Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki i pałace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki i pałace. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2014

Z serii 1001 francuskich pałaców: Malmaison

Już ponad sześć miesięcy nie oddychałam francuskim powietrzem. Moja frankofilia domaga się pożywki, a nawet ofiar. Rzucam na pożarcie filmy znad Sekwany (ostatnio krwawą "Królową Margot" oraz mięsistą "Klasę").
Karmię smakowitymi pocztówkami z początków 20. wieku i względnie świeżymi zdjęciami produkcji własnej. Dzięki tym ostatnim odkryłam na nowo Chateau Malmaison. Tak właśnie powróci na łamy wdzięczny temat francuskich zamków i pałaców, który z niewiadomych przyczyn (akurat!) zarzuciłam dawno temu.

Malmaison znajduje się rzut camembertem od Paryża i jest idealnym celem podróży dla fanów Napoleona, Józefiny, Napoleona i Józefiny, róż oraz stylu empire.




Wyposażenie pałacu uległo co prawda rozproszeniu, częściowemu zniszczeniu na skutek burzliwych losów rezydencji, szczęśliwie staraniem Napoleona III, pragnącego odtworzyć ulubione miejsce na ziemi swojej babki Józefiny (założę się, że nie znosiła, by nazywać ją babcią), a następnie majętnego adwokata-pasjonata o ksywie Osiris udało się odrestaurować wnętrza i umeblowanie w kształcie maksymalnie zbliżonym do czasów, gdy mieszkali tu państwo Bonaparte, a po rozwodzie sama Józefina. Oryginalne meble tropiono na przeróżnych aukcjach, skupywano od prywatnych właścicieli, część sprzętów pochodzi z nieistniejących już pałaców Tuileryjskiego i Saint Cloud, wiele zostało podarowanych muzeum przez prywatne osoby. Efekt końcowy uderza autentycznością i klimatem.







Józefina była obłędną strojnisią. Na ubrania i biżuterię wydawała krocie siejąc spustoszenie w mężowskich/państwowych szkatułach. Próżność przypłaciła życiem. Podejmując w 1814 roku cara Aleksandra I założyła ponoć zwiewną i wydekoltowaną sukienkę, a że dzień był chłodny, przeziębiła się oprowadzając gościa po swoim słynnym rozarium oraz parku pełnym egzotycznych roślin i zwierząt. Kilka dni później zmarła na zapalenie płuc.

W pałacu można zobaczyć sporo kunsztownych okazów jej garderoby, muszę odnotować botki haftowane w pszczoły. Niestety, nie zachowała się sławna suknia usiana złotymi pszczółkami, w której wystąpiła podczas koronacji na cesarzową.

File:Josephine de Beauharnais, Keizerin der Fransen.jpg

środa, 30 listopada 2011

We mgle

Z Vitré udaliśmy się do położonego kilka kilometrów dalej, gotycko majaczącego we mgle Château des Rochers-Sévigné. W pełnym słońcu widzieliśmy już tyle zamków, obfotografowaliśmy tyle pałaców na tle nieskazitelnego błękitu, że zmiana scenerii podziałała odświeżająco na wyobraźnię.

Zamek od strony ogrodu francuskiego zaprojektowanego przez Le Notre`a

i od "podwórka"

Posiadłość upodobała sobie Madame de Sévigné, autorka sławnej korespondencji, dzięki której mgła spowijająca wiek XVII jest nieco rzadsza. W ponad tysiącu listów, w przeważającej większości adresowanych do córki, lecz kopiowanych i czytanych przez znacznie szersze grono czytelnicze jeszcze za życia autorki, dowcipnie komentowała m.in. wydarzenia towarzyskie, kulturalne, polityczne z życia dworu Króla Słońce Ludwika XIV, relacjonowała obyczaje panujące wśród arystokracji stołecznej i prowincjonalnej.


W powyższym kałamarzu pracowicie maczała pióro

W kasie siedziała miła pani, bileterka i przewodniczka w jednej osobie, mieszkanka pobliskiego Vitré. Byliśmy jedynymi chętnymi na turę o godzinie 15.15 - uroki zwiedzania w listopadzie. W tak kameralnym gronie obejrzeliśmy wnętrze kaplicy i dwie komnaty w baszcie, gdzie zgromadzono trochę mebli z czasów pisarki, kilka pamiątek po niej, portretów rodziny i sąsiadów. Najciekawszym eksponatem jest naturalnej wielkości portret Madame z roku 1644, w którym ukończyła 18 lat i poślubiła, wygląda na to, że z miłości, Henri`ego de Sévigné. Obraz przedstawia świeżą, piękną, szczęśliwą młodą kobietę. (Co ciekawe, zdradza sporo cech indywidualnych, odbiegając od powszechnej wówczas maniery wpasowywania obiektu w obowiązujący ideał piękna, na który składały się małe usta, duże oczy o niewidocznych rzęsach, pulchne twarzyczki o lekko zarysowanym drugim podbródku, krągłe ciała. W rezultacie wszystkie comtessy, duchessy i madamy wyglądają jak jedna i ta sama osoba w różnych sukienkach.

Ciśnie się kolejna dygresja, jak mało wspólnego z ówczesnym ma obecnie lansowany kanon kobiecej urody. Ostały się ino duże oczy. Cała reszta udała się na przeciwległe bieguny. Idealne usta przełomu wieków XX/XXI winny być napompowane niczym dętki na sekundę przed pęknięciem, ciała wyssane z tłuszczu metodą dowolną. Moim zdaniem idealny byłby brak ideałów w tej materii ;)

Zamek stanowi własność prywatną księcia czy innego earla, który mieszka tu wraz z małżonką, ich dorosłe dzieci przedłożyły różnorodność Paryża nad spokój prowincji. Podwórze z rozległym trawnikiem, zabudowania nieopodal, większość angielskiego ogrodu należą do klubu golfowego. Wstęp za bramę tylko na chwilę z przewodniczką, żeby spojrzeć na zamek od drugiej strony. Na koniec zostaliśmy sami w parku, po którym błądziliśmy niczym parweniuszowe dzieci we mgle, natykając się co krok na tabliczki "teren prywatny earla", "teren klubu golfowego". Jakbyśmy trafili do nieba ... o ograniczonym zasięgu...

niedziela, 6 listopada 2011

Hrabina i jej teatr

Dzięki wizycie w ambasadzie Rumunii - rezydencji de Béhague - odkryłam szalenie interesującą postać jej byłej właścicielki - comtesse Martine Marie Pol de Béhague (1870-1939).

Była wielką admiratorką i koneserką sztuki, kolekcjonerką antyków, jedną z nielicznych kobiet w męskim świecie kolekcjonerów. Swoim jachtem Nirwana przemierzała morza i oceany w poszukiwaniu najcenniejszych, najbardziej niezwykłych okazów rzeźb, obrazów, mebli, perskich dywanów, monet, porcelany. Kolekcję zapisała w testamencie najprzystojniejszemu z bratanków, gdyż, jak twierdziła, "piękno przynależy pięknu".

Z mężem rozstała się po roku pożycia, wracając do panieńskiego nazwiska. Być może nie odznaczał się dość wyrafinowanym smakiem. Miała upodobanie do zielonych peruk, egzotycznych strojów. Przyjmowała gości leżąc na kanapie okryta skórami zwierząt, częstowała ich winem z antycznych pucharów. Przychodzili tłumnie znani malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, pisarze i poeci. Była egerią Paula Valery`ego, którego zatrudniła jako bibliotekarza. Marcel Proust utrwalił ją na kartach swojej powieści.

Rezydencję przy rue Saint Dominique odziedziczyła comtesse po przodkach i przebudowała tak, że współcześni okrzyknęli ją najpiękniejszym miejscem w mieście. Powstał tu m. in. największy w Paryżu prywatny teatr/sala koncertowa w przebogatym stylu bizantyjskim, w latach 50. ubiegłego wieku poddany przez ambasadę przeróbce, która polegała chyba głównie na pozbawieniu zdobień. Mimo wszystko a może dzięki ogołoceniu teatr robi ogromne wrażenie. Wchodzi się doń z wąskiego korytarza i nagle otwiera się zaskakująca perspektywa, wzrok rozbiega się na boki, frunie wysoko w górę pod ciemne wnętrze kopuły, głowa gorączkowo kalkuluje, jak ta olbrzymia sala pomieściła się w budynku?? A potem na przybysza z hałaśliwie pędzącego świata spada niespodzianie wielka cisza i spokój ducha (coraz bardziej anachroniczne określenie, które wciąż doskonale oddaje ten rzadki i pożądany stan wewnętrzny).


Oboje zgodnie a niezależnie poczuliśmy, że w teatrze hrabiny panuje atmosfera sprzyjająca wyciszeniu i koncentracji. Można by siedzieć godzinami, patrzeć w półmroczną przestrzeń i myśleć tylko o czarnym fortepianie:) Równie zgodnie stwierdziliśmy, że taki letarg wydaje się być stanem idealnym do słuchania muzyki klasycznej. Pracownik ambasady, z którym wdaliśmy się chwilę później w pogawędkę, wprawił nas niemal w euforię, informacją o koncertach, które odbywają się w sali. Chwała ambasadzie, że udostępnia to niezwykłe miejsce ludowi Paryża i okolic częściej niż raz do roku :) Hrabina byłaby ukontentowana, gdyż sama organizowała tu zarówno prywatne, jak i publiczne koncerty. Co by rzekła na temat przeróbki jej bizantyjskiego teatru, możemy się z dużym prawdopodobieństwem domyślać.

poniedziałek, 24 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ... część III

Ambasada Szwajcarii - Hôtel Chanac de Pompadour zwany również Hôtel de Besenval (wiem, że uwielbiacie czytać francuskie nazwy, dlatego nie szczędzę Wam tej przyjemności:)

- umiarkowanie długa kolejka posuwała się tempem winniczka przerażonego wizją garnka z wrzącą wodą

- kontrol przy wejściu wykrywała nawet tabletki żelaza w żołądkach anemików (my, Szwajcarzy, jak już się za coś bierzemy, robimy to precyzyjnie i dokładnie)

- szczęśliwcy, którym udało się przebrnąć przez bramki, prześwietlenie torebek wynalazkiem Wilhelma Roentgena i laserowe spojrzenia ochrony, wpadali lekkim krokiem na dziedziniec, a tam już czekał kolejny cerber i wszystkich z bagażem większym od paczuszki chusteczek higienicznych zaganiał do przechowalni bagażu; paryżankom protestującym przed pozostawianiem torebek Chanel i Diora wypełnionych kosmetykami La Prairie gwarantował ich bezpieczeństwo (znamy się jak nikt na przechowywaniu cudzych kosztowności)

- aparat fotograficzny pozwalano wnieść, ale użytek z niego można było zrobić dopiero w ogrodzie pod czujnie łypiącym okiem cerbera (trzeba było wcześniej pomyśleć i kupić szwajcarski zegarek znanej marki James Bond!)

- dobrze merytorycznie opracowana ulotka, tylko po francusku, wydrukowana na zwykłej kartce A4 (do rozrzutnych nie należymy, dlatego jesteśmy bogaci)

- pracownicy ambasady lub ochrona bacznie obserwowali sunący przez salony korowód; Spider nawiązał dialog z panią pilnującą korytarzyka, prawdopodobnie była mniej poważna od reszty, dlatego powierzono jej pieczy jedną raptem konsolę z lustrem i dwa obrazy; pani była bardzo miła i uważała, że francuska czekolada oraz sery nie mogą się równać ze szwajcarskimi

- restrykcje i zakazy osłodzono na koniec pralinką Lindta (może i jesteśmy zbyt serio, ale zaszaleć też potrafimy ;)



czwartek, 20 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ... część II

Ambasada Włoch - Hôtel de Rochefoucauld-Doudeauville:

- kolejka ustępowała długością tylko tej przed Pałacem Elizejskim i Hôtel de Matignon - siedzibą premiera Fillona, posuwała się tempem ugotowanego winniczka, mimo braku jakiejkolwiek kontroli

- tak, tak, żadnych bramek, żadnego gapienia się ludziom w osobiste bagaże (my, Włosi, całkowicie ufamy bliźnim, terroryści są wymysłem Busha i Blaira, poza tym życie jest krótkie i lepiej napić się espresso)

- brak jakichkolwiek zabezpieczeń antycznych dywanów i parkietów, które we wszystkich innych ambasadach przykryte zostały na szlaku zwiedzania zwykłymi chodnikami (życie ma się jedno i szkoda go na załatwianie chodników, poza tym jakież to nieeleganckie rozwiązanie, a dywany się wypierze)

- ulotek nie przygotowano (mieliśmy ważniejsze sprawy na głowie...zepsuł się ekspres do kawy!)

- na dziedzińcu każdą kolejną grupę witał pan, który wyglądał, jakby wyskoczył właśnie z ekskluzywnego żurnalu mody, był elegancki i oryginalny zarazem, z idealnie przystrzyżoną brodą (zaczynają być trendy) i olśniewającymi zębami; nie słyszałam, co mówił, bo zamieniłam się w...e ... wzrok; następnie oddał nas w ręce pracownika ambasady, który miał służyć za przewodnika. Nasza blond przewodniczka nie zdążyła się przygotować, bo wklepywała wieczorem balsam i przyrządzała tiramisu na romantyczną kolację (tak trzymać! - Polka popiera:), próbowała czytać coś z wystrzępionej kartki, w końcu dała za wygraną i puściła nas samopas, co skrzętnie wykorzystaliśmy rozłażąc się po kątach, celem obejrzenia i obfotografowania najdrobniejszych detali. Inne grupy nie miały tak dobrze, popędzane przez nieco bardziej obowiązkowych oprowadzaczy.

- przecudnej urody osiemnastowieczne wnętrza, ozdobione w większości przez włoskich malarzy, rzeźbiarzy, zachwycają lekkością, oryginalnością, kolorem (my, Włosi, nie mamy sobie równych w dizajnie! od wieków! amen); tego dnia świeciło słońce, ale i bez niego te wnętrza byłyby słoneczne (jak wy, Włosi, to robicie???); tu i ówdzie przydałoby się umycie żyrandoli, odmalowanie sufitu, ale właściwie po co się śpieszyć, patyna czasu dodaje szlachetności i zupełnie nie przeszkadza w piciu kawy




Teatr sycylijski wykonany przez XVIII-wiecznego artystę weneckiego
- po opuszczeniu sali teatralnej trafiliśmy prosto do ... ekskluzywnego domu towarowego Ambasador; w rozstawionych na tarasie ogrodowym namiotach rozkwitł w najlepsze handel włoskimi torebkami, biżuterią, ubraniami (zawsze jest dobry moment na zakup nowej torebki)

- a w ogrodzie częstowano pysznym espresso, co momentalnie poprawiło humor zmęczonemu nadmiarem antyków Spiderowi i skłoniło go do refleksji: "Fajnie być Włochem!"

środa, 19 października 2011

Pokaż mi ambasadę, a ...

We wrześniu (dokładnie 17-18.09), skorzystaliśmy po raz drugi z błogosławieństw wydarzenia zwanego Europejskimi Dniami Dziedzictwa Kulturowego, świetnie we Francji przygotowanego od strony logistycznej i informacyjnej, wyczekiwanego przez tubylców, mile zaskakującego turystów. W te dni otwierają swe podwoje historyczne budowle na co dzień niedostępne z racji okupowania ich przez przeróżne instytucje - ministerstwa, ambasady, merostwa, stowarzyszenia. (W tym czasie można również bezpłatnie odwiedzić wiele muzeów, ale to już inna historia.) W ubiegłym roku zobaczyliśmy m.in. siedzibę Senatu - Pałac Luksemburski i Pałac Elizejski. (I warto było stać pięć godzin w gigantycznej kolejce dla tych olśniewających plafonów i żyrandoli w sali balowej oraz uroczego gabinetu pana domu!).

W tym roku postanowiliśmy odkryć intrygujący świat ambasad, zajmujących XVIII., XIX. wieczne pałace, mieszczące się przy ulicach, którymi często chadzamy, ukryte za wysokimi murami, co nadmuchało balona ciekawości do sporych rozmiarów. Oto nadeszła pora, aby przenieść te pałace z krainy wyobraźni w rejony pamięci.

Pokaż mi ambasadę, a powiem Ci... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ambasady to obraz państwa w miniaturce, a sposób przygotowania się do takiego wydarzenia jak Europejskie Dni pozwala snuć ciekawe wnioski na temat poszczególnych krajów i cech narodowych...

Ambasada Wielkiej Brytanii - Hôtel de Charost (tu małe wtrącenie - "hôtel" oznacza rezydencję, nazwa własna pochodzi najczęściej od nazwiska któregoś z kolejnych właścicieli, w tym przypadku pierwszego - diuka de Charost):

- perfekcyjnie przygotowana do wizyty
- bramka wykrywająca metal przy wejściu, kontrola torebek, długa kolejka przesuwała się błyskawicznie
- profesjonalnie wykonane broszury w języku francuskim i angielskim dokładnie opisujące historię pałacu i znajdujące się w nim dzieła sztuki wręczali poważni panowie w prochowcach jeszcze przed wejściem, następnie miłe panie na dziedzińcu, można było także obsłużyć się samemu w holu
- pracownicy ambasady objaśniali zainteresowanym szczegóły wyposażenia poszczególnych pokoi (my, Brytyjczycy, jesteśmy kompetentni i uprzejmi), wszyscy mieli wpięte pąki czerwonych róż w butonierkach lub przy kołnierzach żakietów (wiemy też sporo na temat elegancji)
- w sali balowej można było obejrzeć film o tematyce kulinarnej, pokazujący smakołyki przyrządzane w kuchni ambasady (wychodzimy naprzeciw zamiłowaniom tubylców, a przy okazji może uda się odczarować te potworne mity na temat mizerii kuchni angielskiej)
- na żywo można było porozmawiać z bohaterem filmu - szefem kuchni, niestety, zabrakło degustacji ;)
- imponujące wnętrza, rewelacyjnie utrzymany ogród, w galerii ekspozycja pochodzących z Rządowej Kolekcji Sztuki prac współczesnych angielskich artystów (przysłowie "cudze chwalicie, swego nie znacie" jest nam, Brytyjczykom, nieznane)
- brak możliwości skorzystania z toalety (dżentelmeni i damy nie miewają tego typu potrzeb :)
- ogólne wrażenie: klękajcie narody przed doskonale zarządzanym imperium

Widok na rezydencję od strony ogrodu

Nakryto do kolacyjki u ambasadora

Dlaczego nasz deweloper nie pomyślał o takim ozdobieniu sufitów??

Ambasada Rosji - Hôtel d`Estrees:
- brak kolejki, gdyż budynek nie zalicza się do najwyższej ligi historycznych pałaców, weszliśmy, bo było po drodze i chcieliśmy (nieuzasadnione użycie liczby mnogiej) zobaczyć anonsowaną w gazetce, przygotowaną specjalnie na tę okazję ekspozycję starej porcelany rodem z Sankt Petersburga
- dokładne i szybkie prześwietlenie przy wejściu (my, Rosjanie, znamy się na tym)
- stosunkowo skromny parter, na pierwszym piętrze trzeba wkładać okulary przeciwsłoneczne, żeby nie poraził blask złota kapiącego z boazerii i sufitów (nasze złoto najbardziej złote)
- każdego pomieszczenia pilnowali panowie o słowiańskiej urodzie i zimnych oczach, nie udzielali żadnych informacji (nie lubimy się narzucać)
- ulotki po francusku i rosyjsku, na ładnym papierze, opisy dość skrótowe
- udostępniono toalety dla ludu, z których z ulgą skorzystaliśmy :)
- ogólne wrażenie: nie wszystko złoto, co się świeci



Ambasada Rumunii - Hôtel de Béhague
- bramka do metalu, niedbały wgląd w torebkę
- pałac wyróżnia się spośród innych architekturą, od rozległego, arkadowego parteru począwszy, poprzez piękne klatki schodowe, aż po salę teatralną, niegdyś w stylu bizantyjskim, po którym niewiele śladów zostało po modyfikacji przeprowadzonej w 1954 roku
- ta wizyta wprawiła mnie w zadumę nad przemijaniem epok, mód, ludzi, ich pasji, tego, co po nich zostaje
- ogólne wrażenie: smutek minionej świetności, melancholia zaniedbania



Ambasada Polski - Hôtel de Monaco
- długa, wolno posuwająca się kolejka, brak bramek do metalu (my Polacy, ufamy ludziom, poza tym nie wydajemy państwowych pieniędzy na drogie gadżety), ochroniarz zaglądał do torebek przyświecając długopisem-latarką, co wyglądało zabawnie, ale pewnie pozwalało cokolwiek w ciemnych otchłaniach zobaczyć (lubimy się pośmiać, ale wiemy, kiedy należy spoważnieć:)
- pracownicy ambasady rozstawieni w niektórych salach służyli chętnie informacją (sympatyczna nacja)
- broszury eleganckie, nieco pobieżne, tylko w języku francuskim (nie łapiemy wszystkich srok za ogon)
- przepiękne wnętrza zdobne sztukateriami, boazeriami, plafonami, antykami, obrazami
- ogólne wrażenie: duży potencjał, słaba ... (nie kalamy własnego gniazda:)

Po ambasadzie Polski chodziłam z zadartą głową, co znalazło odbicie w zdjęciach. Nie zrobiłam żadnych ujęć ogólnych, same sufity...




P.S. Wykończy mnie ten wpis, bo ja jego nie mogę. Ambasadę Włoch i Szwajcarii poddam wnikliwej i złośliwej analizie w kolejnym odcinku ;)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Chateau Dampierre. Z serii 1001 francuskich zamków.

Weekendy nie znoszą próżni, więc ubiegłą sobotę wypełniliśmy szturmem na zamek Dampierre, prywatną własność XIII Diuka de Luynes, wzniesioną w obecnym kształcie przez jego praprzodka Diuka Nr III w końcu XVII wieku.

Było to nasze trzecie podejście do rzeczonego chateau. Pierwsze miało miejsce w końcu września 2010 i zakończyło się kryzysem małżeńskim, gdyż Spider w mieszkaniu zapewniał, że wziął aparat fotograficzny, a na miejscu oznajmił, że nie wziął, bo zabrał TYSIĄCE innych rzeczy, czyli kluczyki do samochodu, dokumenty i GPSa... (Złośliwość każe w tym miejscu nadmienić, iż Dampierre leży 20 km od Gif, a drogę i wszystkie mijane ronda obsadzono gęsto drogowskazami.) Bee oświadczyła, że bez aparatu nie wchodzi, a wrócić po ten niezbędnik nie mieli czasu. Zwiedzanie przybytku jest mocno limitowane, tylko z przewodnikiem, dwie tury dziennie - o 14.30 i 17.00. Pierwsza wizyta właśnie się rozpoczynała, druga odbyłaby się w mrokach jesieni, co zdyskwalifikowało ją z fotograficznego punktu widzenia. Do rozwodu mimo wszystko nie doszło.

Uzbrojeni po zęby w japoński sprzęt, kolejny atak na zamek przypuściliśmy tydzień później. I wróciliśmy na tarczy lub, jeśli kto woli, na aparacie. Okazało się, iż wg XIII Diuka de Luynes skończył się sezon turystyczny i obiekt został zamknięty na XIII spustów. Następne zwiedzanie W KWIETNIU!!


Przeżyłam zimę śniąc co drugą noc o sesji fotograficznej w Dampierre. Gdy nastał kwiecień, popędziliśmy przy pierwszej okazji, bez GPSa. Zdążyliśmy przed 14.30, zakupiliśmy bilety u zapuszczonego stróża-biletera mieszkającego w równie zapuszczonym pawilonie przy okazałej niegdyś bramie. Pojawiła się młoda przewodniczka, wpuściła grupkę entuzjastów do zdobnego holu, grzecznie się przywitała, po czym oznajmiła:

- Robienie zdjęć w zamku jest zabronione...........

I tak zrobiliśmy, haha!:


Reszta jest milczeniem. Pisnę tylko z cicha, że ... chciałabym odziedziczyć po prapradziadku taką salę balową przerobioną na "domowe" muzeum i salony z kominkami z czasów Ludwika XIV, i jadalnię z siedemnastowieczną misternie rzeźbioną boazerią.

Morał historii z aparatem: Los bywa złośliwy i przewrotny, ale czasami warto Mu zaufać.
Z zewnątrz chateau prezentuje się następująco:





W olbrzymim i przez to niedoinwestowanym parku, bladym cieniu niegdysiejszego, kwitły kamelie, tulipany, różaneczniki, fruwały motyle i bażanty. Po laskach i polanach uganiała się dzika zwierzyna - przez całe życie nie widziałam tylu jeleni i saren, co w przeciągu godziny w Dampierre!




Nad kanałami człapały pękate gęsi. Jednej wyraźnie nie spodobaliśmy się, więc ruszyła z sykiem do ataku. Powstrzymał ją dopiero kontratak Spidera używającego jako broni torby na pasku. Mój rycerz herbu sprężarka :)

środa, 2 marca 2011

Rambouillet. Z serii: 1001 francuskich zamków

Ponure jesienne chmury nie udaremniły naszej wycieczki do pobliskiego zamku w Rambouillet. Zamek od 1883 jest jedną z oficjalnych rezydencji prezydentów Francji. W związku z tym nie można robić w środku zdjęć, zwiedzanie tylko z przewodnikiem. W języku francuskim. Dają broszurkę po angielsku.



Podobnie jak w Fontainebleau (o którym innym razem) i tu pomieszkiwał Napoleon I, i tu zachowała się jego łazienka w stylu pompejańskim z żelazną wanną i stolikiem, przy którym jadał kolację po kąpieli. Czyścioszek był z Bonapartego pierwszej wody, a podobno do Józefiny pisywał z pola bitwy „Będę za tydzień – nie myj się.”

W średniowiecznej baszcie w sypialni urządzonej renesansowymi meblami nocował Putin. Do dziś unosi się tam zapach władzy.


Po obejrzeniu chateau udaliśmy się do ogrodu podziwiać domek z muszli, który diuk Penthievre wybudował dla swojej synowej księżniczki Lamballe, oraz mleczarnię, jaką kolejny właściciel posiadłości - Ludwik XVI postawił dla królowej Marii Antoniny, która uwielbiała udawać pasterkę.
Trzeba przyznać, że znaczne fundusze i próżniactwo pobudzały męską fantazję... Obydwu obdarowanym paniom nie ma jednak czego zazdrościć zważywszy, że jedna skończyła pod gilotyną, druga została zmasakrowana przez tłum w czasie rewolucji.

Swojska nazwa mleczarnia może być nieco myląca. Wzorowany na greckiej świątyni budynek jest klasyczny z zewnątrz...


... i niezwykle wyrafinowany w środku. Ściany z mlecznego piaskowca zdobią medaliony z białego marmuru przedstawiające urodziwe, bose pasterki w towarzystwie krów, owiec i kóz. W pierwszej sali goście królowej przy marmurowym stole próbowali mlecznych produktów. W drugim pomieszczeniu z fontanną w formie groty, w której stoi posąg młodej kobiety z kozą, chłodzono kanki z mlekiem i gorącą krew.

Domek z muszli jest kryty strzechą, ...



... ze ścian sterczą kości wołu, które miały wchłaniać wilgoć. Być może wchłaniały przez pierwszych sto lat. Obecnie czuć pleśnią we wnętrzu wyłożonym muszlami różnej wielkości, kształtów i kolorów, pochodzących z siedmiu mórz i jakichś rzek. Zamiast lustra nad kominkiem diuk polecił wykonać jego imitację z macicy perłowej, która połyskiwała, lecz nie odbijała wizerunku księżniczki Lamballe. Albowiem rozpustny małżonek owdowił ją po roku małżeństwa pozostawiając w spadku fortunę oraz syfilis, którego efektem były nieestetyczne zmiany na ciele Madame.

Podczas rewolucji Lamballe aresztowano jako bliską przyjaciółkę i, jak wieść gminna niesie, kochankę znienawidzonej przez lud najbogatszej pasterki świata - Marii Antoniny. Przed sądem rewolucyjnym nie chciała wyprzeć się tej przyjaźni, więc została wydana na pastwę tłumu. Nie podejmuję się opisania do końca tej makabrycznej historii.

Po ogrodowych atrakcjach oprowadzała nas młoda, blada studentka archeologii z Paryża. Zainteresowała się losem sierot językowych i po relacji przeznaczonej dla Francuzów, nastąpiła wersja angielska. Męczyła się przy tym okrutnie ze słownictwem typu inkrustowana konsola, a my z jej akcentem, ale nie dała za wygraną.

Dowiedzieliśmy się również, że studiuje na trzecim roku. Czy na Sorbonie dopytywał Spider, jakby w Paryżu nie było dziesiątków innych uniwersytetów, potwierdziła bez przekonania, jakby nie chciała rozczarować. W przyszłości zamierza zostać przewodnikiem. Podobno archeologia jest zbyt „naukowa”, za dużo powiązań z chemią, biologią. Odżegnuje się od nauczania w szkole. Podobno historia w tutejszych szkołach jest przycięta niczym krzew we francuskim ogrodzie. Zaczyna się od rewolucji, kończy na II wojnie światowej. Dzieci i dorośli nie mają w związku z tym bladego pojęcia o zamierzchłych czasach, w których noszono zbroje, pasy cnoty, krynoliny i peruki. Nie wiedzą również, że pasy cnoty i peruki wzajemnie się wykluczają.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...