Lubię ten vintage`owy pejzaż. Na błękitnym niebie zamaszystym świadomym gestem stłoczone chmury, gładka powierzchnia płynącej spokojnie rzeki. Letni dzień. Miasteczko we francuskich czy może belgijskich szarościach na drugim brzegu i prowadzący do niego most. Patrzymy oczami malarza z wyniosłości piaszczysto-trawiastego pagórka. Autor opatrzył swoje dzieło sygnaturą nie na tyle wyraźną, żeby mieć pewność. Być może jest to Rene Brincourt, jak twierdzi wyszukiwarka, i praca z lat powojennych.
Zakupiony kilka lat temu w zagubionej wśród pagórków dolnośląskich wsi, w poniemieckich zabudowaniach gospodarczych, które służyły za magazyn antyków oraz rupieci, głównie mebli przywożonych tirami z Niemiec i Szwajcarii. Miejscu, które już nie istnieje, ponieważ właściciel przeniósł się do lepszego świata. Wyciągnęłam ten pejzaż z długiej półki zawalonej dziesiątkami płócien, grafik, haftowanych obrazków. Zakurzonych, z połamanymi ramami, potłuczonymi szybami. Ten na szczęście leżakował na tyle krótko, że nie zdążył spleśnieć ani przejść zapachem wilgoci. Potem czekał cierpliwie pod ścianą w naszym suchym mieszkaniu na swój czas. I doczekał się wreszcie fantastycznego oczyszczenia i zawerniksowania przez profesjonalną konserwatorkę. (Tylko takie polecam.)
Oddaje z nawiązką. Odwdzięcza się pięknem barw, kompozycji, dobrego warsztatu i... dialogiem, bo można prowadzić rozmowy z artefaktami. O tym, co pokazują na zewnątrz i co kryją w środku.
Oczywiście nie ma jeszcze swojego miejsca na ścianie, choć posiada już ramę, wyszykowaną przez Spidera. I generalnie jestem dumna, że dostał u nas drugie życie.


