w kościele...

Bastide. Na drzewie drogowskaz do punktu zakupu miodu lawendowego w sąsiednim gospodarstwie. Mieliśmy okazję degustować podczas śniadań tenże miodek, jak również pomarańczowy oraz górski. Moim faworytem został górski, o wyrazistym, ostrym smaku. Lawendowy jest delikatniejszy i wydaje się słodszy.
Lawendowe zdjęcia będą wykazywać podobne cechy.
Kilka kilometrów za Sault w drodze do antycznego Vaison la Romaine natknęliśmy się na widok jak ze ślicznego obrazka w średnio ambitnej galerii. Zachwycający w naturze!


Położone na wzgórzu miasteczko Aurel z perspektywy lawendowego pola.



Plener malarski, prawdopodobnie amatorskiego koła emerytów, które w przerwach ucztowało i popijało wino.

Syrop lawendowy w cukierni mistrza nugatu Andre Boyer w Sault.
W sklepie ze starociami w Sault.
Tabliczka na ścianie domu.
Lawendynki do przytulania zimą.


Hmmm... ciekawe, gdzie pojedziemy za rok...

piątek, 1 sierpnia 2014

Z cyklu: Pogwarki małżeńskie. Fizyka słonecznika lub wakacje kriogenika, lub nie mogę się zdecydować na tytuł

Miejsce akcji: Prowansja. Wiadoma parka jedzie przez kwitnące pola słoneczników.

BEE: Tylko popatrz! Jakie piękne!! Prawda, że piękne???

SPIDER: Czy ja wiem...

BEE: Nie wstydź się przyznać, że ci się podobają (odrobina wakacyjnej psychoanalizy nie zaszkodzi;). Van Gogh kochał kwiaty, Monet, Wyspiański... Wspaniali artyści!

SPIDER: Zachwycali się kwiatkami, bo nie znali nadciekłości.

A Ten w kółko swoje.



środa, 23 lipca 2014

W krainie lawendy...

... jest tak lawendowo, że brak słów...










































To tylko skromna porcja tego, co się tam wyprawia i co przywiozłam. Cd. z pewnością nastąpi, gdyż żądza podzielenia się tym miodem lawendowym jest we mnie wielka :)

niedziela, 6 lipca 2014

Czy walczyć z owocówkami?

Doniczki naszych fikusów benjaminusów na kuchennym parapecie zostały skolonizowane przez muszki owocówki. Jako efekt uboczny produkcji wina domowego przez Spidera. Bee toczyła z nimi miesiącami nierówną walkę, a to wystawiając donice na balkon, a to owijając folią spożywczą. Innych sposobów eksterminacji nie będziemy przytaczać ze względu na wyjątkową drastyczność. Wszystkie okazały się nieskuteczne, a wręcz pobudzające muszą populację do wzrostu. Wreszcie okrutnica zaapelowała do w pewnym sensie inicjatora osadnictwa:

Czy mógłbyś coś z tym zrobić??? Bo ja się poddaję!!!

Na co wielbiciel wina owocowego odparł:

Nie ma sensu psuć sobie karmy. Jak każda cywilizacja i ta w końcu zaniknie samoistnie.

I miał rację.

wtorek, 1 lipca 2014

MUDAM, czyli LUX MUZEUM

Moja luksemburska przygoda ze sztuką współczesną zaczyna się nobliwie. Od wykonanych w drewnie portretów Wielkiego Księcia Jeana, patrona Muzeum, oraz jego małżonki Wielkiej Księżnej Józefiny-Charlotte`y wiszących w holu wejściowym.


Następnie otwiera się zalana naturalnym światłem, wymalowana światłocieniem, pełna niespodzianek przestrzeń budynku zaprojektowanego przez Ieoh Ming Pei`a, amerykańskiego architekta chińskiego pochodzenia, który jest również autorem szklanej piramidy na dziedzińcu Luwru.



Wypełniona czarnym atramentem fontanna. Hołd złożony literaturze przez artystkę, fotografkę i muzyczkę, urodzoną w Luksemburgu z chińsko-angielskich rodziców, wykształconą w Paryżu, Su-Mei Tse. Dzięki kuratorom za opis objaśniający dzieło! Gdyż nigdy bym nie wpadła, że czarna ciecz to atrament. Nasuwały się raczej ponure skojarzenia z końcem cywilizacji, a tu proszę - budująca afirmacja mowy, pisma, czasu i pamięci. Inna sprawa, że w oślepiającym słońcu i magicznym otoczeniu "koniec cywilizacji" nie przemawiał do wyobraźni...



Chwila wytchnienia dla oczu w półmroku strzelisto-koronkowej kapliczki:


Wim Delvoye "Kaplica"

Ulga jest chwilowa. Dopóki do mózgownicy wizytującej nie dotrze, że znalazła się w metalowej, pomalowanej na czarno kaplicy cmentarnej, gdzie kolorowe gotyckie witraże zastąpiły zmultiplikowane, artystycznie przetworzone rentgenowskie zdjęcia czaszek, kości i wnętrzności... Nie ma zmiłuj się. Piętro niżej udało się uniknąć końca świata, tu oglądam koniec człowieka, w każdym razie składającej się nań materii.

Tymczasem w sali stanowiącej przedsionek do ponurej kaplicy odbywały się warsztaty plastyczne dla dzieci, którym towarzyszył gwar, szczebiot, śmiechy... Na półkach w tymże pomieszczeniu leżały przeróżne, kolorowe pisma poświęcone sztuce współczesnej i nieznanym mi artystom, które można było przeglądać z ekscytacją odkrywcy... Najstosowniejszą puentą sytuacji wydaje się... "Hopla żyjemy! I już!" (za Michałem Bajorem i Jackiem Burasem, autorem tekstu).

Kolejne wstrzymujące oddech doświadczenie przestrzeni (odmiana muzealnej jogi) to wielka sala poświęcona dziełom austriackiego artysty Heimo Zoberniga. Zawieszone na ścianach płótna różnej wielkości o ograniczonej palecie barw, rozległa powierzchnia ze wszystkimi elementami architektury, światło igrające z kolorami i kształtami oraz pani pilnująca i jej krzesełko tworzą kapitalną kompozycję. Zmienne, tworzące się na oczach zwiedzającego monumentalne dzieło.



Następne pomieszczenie zagospodarowane przez Heimo Zoberniga, które na pierwszy rzut oka wygląda jak w trakcie zmiany ekspozycji i wywołuje reakcję: "O! Są półki i postumenty, a gdzie eksponaty?"


Drzemka w muzeum? Skąd ja to znam...?
(Spider może pozazdrościć wygód. On, bidulek, męczy się na plastikowych krzesełkach lub ławach bez oparć...)


Na zakończenie wizyty chwila relaksu (jakby było się czym zmęczyć!) w oryginalnej muzealnej kafeterii. Jasno, ciepło, cicho, pięknie, pusto, czyli... raj na ziemi.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...