Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyki. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 czerwca 2026

Brama Kluskowa

 

Rysunek piórkiem łączony z akwarelą. Przedstawia klimatyczny zaułek na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu - Bramę Kluskową, której łuk spina kościółek św. Idziego po lewej z Domem Kapituły Katedralnej po prawej.

Tajemniczej kluski (pośrodku nad Bramą) nie omija żadna szkolna wycieczka ani większość indywidualnych turystów. A jej obecność tłumaczy legenda o żonie biegłej w sztukach kulinarnych, małżonku doceniającym jej umiejętności oraz przekroczeniu z w/w powodów bram Hadesu. Prawie jak w przypadku Orfeusza i Eurydyki. Prawie. Opowieść w całości znajdziecie na Wikipedii.😊


Obrazek wykonany jest w spokojnych odcieniach niebieskości, co w połączeniu z bielą papieru i czarną kreską można odbierać jako czas zimy i chłodu, ale nie jest to jedyna i obowiązkowa interpretacja.

Brak sygnatury autora. Stan bardzo dobry.

Wymiary z ramą: 32 x 23 cm. Cena 110 zł plus koszt wysyłki.

https://www.instagram.com/antyki_cichezycie_wewnetrzu/

P.S. Zdjęcie poniżej z efektami specjalnymi, jakie można obserwować w naszym mieszkaniu w słoneczne dni, kiedy promienie przechodzące przez szklane elementy balustrady wędrują po ścianach i meblach pod postacią tęczowych kolorów.

 

środa, 27 maja 2026

Wdzięk art deco

Jak obiecałam, jako właścicielka sklepu z antykami nie odpuszczam...😉
Tym razem przedstawiam dzbanek i cukiernicę, które zakupiłam dawno temu na giełdzie w Paryżu, przywiozłam do Wrocławia i latami stały u nas na parapecie kuchennego okna, ciesząc oko swoimi pięknie zgeometryzowanymi artdecowskimi liniami. Prawdopodobnie jak niegdyś w jakiejś francuskiej serwantce, bo nic nie wskazuje na to, że były wykorzystywane do celów praktycznych.

Ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby to zmienić. Naczynia, również te stare i unikatowe, są po to, aby ich używać. Z odpowiednią dozą ostrożności i uważności.😊
 
Dla mnie przyszedl czas, żeby się z nimi rozstać, szukają miłego domu...
Pod zdjęciami przeklejam informacje z instagrama.






































Dzbanek do herbaty i cukiernica, wczesne art deco, sygnatura T.L.B. Limoges (Touze, Lemaître & Blancher) pochodzi z lat ok. 1918-1929. Bardzo zgrabna forma, geometryczne uchwyty, charakteru dodają kanelowania (żłobienia) w dolnej połowie naczyń i na pokrywkach. Niezwykle popularny w tamtym okresie motyw dekoracyjny - bukiet kwiatów w wazonie, również o uproszczonym rysunku.

Wysokość imbryka 23 cm, cukiernicy 17 cm.

Cena obu przedmiotów 220 zł. Cukiernica właściwie gratis, z powodu pęknięcia w górnej części uchwytu (widoczne na przedostatnim zdjęciu). Stan dzbanka bardzo dobry.

https://www.instagram.com/antyki_cichezycie_wewnetrzu/

sobota, 7 marca 2026

O antycznych marzeniach

Drodzy,

od lat o tym marzę, podejmowałam różne próby, prowadziłam przez jakiś czas stronę z antykami pod wdzięczną nazwą Galeria Benten, sprzedawałam grafiki i porcelanę na allegro, dwukrotnie miałam na oku idealne lokale na stacjonarny antykwariat na Starym Mieście we Wrocławiu. Niestety, właściciele nie byli zainteresowani ich zbyciem, lecz wynajmem. Jak pewnie się domyślacie, koszty najmu zdecydowanie przekraczały spodziewane zarobki ze sprzedaży antyków, gdyż nie jest to szczególnie intratny interes, jeśli nie handluje się malarstwem impresjonistów lub empirowymi meblami w centrum Paryża lub Londynu, raczej hobby i pasja.

Zatem cóż... z radością donoszę, że tym razem otworzyłam sklep z antykami i vintage`em na Instagramie. Gorąco zachęcam do oglądania piękności i oryginałów rodem z Japonii, Chin, Francji, Zachodnich Niemiec etc. Niekoniecznie na zakupy, chociaż jeśli coś wzbudzi w Was żądzę posiadania - czemu nie? :)

Adres na Insta to:

https://www.instagram.com/antyki_cichezycie_wewnetrzu/

Na zachętę wrzucam fotki moim zdaniem cud-wazonów z nadmienionych Niemiec Zachodnich. Gdyby nie fakt, że nie mam kompletnie przestrzeni, żeby "iść w vintage", za nic bym ich nie oddała. :)



środa, 29 maja 2024

Moje Kupidynki

Czy można było przejść obok nich obojętnie?




Te pozy, fryzury, twarzyczki... Jednemu włosy układają się w różki jak Mojżeszowi w licznych przedstawieniach, co oznaczało moce prorocze. Drugiemu oko uciekło na wysokość czubka nosa. Generalnie jak na barok przystało obaj mają rysy kupców w średnim wieku przedkładających wino nad wodę. Ten niesie gałązkę laurową niczym pułapkę do zarzucenia na upatrzoną ofiarę miłości. Ów gra prawdopodobnie na instrumencie muzycznym... (Sugestie, pomysły, konkrety względem identyfikacji - mile widziane.😊)

Nie jestem znawczynią kafelków z Delft, ale przeprowadzone post factum researchum zdaje się potwierdzać, że sprzedawca miał rację utrzymując, iż pochodzą z 17. wieku. Kafelki z motywem Amorków niosących atrybuty związane z miłością - łuki, strzały, wianki, ale również muzykujących, dokazujących, nawet siusiających wzorem młodocianego sąsiada z fontanny w Brukseli, stały się wówczas na tyle popularne, że znalazły swoje miejsce na jednym z piękniejszych obrazów Vermeera - Mleczarce. (Szukajcie, a znajdziecie.)





niedziela, 12 maja 2024

Antyki na wiosnę

Wiosennego Jarmarku Staroci i Osobliwości w Jeleniej Górze nie odpuszczam, nawet gdy wieje i leje, ale tym razem dopisała idealna pogoda. Antyków brak w nazwie, a to one przyciągają zapaleńców z całego regionu i wystawców z odległych krańców Polski. Osobliwości i kicz również dopisują - z upodobaniem oglądam.


Niekwestionowany antyk, parka putt zatroskana, czy utrzyma element architektoniczny, który się niestety zdezaktualizował



 Wypas w Rynku raczej słaby

Prawdopodobnie rodzeństwo zgodnie ziewające w muślinowej pościeli 





Giełda bez jelenia nie liczy się, zwłaszcza w Jeleniej :) 

Egzotyczne kraje i mity reprezentował chiński smok z ośmioma nieśmiertelnymi na grzbiecie

Od roku jarmark odbywa się nie tylko w ostatni weekend września, ale również kwietnia. Znowu napatrzyłam się wspaniałości i ciekawostek, porozmawiałam ze znajomymi handlarzami, podsłuchałam kilka przezabawnych dialogów. Ceramika z Dalekiego Wschodu okazała się towarem deficytowym, ale było trochę interesujacej secesji - piękny szklany wazon w rasowej metalowej oprawie, majolika z Karlsruhe, gigantyczna terakotowa dziewczyna o wijących się puklach z łabędziem 
(Leda?). Kafelki z Delft przedstawiające swawolne Kupidyny zauroczyły mnie na tyle, że kupiłam je do osobistej graciarni.




Odwiedziłam również BWA z wystawą pejzaży i portretów autorstwa Andrzeja Fogtta oraz galerię sztuki w Rynku, zaopatrzoną w znakomite dzieła współczesnego polskiego malarstwa, z których twórcami - A. Fałatem, J. Dobkowskim, F. Maśluszczakiem, wspomnianym A. Fogttem - właściciel galerii zaprzyjaźnił się lata temu podczas plenerów organizowanych w okolicach Jeleniej Góry.
Pogawędkę z sympatycznym panem galernikiem zostawiam sobie tradycyjnie na deser każdej giełdy.
Cudny to był dzień wśród ludzi i przedmiotów.

środa, 28 lutego 2024

O dziwności i uważności

Jakiś czas temu znajomy antykwariusz pokazał mi chiński zwój przedstawiający dwóch jeźdźców na koniach pędzących z napiętymi łukami za niewielkich rozmiarów stworzeniem. Zachwycaliśmy się elegancją i kunsztem malunku na papierze, mistrzowskim oddaniem ruchu oraz niezwykłą, wręcz brawurową kompozycją, bowiem ścigane zwierzątko umykało w prawy dolny róg, niemal na granicy papieru. Jedynie tożsamość stworzenia budziła wątpliwości... Ni pies, ni wydra czy raczej ni sarna, ni mysz... Nic się nie zgadzało w proporcjach. Deliberowaliśmy, że to może fantazja artysty, bo o nieudolności nie mogło być mowy, albo mityczny stwór, jak qilin, którego prezentowano z głową smoka, rogami jelenia, ognem lwa, rybimi łuskami na tułowiu... Qilina, feniksy, smoki widywałam jednak wielokrotnie na chińskich zwojach czy porcelanie, ową dziwną istotę po raz pierwszy...

Kilka dni później wychodząc od znajomych usłyszałam fragment piosenki nuconej przez ich córkę, uczennicę drugiej klasy podstawówki:
"Myszojeleń zagrożony wyginięciem,
 Myszojeleń najmniejszy przeżuwacz świata...
(...)
 Myszojeleń nie pomyl go przypadkiem z sarną."

Coś mnie tknęło... W domu natychmiast zarzuciłam sieci i... bingo!

Kanczyl srebrnogrzbiety zwany popularnie myszojeleniem to niewielki ssak występujący w Wietnamie, być może także w Kambodży i Laosie. Po 1990 roku uznany za wymarły gatunek, ponownie zaobserwowany w listopadzie 2019.

W czasie kiedy powstał malunek, kilka wieków temu, populacja kanczyli miała się zapewne lepiej i występowała również w Chinach, co najmniej południowo-wschodnich.
 
Tak właśnie bez większego wysiłku i szeroko zakrojonych poszukiwań zidentyfikowałam zagadkową istotę z antycznego zwoju. Sama do mnie przybiegła. :)
Czasami w przedziwny sposób wszystko się ze sobą łączy... Wystarczy patrzeć i słuchać. I jak tu nie być fanką uważności?


poniedziałek, 27 września 2021

Sezon na...

Doroczna giełda antyków i staroci w Jeleniej Górze, zwana oficjalnie Jeleniogórskim Jarmarkiem Staroci i Osobliwości, zaliczona. Targowisko gigantyczne, rozlewające się jak powódź stuleci po Rynku, ulicach i uliczkach, placach i placykach. Tysiące przedmiotów z francuskich pałaców, niemieckich kamienic, ze strychów i stodół, z magazynów Czerwonego Krzyża, z aukcji i wyprzedaży garażowych czekających na nowy dom i kolejnego właściciela. Wyzwanie dla oczu i układu nerwowego, aby w tym natłoku i obfitości wyłowić coś pięknego, intrygującego. Ogólne wrażenia niezwykle przyjemne dla miłośników czasu przeszłego. Ceny niezbyt przyjazne dla kieszeni. Pogoda wymarzona - ciepło, jesienno-słonecznie. Moją uwagę zwróciło kilka obiektów. Portret siedemnastowiecznej damy z kilkuletnią córką domalowaną później, nie dość umiejętnie, bo zachwiało kompozycją, ale też nadało obrazowi dziwnej dynamiki i ... życia. Niewielkich rozmiarów scena paryska, fragment stoiska bukinistów, dwie elegantki z lat 60., mężczyzna patrzący na Sekwanę, w tle skrzydło Luwru. Chińskie puzderko wykonane w technice emalii komórkowej z wdzięcznymi motywami kwiatów, prawdopodobnie z początków 20. wieku. Mini czajniczek, kilkadziesiąt lat starszy, również chiński, z popularną dekoracją mandarynów wśród róż i ptaków. Ceny wszystkich w/w prawie antykwaryczne (dla niewtajemniczonych - wysokie).

Jechałam do Jeleniej Góry z mocnym postanowieniem łapania okazji i trzymałam się go twardo... prawie do końca. Ostatecznie uległam paskudnemu mechanizmowi "przecież nie wrócę z pustymi rękami" i zdecydowałam się zakupić czajniczek. Jednak nim dotarłam do stoiska przy obwodnicy Rynku, sprzedawca zakończył działalność. Nie szkodzi. Dopadnę go na targu w Świdnicy w najbliższą niedzielę. Już nawet wiem od znajomego, gdzie zwykle rozkłada stolik. Wygląda na to, że po kilkuletnim zniechęceniu brakiem ciekawego "towaru", znużeniu powtarzalnością miejsc i twarzy, na skutek pandemicznego odwyku oraz pięknych nabytków z ostatnich miesięcy, nastąpiło przebudzenie entuzjastycznego świra giełdowego. Entuzjazm lubię w każdej postaci. :) 



poniedziałek, 6 czerwca 2016

Gdzie szukać księcia?

Znalazłam w końcu księcia na białym koniu. :) Na giełdzie antyków i staroci w Świdnicy. Marzenia pokoleń romantycznie usposobionych dziewcząt i kobiet o idealnym mężczyźnie oraz "długim i szczęśliwym" pożyciu odzwierciedlone w cudownie kiczowatym, przesłodkim wizerunku. (Zaczynam żałować, że go nie kupiłam...) Popatrzcie sobie, Dziewczyny, bo te rojenia są równie realistyczne jak sceneria w niżej zaprezentowanym dziele.



Na tym samym targu uwagę moją przyciągnął również obraz sygnowany przez, a jakże!, Siemiradzkiego. Nie dalej jak tydzień temu oglądałam wystawę artysty w krakowskich Sukiennicach, więc nawiązując do poprzedniego wątku, owo malowidło miało się tak do oryginalnych jak realny facet do tego z kobiecych marzeń...




"U źródła" Siemiradzkiego
Wybaczcie, Panowie, tę jawnie tendencyjną notkę. Jesteście pod wieloma względami OK, ale nie macie pojęcia, jakimi śpiącymi królewnami są Panie...

wtorek, 26 stycznia 2016

Przypadkowe wnioski

Ta notka już kiedyś była, bo generalnie wszystko już było, jednakowoż weszła ostatnio w kolizję z autorskim samokrytycyzmem i wyszła z niej... z pełniejszymi ustami i większym biustem, znaczy poprawiona. Na tyle znacząco, że uznałam za wartą przypomnienia.

*****


Można np. połączyć ze sobą dwa przypadkowe zdjęcia i zobaczyć, co z tego wyniknie. Na pierwszym pszczółki uwijają się nad chryzantemami w ogrodzie botanicznym korzystając z długiej, ciepłej jesieni. Jednak nawet w barwnych okolicznościach przyrody praca pozostaje pracą.

Na drugiej fotografii niby w kontrze, a może jednak nie, oglądamy wiosenną sielankę pasterskiego żywota. (Tacy z nich pasterze jak ze mnie pszczoła.) Para zakochanych kontempluje swoje szczęście w towarzystwie owieczki i kosza kwiatów. ( Jakby komu nie pasowało "towarzystwo kosza kwiatów", donoszę, że uważam, iż rośliny i przedmioty powinno się traktować podmiotowo... w pewnym sensie. :). Oboje prezentują się znakomicie w starannych fryzurach i uroczych strojach. On w różowym kubraczku, pasiastych spodniach za kolano i trzewikach z czerwoną kokardą; trudno nie docenić również nieskazitelnie białych rajtuz i falbanek u koszuli. Ona w kwiecistej spódnicy i szafirowej bluzce, z żółtym kapelusikiem leżącym na trawie. (Gdyby założyli blog modowy, zrobiliby furorę.)

Tymczasem wystarczy trochę powiercić w całym i we własnej mózgownicy, a spod tej z pozoru idyllicznej apoteozy miłości wychynie ambiwalencja i położy się cieniem... pszczoła. I tak dąb symbolizuje stałość, trwałość, siłę uczucia i mężczyzny, tu jednak drzewo jest młode, niepozorne i nie jedno (argumentów natury technologicznej nie przyjmuję do wiadomości :). Owieczka uosabia łagodność i łatwy łup, kwiaty - piękno, świeżość, lecz także przemijanie, wianek - niewinność, panieństwo, który to wianek młodzieniec wkłada dziewczynie na głowę... bądź zdejmuje. Dzida czy laska w ręku "pasterza"... hmm, nie mam pojęcia, co mogłaby oznaczać...

Wniosek wynikający z przypadkowego złożenia powyższych fotografii mógłby brzmieć następująco: Lepiej być pracowitym niż zakochanym. Albo: Każda miłość kończy się na ciężkiej pracy.

A może nie ma przypadków? Lub sami nadajemy im sens?
:))

środa, 21 października 2015

Jesienne przyjemności


W sobotę wyruszyliśmy na wieś do "moich stodół", jak określiła kiedyś to miejsce moja siostra. Oczywiście ani stodoły, ani siostra nie należą do mnie w dosłownym znaczeniu, lecz za sprawą afektu, jaki do nich żywię. :)
Chodzi o długi, obszerny, poniemiecki budynek folwarczny, w przeszłości służący jako stodoła lub obora i przynależący do pobliskiego pałacu, po którym nie zostało śladu, lub do bogatego rolnika, po którym również słuch dawno zaginął.
Obecnie budynek pełni funkcje składu antyków. Podzielony został na kilka pomieszczeń i wypełniony po brzegi rzeźbionymi kredensami, malowanymi szafami, eklektycznymi stołami. Na półkach pod ścianami zalegają ściśnięte rzędy zakurzonych obrazów w porysowanych ramach, przeważnie urokliwych kiczów, choć zdarzają się i przedstawiciele wysokiej sztuki. Pod sufitem wiszą dziesiątki lamp. Dominują smutne bezstylowce, ale trafiają się również secesyjne, rozłożyście kute w roślinne motywy oraz szlachetnie proste, połyskujące metalem i matowym szkłem artdecowskie cuda.


Ogarnia mnie przyjemna ekscytacja, mieszanka szaleństwa i błogości, kiedy wkraczam do tego pachnącego czasem świata i wędruję pomiędzy meblami, ścieżkami stylów i epok, w poszukiwaniu ... tego czegoś, do czego szybciej zabije serce. Nie przeszkadza mi nawet dojmujący zapach pleśni w jednym z pomieszczeń, choć w każdym innym miejscu przyprawia o mdłości. Oto siła miłości. :)


Tym razem nic interesującego nie uwiozłam stamtąd, choć wypatrzyłam piękny, secesyjny kredens. Okazał się sprzedany. Na szczęście, bo nie ustałabym w perswazjach, dopóki nie przekonałabym Spidera, że jest nam niezbędny, chociaż nie mamy gdzie go wstawić...

Spider i stodoły to całkiem inna historia... Przywiózł mnie, zajrzał na pięć minut, stwierdził jak zwykle, że dostaje uczulenia od tego kurzu i umknął do samochodu czytać książkę. Kiedy wróciłam po półtorej godzinie, spał. Nic dziwnego, skoro lektura nosiła tytuł Termodynamika procesów nieodwracalnych ;)

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na spacer po łąkach i lasach, żeby pokontemplować ciszę i urodę jesieni za miastem.
Kontemplacja wypadła bardzo satysfakcjonująco, co mam nadzieję choć trochę oddadzą zdjęcia.

 



środa, 9 września 2015

Na chmurce

Nie planowałam żadnych zakupów na czwartkowej giełdzie staroci. Choć na wszelki wypadek wieczór wcześniej wypłaciłam z bankomatu pieniądze... :)
Chciałam po prostu pochodzić, popatrzeć, spotkać się i pogawędzić ze znajomymi, zapaleńcami, szaleńcami, hobbystami. Chciałam również zajrzeć w czas przeszły, pooddychać powietrzem pachnącym innymi epokami, ponieważ takie powietrze działa na mnie jak świeża, morska bryza, pobudza, dodaje energii i sensu.

Dotarłam przed dziesiątą, targ okazał się spory, stoiska zajmowały dużą powierzchnię rozległego placu, choć znów odniosłam wrażenie, że sprzedający przeważali liczebnie nad kupującymi. Słońce mocno oświetlało piękno, szpetotę, wielorakość i mnogość.

Przywitałam się z bardzo miłym sprzedawcą z okolic Łodzi, u którego nabyłam w ubiegłym roku swój najładniejszy artdecowski pierścionek z błękitnym oczkiem. Nieco dalej skonstatowałam, że nowoczesny obraz wykonany ciekawą techniką, który oglądałam dwa miesiące wcześniej i zastanawiałam się nad zakupem na tyle poważnie, aby podjąć zakończone fiaskiem negocjacje, wciąż nie znalazł nabywcy. Obejrzałam go ponownie i nadal uważałam za dobry, ale obecnie trzymam się twardo faktu, że nie dysponuję pałacem z galerią, więc ograniczam apetyt do niezbędnego minimum.

Wędrowałam od stoiska do stoiska, nic szczególnie nie przykuwało mojej uwagi i wtedy zobaczyłam ją. Dziewczynkę z lutnią na chmurce. Od razu wiedziałam, że jest jedyna w swoim rodzaju. Z pięknem komunikuję się w pierwszej chwili na poziomie podświadomym, podprogowym, intuicyjnym. Nie analizuję, po prostu żywię niewzruszone przekonanie, że patrzę na coś wyjątkowego. Mam również pewność, że wspaniale byłoby posiadać taki nośnik piękna, wyzwalacz dobrych emocji w zasięgu wzroku i ręki na co dzień, nie poprzestając na mało szczegółowych obrazach z pamięci lub zapośredniczonych i spłaszczonych przez telefon. Niestety, cena okazała się zbyt wysoka jak na moje zasoby. Trudno. Poszłam dalej z myślą o majolikowej dziewczynce ... tłukącą się ... po głowie.

Przyciągnął moją atencję intrygujący obraz, pochodzący, jak utrzymywał handlarz, z Danii. Przedstawiał skuloną brązową postać pod drzewem po lewej oraz czarny kształt mężczyzny i kobietę ze snopkiem po prawej stronie płótna. Mężczyzna, podobnie jak człowiek pod drzewem, zasugerowany został jedynie kolorem, potraktowany umownie, kobieta nieco bardziej szczegółowo. W tle mienił się kolorami nieokreślony pejzaż (?), niebo (?), woda? Słoneczna żółć odbijała się w lazurze tej niby wody. Tematyka i warsztat artysty budziły mieszane uczucia, przyciągały i odpychały. Ostatecznie uznałam, że nie potrafię ocenić, czy zastosowana technika była świadomym wyborem malarza, czy koniecznością ukrywającą nieporadność. (Poza tym nie mam pałacu.:)

Zajrzałam do dziewczynki na moment, obejrzałam figurkę z dołu, z tyłu i od frontu. Sprzedawcy akurat nie było, kolega pilnował jego stołu. Poszłam dalej.

Zupełnie nieoczekiwanie u znanego od lat Pana N. znalazłam porzuconą gdzieś wśród metalowych rupieci na obrzeżach rozpostartych na ziemi płacht japońską tackę z laki z wymalowaną kwitnącą gałązką i unoszącym się nad nią ptakiem w locie. Zakupiłam, ponieważ była urokliwie pomyślana i nieźle zachowana jak na tego typu przedmioty, zazwyczaj mocno wytarte, wyblakłe, z uszkodzoną laką eksportową, pośledniejszego gatunku. Poza tym słabość do Dalekiego Wschodu nie pozwala mi przejść obojętnie obok przybyszów z tamtego rejonu świata.



Przed wyjściem, około godziny 13., kiedy część handlujących pakuje już swoje towary, musiałam jeszcze spojrzeć na dziewczynkę na chmurce... Do moich zachwytów dołączył sprzedawca i tak sobie gwarzyliśmy, jaka jest śliczna i ciekawa, i doskonale wykonana, sygnowana przez autora projektu, ale bez sygnatury wytwórni i, niestety, panu nie udało się znaleźć żadnych informacji na jej temat, ale wydaje mu się, że może pochodzić z Austrii. Do naszych zachwytów dołączyła sympatyczna pani, więc dalej wychwalaliśmy, jaka oryginalna, niepowtarzalna. Wtedy nagle sprzedawca wyszedł naprzeciw mojemu skrytemu pragnieniu i z własnej, nieprzymuszonej woli zaproponował cenę sporo niższą od wyjściowej. Takim sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką cudownej majolikowej figurki. Właściwie figuryny, ceramicznej rzeźby, gdyż jej gabaryty są pokaźne. Owiniętą w zakurzoną, szydełkową chustę pani hrabiny (która zwykła odwiedzać sklep sprzedawcy w Ostrowie Wlkp.) przytaszczyłam ją do domu, gdzie okazała się idealnie pasować do wnętrz i w innym oświetleniu objawiła dodatkowe (wewnętrzne;) piękno.

Więcej takich giełd, na których nie mam zamiaru nic kupować!!! :)))



P.S. Reakcja rodziny.
Radość dzielona z innymi rzekomo się mnoży, więc rozradowana wysłałam mmsa siostrze, która pozostała nieporuszona, aczkolwiek przychylnie zainteresowana, zagadnięty przez siostrę szwagier podobno uśmiechnął się bez przekonania, by nie rzec z politowaniem, tylko Niunia stwierdziła, że dziewczynka jej się podoba, bo ma ładną sukienkę, buciki i czapkę :))

Spider jest oczywiście zachwycony. Że zaczęłam zawalać podłogę, gdyż "figurka" nie zmieściła się na parapecie.

piątek, 29 sierpnia 2014

Prowansalskie rupiecie i antyki

Kiedyś w każdym miasteczku, w każdej wsi był sklep ze starociami... - westchnęła Dominique onego słonecznego, wiosennego dnia, gdyśmy wracały z domu aukcyjnego w Wersalu z oględzin antyków, które miały być licytowane nazajutrz. Wryło mi się w pamięć to zdanie, bo jakże utracić tak błogie wspomnienie, choć cudze.

Francuzi nadal kochają antyki, o czym świadczą hordy wyspecjalizowanych myśliwych na aukcjach w paryskim Drouot czy liczni łowcy-amatorzy na ulicznych targach i wyprzedażach. Małomiasteczkowe brocante`y jednak poznikały. Być może rację ma inna znajoma - Myrna, właścicielka paryskiej galerii specjalizującej się w sztuce Dalekiego Wschodu, która stwierdziła pewnego razu "młode pokolenie nie kolekcjonuje, ale dekoruje". Różnica zasadnicza. Kolekcja z definicji składa się z wielu artefaktów. Im jest liczniejsza, tym szczęśliwszy kolekcjoner i ciaśniejsze mieszkanie. Dekorowanie polega na ustawieniu dizajnerskiej, gigantycznej patery na stoliku do kawy.

Dlatego kiedy w mikroskopijnym Sault w promieniu pięćdziesięciu metrów doliczyłam się trzech brocante`ów, moje niedowierzanie sięgnęło szczytu pobliskiej góry Ventoux. Ukontentowanie deptało mu po piętach.
Skąd ta niespodziewana obfitość, ta rupieciarniana specjalizacja? Fragmenty odpowiedzi porozrzucane są na polach lawendy, na polu campingowym na wzgórzu górującym nad Sault, w restauracjach tłocznych w porze lunchu i jeszcze tłoczniejszych w porze kolacji. (No po prostu sporo turystów odwiedza dolinę w ciągu lata. :)





A propos myśliwych...
Przy tej okazji polecam "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Tokarczuk.


W tutejszych sklepach handluje się raczej "drobnicą" nadającą się na pamiątki z wakacji, do kuchni i na ciemny przedpokój, choć oczywiście możliwe jest wyłowienie perełki. Zresztą nurkowanie w wodach czasu jest przyjemnością samo w sobie.





Sympatyczny antykwariusz, którego większą połowę można zobaczyć dwa zdjęcia wyżej, wytłumaczył mi, że szklane flakony są w różnym wieku, natomiast etykiety pochodzą z przełomu 19. i 20. wieku z perfumiarskiego Grasse, gdzie przeważnie drukowano je w nadmiarze. Własnoręcznie je nalepił, osiągając uroczy efekt, ale jakby co, ma również w szufladzie do nabycia egzemplarze nietknięte klejem.
Po antyki z wysokiej półki należałoby udać się w sąsiednią dolinę do Isle sur Sorgue, cieszącego się sławą antykwarycznego zagłębia, gdzie gwiazdy i milionerzy, spędzający wakacje w Prowansji, nabywają kryształowe żyrandole, osiemnastowieczne lustra w bogato rzeźbionych ramach i misy z epoki Ming na orzeszki i chipsy.


Znacznie młodsza od Mingów porcelana kantońska

czwartek, 12 czerwca 2014

W krainie kiczu

W ubiegłą niedzielę około godziny dziesiątej znów wylądowałam pod młynem.
Pomimo Zielonych Świątek handel kwitł w najlepsze, choć podobno lekko zmrożony przez pojawienie się ... pracowników urzędu skarbowego. Na własne oczy ich nie widziałam, opieram się na relacji pana, u którego zawsze kupujemy jajka oraz czasami mleko (które, potrafi skwasić się jeszcze tego samego dnia, co jest cechą cudownie naturalną, niezbyt pożądaną jednakże przez obywatela dwudziestego pierwszego wieku, gdy ma akurat ochotę na kakałko (kakaoko?)). Stop dygresjom!

Kupujących było tym razem mniej, czy to z powodu palącego słońca, czy świąt. W każdym razie znajomy kolekcjoner, inni kolekcjonerzy oraz wszelkiej maści handlarze staroci dotarli na pewno przede mną. Niczego nie upolowałam, ale pełnej rekompensaty dostarczyło mi oglądanie wspaniałości kiczu, który znów obrodził.

Chiński szczęśliwy zestaw do ustawienia na kominku lub w centralnym punkcie salonu. Goście oniemieliby z wrażenia, niektórych może nawet trzeba byłoby cucić. Pośrodku posążek bogini miłosierdzia i współczucia Guanyin zasiadającej na rybie (uratowała życie pewnej ryby - syna Króla Smoka, ale to dłuższa opowieść; chińscy rybacy modlili się do niej o szczęśliwy powrót). Bogini towarzyszą uczniowie, pomocnicy, dziewczynka i chłopiec zasiadający na mitycznym stworze - qilinie. Zwykle chłopiec na qilinie uosabiał życzenie szlachetnego, uczonego potomstwa, które zapewni rodzicom dostatnią i dumną starość. Znawcy by trzeba, żeby się w tym zamieszaniu mitów i symboli rozeznać... Tak czy inaczej - komplet idealny dla rodzin z dziećmi :)



Korowodu ślicznotek w słodkim anturażu ciąg dalszy. Tym razem cud-dziewica, drzemiąca na szezlongu prawdopodobnie nad romansem, której roi się we śnie zaślubienie cud-kawalera. U jej stóp siedzi Amor z kołczanem i strzałą, a chmara skrzydlatych chłopców niesie stosowne atrybuty - obrączkę, welon, wianek, bukiet, suknię ślubną, biżuterię. Twórca dzieła nie zapomniał o niczym. Para malców za stolikiem najprawdopodobniej studiuje intercyzę...



A teraz małe ćwiczenie dla szyjnego odcinka kręgosłupa, wskazane dla dotlenienia mózgu. Tak wiem, że macie dotlenione, ale nie potrafię obrócić tego zdjęcia. Obraz stał pionowo przy samochodzie i tak go sfotografowałam. Na drugi raz przestawię obraz ;)



Dzieło odznacza się niezwykle żywą kolorystyką, zastosowano prawdopodobnie technikę oleodruku na papierze, być może pochodzi już z czasów powojennych. Przedstawia roześmiane piękne dziewczęta w zwiewnych strojach i w uroczych okolicznościach przyrody, obowiązkowe sarenki i róże, pojawia się również mandolina. Mityczne nimfy i Diana w wersji sentymentalno-lukrowanej.

Na zakończenie mniej słodyczy, za to imponująco rogato. Jakim szlakiem przywędrował ten fragment biednego bawołu (?) pod młyn Sułkowice?



Teraz wyobraźcie sobie ścianę w jakimś pokoju oraz zawieszone na niej oba zaprezentowane wyżej wizerunki, pomiędzy nimi poroże bawołu a zaznacie autentycznej estetycznej ekstazy.

czwartek, 5 czerwca 2014

Antyki, starocie i barachło

Na wrocławską giełdę staroci i na pchli targ pod młynem Sułkowice obok Korony latam regularnie. Giełda przy ul. Gnieźnieńskiej odbywa się w każdy ostatni czwartek, piątek i sobotę miesiąca i tę opuszczam jedynie, gdy leje jak z cebra lub temperatura spada poniżej -10C. (Na majowej nabyłam talerzyk ze śląskiej porcelany z połowy 19. wieku, malowany ślicznie w kwiatki, z którego Spider konsumował już zakalcowatą zebrę. Lubię ryzyko. ;)

Przyjemność bycia na giełdzie nie leży wyłącznie w kupowaniu, choć na widok pięknego, wyjątkowego przedmiotu serce przyśpiesza i budzi się żądza posiadania, ale w bywaniu, patrzeniu, rozmowach z ludźmi. To jak muzeum pod chmurką, choć bez ładu, składu i tabliczek z opisami. Antyki przemieszane ze starociami, klasa i precyzja spotyka banał i bylejakość, absurd ściska się z dziwactwem. Wystarczy czujne oko, sprawna wyobraźnia i poczucie humoru, a bywalca czekają niezapomniane wrażenia.

Ostatnio sfotografowałam kilka ciekawostek.


Fajansowy talerz z krabem. Koncept pełnoplastycznego przedstawiania niejadalnego pożywienia na nieużywalnych talerzach spotkał się z radosnym odzewem niejadków i kolekcjonerów. Na targach antyków od Lizbony po Amsterdam można spotkać porcelanowe szparagi, ryby, homary, fajansowe czosnki, cebule i kapusty.



Figurka, ewentualnie przycisk do papieru, z nasłuchującą myszą, stojącą na jabłku uszczkniętym zębem czasu lub małego gryzonia.



Lampka z porcelanową gejszą na podstawie, prawdopodobnie z okresu dwudziestolecia międzywojennego z oryginalnym kloszem, widocznym z tyłu.

Hitem ostatniej giełdy był drewniany koń na biegunach. Już wyobrażałam sobie Niunię galopującą... rodziców Niuni rwących włosy z głów... "Gdzie my to będziemy trzymać???" Odpuściłam. Na Dzień Dziecka dostała składaną hulajnogę. U siebie także widziałabym tak rasowego konia, problem w tym, że w przypadku Spidera mogłoby się nie skończyć na rwaniu włosów i musiałabym się wyprowadzić z konikiem do wynajętej pod miastem stajni. ;)



***
Targowisko wokół młyna rozkłada się w każdą niedzielę i reprezentuje cudowny folklor, odwieczny żywioł handlu, antytezę poukładanej, błyszczącej galerii handlowej, której jest zresztą praprzodkiem. Na rozległym terenie, na trawie, gołej ziemi i resztkach betonu handluje się tu z płachty materiału lub dermy, z pudeł, z samochodu i z nielicznych straganów. Nabyć można przysłowiowe mydło i powidło - ekologiczne kiełbasy oraz chleby, "niemiecką chemię", holenderskie rowery, tureckie chałwy, używane kosiarki, fantastyczne meble vintage i tony poenerdowskiej porcelany. Znajomy nazywa takie miejsca "barachołkami". Termin wywodzi się od rosyjskiego słówka "barachło" i szalenie przypadł mi do gustu.




Nie jeżdżę pod młyn co tydzień, ponieważ nie zawsze chce mi się zrywać z łóżka w niedzielny poranek, a jechać koło południa nie ma sensu. Chyba że zamiaruje się kupić wiejskie jaja i pietruszkę. Na łowy należy wyruszać wcześnie rano, o ile chce się upolować ciekawy okaz. Moje rano oznacza między dziewiątą a dziesiątą. O tej porze właściwie jest już "pozamiatane", gdyż znajomy kolekcjoner, pan B., rozpoczyna polowanie około siódmej rano i sprząta mi sprzed nosa najciekawsze obiekty - japońskie talerze i wazony (naciągam rzeczywistość literacko, gdyż nos nie wychylił się jeszcze spod kołdry). Mogę jedynie liczyć na to, że wyjechał na weekend albo w natłoku przedmiotów nie dostrzeże jakiegoś cacka. Zdarzyło mu się to i owo przeoczyć...

Przede wszystkim jednak pod młynem cieszą oko wspaniałości kiczu, dziwactw, dewocjonaliów. Uwielbiam oleodruki z powtarzającym się motywem łabędzi i pięknych niewiast, doprowadzone do granic słodyczy, ba! eksplorujące zupełnie nowe terytoria smaku...





Blond Wenus w różowej sukience na mini-rydwanie, powożonym przez uwspółcześnionego Amorka, ciągnionym przez parę łabędzi została wyprodukowana przez austriacką wytwórnię porcelany prawdopodobnie w latach 30. Tą odjazdową grupą na chmurce wykazała zainteresowanie pani pochodzenia romskiego. Sprzedawca rzucił jednak kwotę, która wprawiła ją w lekkie osłupienie i wywołała żachnięcie, iż w Niemczech można podobne kupić o połowę taniej. Skłaniam się ku jej wersji zważywszy na estetyczne wyzwanie, jakie przedmiot tego typu stanowi.

Domorosłego malarza poniosła fantazja - latający jelonek. Gdzie on ma zamiar wylądować??


Dobre na zakupy po porannej mszy, gdyby nie były grzechem:

Kryształowy żyrandol i romantyczne chińskie ptaszki sąsiadują z używanymi patelniami i garnkami:

Jastrząb wylądował... na grillu:

"Sztuka" "współczesna" (co dwa cudzysłowy, to nie jeden:)

Czy wystarczająco Was zachęciłam? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...