Ostatnio udało mi się zagarnąć sporo wspaniałości. M.in.:
"Dziady" w Teatrze Polskim we Wrocławiu
Takiego Gustawa jeszcze nie było. Momentami męski i poważny, głównie jednak chłopięco niedojrzały i histeryczny. Artysta muzyk, sądząc z wokalnych popisów oraz rockowego wizerunku, i kabotyn. Chwilami kpiarski i zdystansowany, bierze wszystko w cudzysłów, kokietuje publiczność, zwracając się bezpośrednio do niej. Porzucony przez kobietę z krwi i kości, do której atrakcyjnych kształtów referuje kilkukrotnie, nieszczęśliwie zakochany w niej, w sobie, nie radzący sobie z uczuciami, z cierpieniem. W interpretacji Bartosza Porczyka Gustaw mieni się wszystkimi odcieniami znerwicowanego współczesnego mężczyzny. (Ups, sorry.)
Jako widz jestem w pełni usatysfakcjonowana tą szarżującą, świadczącą o talencie i charyzmie, niepozwalającą na chwilę znużenia rolą. Jako widz-kobieta... chciałabym zobaczyć jak Porczyk odnajduje w Gustawie mężczyznę-opokę, sprzed kryzysu tożsamości i dewaluacji miłości. Myślę, że byłoby to jeszcze bardziej fascynujące przeżycie.
Reżyser, Michał Zadara, znakomicie uwspółcześnił swoją inscenizację "Dziadów", części I, II i IV, przenosząc je w aktualne realia i kostium, unikając przy tym poprawiania Mickiewicza, czyli nieodzownego w "nowoczesnej" reżyserii teatralnej majstrowania przy tekście. Więcej! Serwując pełną, nieokrojoną wersję dramatu. Cześć Mu za to i chwała!
Akcja rozgrywa się m. in. w pokoju nastolatki w modnych okularach i luźnym koku na czubku głowy (dobra rola Anny Ilczuk), marzącej o wielkiej miłości, która nada sens istnieniu. W zapaskudzonym nielegalnie wysypywanymi śmieciami lesie, po którym błądzą myśliwi, a młodzi ludzie imprezują lub rozmawiają przy ognisku "o życiu". Obrzęd przyzywania duchów odbywa się na niedokończonej budowie, pod wodzą groteskowego Guślarza (Mariusz Kiljan), "oszołoma" na czele sekty. Nieodparty komizm i brawurowe aktorstwo scen II części (rewelacyjna Sylwia Boroń w roli Dziewczyny) nie ujmuje wagi przesłaniom przynoszonym przez poszczególne duchy.
Spektakl z dwoma przerwami trwa cztery godziny, bardzo młodzi w przeważającej części widzowie (licealiści jak mniemam z krągłej świeżości lic) siedzą nadspodziewanie cisi i zainteresowani jak na trudną, romantyczną mowę wiązaną, na koniec nagradzając twórców owacjami na stojąco. To, wespół z moją minirecenzją, powinno stanowić nie najgorszą rekomendację.
Na przyszły rok planowana jest premiera III części. Płonę z niecierpliwości.