Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Langwedocja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Langwedocja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 stycznia 2022

Bez tytułu












Poezja codzienności, sztuka chodnikowa. W wąskiej uliczce starego miasta we francuskim Nimes pośrodku lata. Takich zdarzeń, takich zderzeń nie przepuszcza moje czujne oko. Po ochłonięciu z lekkiego szoku poznawczego, decyduję się na interpretację, która nie będzie dołująca. Widzimy to, co chcemy...

Nawet na kupie śmieci, szczególnie na kupie śmieci jednorożec nie traci nic ze swojej cudowności. O tym pamiętać i nie rezygnować z jednorożców...


czwartek, 26 sierpnia 2021

Ups...

Znów to zrobiliśmy... Ale przecież już wiecie. Chyba nikt z bywalców pszczelego saloniku nie sądził, że pojedziemy na wakacje do Chorwacji. ;)

***

Pastylki z wyciągiem z Prowansji i Langwedocji

Wykonane z entuzjazmem i starannością

 Dla uchwycenia najlepszych właściwości miejscowych ingrediencji

Doskonałe na humorzaste sierpnie



















niedziela, 7 lutego 2021

Uzes wita

Dla zrównoważenia zimnego białego tygodnia proponuję kilka kadrów o odmiennej palecie barwnej i temperaturowej - z Uzes położonego w sąsiadującej z Prowansją Langwedocji. Miasteczka w migocącym naszyjniku platanów, o pustawych wąskich uliczkach i zaludnionych placach, ślicznego jak z kiczowatej widokówki, atrakcyjnego dla miłośników historii i zabytków, pozwalającego również poczuć lokalny koloryt Południa Francji.




















piątek, 13 września 2013

Le Grau-du-Roi

W drodze powrotnej z Montpellier, stolicy regionu Langwedocja-Rousillon, zajechaliśmy do Le Grau-du-Roi, żeby poczłapać po mokrym, chłodnym piasku w stronę słońca i pooddychać pachnącym glonami powietrzem. Niegdyś rybacka wioska, już od końca 19. wieku stawała się coraz popularniejszym kurortem, w którym w latach dwudziestych podczas podróży poślubnej gościł Hemingway.(Osadził tu potem początek akcji "Rajskiego ogrodu").

Najprzyjemniejsza jest stara część miasteczka z niewielkimi domami, sklepikami i restauracjami, położona nad kanałem. Wzdłuż piaszczystych plaż ciągnących się po obu jego stronach, pobudowano duże, bezosobowe pensjonaty i hotele, które wprowadzają odstręczającą dla mnie atmosferę masowego wypoczynku.

Na szczęście około godziny 19. plaże we Francji pustoszeją, gdyż opalona i zgłodniała armia przemieszcza się w kierunku restauracji. Zresztą na przełomie sierpnia i września doszło już do znaczących przegrupowań w głąb lądu. Zachody słońca zdarzało nam się oglądać samotnie lub w towarzystwie kilku zapatrzonych w spławiki wędkarzy.


Widok z mostu na kanał dzielący miasto na pół

Tradycje rybackie znajdują kontynuację 

Barwy i nastrój niczym z płócien Paula Signaca, którego wystawę obejrzeliśmy kilka godzin wcześniej w Montpellier

niedziela, 1 września 2013

czwartek, 2 sierpnia 2012

Montfrin

W Prowansji i Langwedocji odkryliśmy kilka czarujących wiekowych miasteczek niepolecanych przez żadne przewodniki, co ustrzegło je przed tłumem turystów, rozplenieniem kiepskich restauracji i sklepów z upominkami. Zachowały autentyczny, lokalny charakter. Takie właśnie okazało się Montfrin, do którego udaliśmy się z powodu byków (przyjaciół zwierząt najmocniej przepraszam, że znów napomykam o gonitwach i psuję im humory).

W upalnych godzinach popołudniowych w wąskich uliczkach pamiętających głębokie średniowiecze było prawie pusto. Przebiegł kilkulatek, przeszła staruszka (lubimy mówić "Bonjour" i otrzymać przychylną odpowiedź), minęliśmy parę w początkowej fazie zakochania prowadzącą leniwy, badawczy dialog. Nieliczne sklepiki przy głównej ulicy, której wyższość nad innymi zidentyfikowaliśmy po donicach z kolorowymi kwiatami i budynku merostwa, obowiązkowa piekarnia i mięsny były zamknięte. Kilka osób siedziało w kafejce przy skrzyżowaniu ze skwerem i popiersiem hrabiny na pomniku i z zainteresowaniem oglądało pętającą się tam i z powrotem dwójkę przyjezdnych.





Życie skoncentrowało się nad brzegiem szmaragdowej rzeki Gardon. W cieniu przybrzeżnych drzew na przyniesionych z domu krzesełkach siedzieli emeryci, młodzież pływała nieopodal na dzikim kąpielisku. Coraz więcej ludzi kręciło się wokół położonej przy rzece areny, gdzie wkrótce miały rozpocząć się pogonie białych za czarnym i odwrotnie.


Na łagodnym wzniesieniu nad Montfrin wznosi się wieża romańskiego zamku, która została wkomponowana w siedemnastowieczny pałac. Przepadam za francuskimi château. Żadnemu château nie przepuszczę. Dlatego po skończonych courses camarguaises powędrowaliśmy na wzgórze i udając, że nie widzimy zardzewiałych tabliczek z napisem "teren prywatny", podeszliśmy pod bramę, żeby rzucić okiem na pałacową architekturę i zrobić niewielki użytek z aparatu fotograficznego. Ciekawej świata, żądnej nowych wrażeń turystce nie pozostaje nic innego jak przyjąć w takich sytuacjach założenie, iż rzut okiem to nie rzut kamieniem i krzywdy nikomu nie uczyni.



Gdy przymierzałam się do zdjęcia, pomachała do mnie dziewczyna siedząca w niewielkiej grupce ludzi przed lewym skrzydłem pałacu. Odmachałam, dziewczyna podeszła i koniec końców zaproponowała, że pokaże nam ogród i hol.

Była bardzo młoda, opalona na piękny brąz, makijaż na jej krągłej po dziecięcemu twarzy połyskiwał drobinkami złota. Jest jedną z czterech córek właściciela pałacu. Mieszka z matką w Paryżu, do ojca przyjeżdża na lato. Wychowała się w Montrfin, ma tu przyjaciół i uwielbia to miejsce.

Posiadłość zakupił w 1925 roku jej prapradziad Robert Servan-Schreiber, współzałożyciel francuskiego dziennika ekonomiczno-finansowego "Les Echos". W czasie II wojny Niemcy zajęli pałac na centrum dowodzenia Luftwaffe. Po tym okresie zostały tu portrety Hitlera i graffiti wymalowane przez francuską armię, o ile dobrze zrozumiałam naszą przewodniczkę, wciąż istniejące. (Informacje, które podaję, pochodzą częściowo od niej, częściowo z internetu).

Najpierw weszliśmy przez ciężkie drzwi do ciemnawego holu, z którego ścian nad imponującymi schodami spojrzeli na intruzów książęta i rycerze wymalowani w tonacjach szarości. Idąc przez ogród, którego projekt przypisywany jest sławnemu architektowi Jules`owi Hardouin-Mansartowi, ukłoniliśmy się z daleka brodatemu ojcu i siwemu jak gołąbek dziadkowi odpoczywającym w cieniu fasady wychodzącej na ogród. Zerknęliśmy na niższe tarasy (nie dało się nie zauważyć basenu) i czerwone dachy miasteczka u stóp zamku.

Obecnie zastanawiam się intensywnie, jakie zasługi w tym wcieleniu umożliwiłyby mi ponowne narodziny w château na Południu Francji...

Dzięki tej miłej, młodej osóbce, której wystygła przez nas kolacja, przekonaliśmy się po raz kolejny, że Francuzi nie są tak nieużyci, hermetyczni i aroganccy, jak wieść gminna niesie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...