Serwuję dziś na późną kolację odgrzewany kotlet ze świeżą i oryginalną surówką, czyli notkę z cyklu "Pogwarki małżeńskie" sprzed kilku lat z niedawno powstałą do niej ilustracją autorstwa mojej zdolnej koleżanki E.
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że kotleta także nie próbowaliście, ponieważ wpis powstał w 2011. Mieszkaliśmy wówczas w podparyskim Gif-sur-Yvette i dopiero co zaczęłam pisać blog, na który zaglądała głównie koleżanka nudząca się w Niemczech i kolega nudzący się w Norwegii oraz kilka osób ciężko pracujących na ojczystej ziemi. ;)
***
Spider w piątkowy wieczór po lekkim użądleniu przez Bee:
- Nie, nie, nie!! Nie uda ci się ze mną pokłócić! Ja wiem, że idzie weekend i możesz być wkurzona, bo będę ci siedział przez dwa dni na głowie, nie będziesz sobie mogła chodzić w papilotach do pierwszej i popijać zielonej herbatki… Ale nie dam się sprowokować...
NIUNIA: (przez telefon) Ciociu, psijedzieś dzisiaj do mnie? BEE: Nie dam rady, Niuniuś. Mam trochę spraw do załatwienia, ale możemy się umówić na jutro. NIUNIA: Nie, nie, nie!!! Dzisiaj albo niidy!!! *** NIUNIA: To są moje ujodziny i ja decyduję, kogo zaprosę. SPIDER (odważnie): A ja jestem zaproszony czy nie? NIUNIA: Ty, wujku, na pewno. Reszta członków rodziny tchórzliwie wolała nie dociekać, do czyjego uczestnictwa w imprezie i porcji tortu jubilatka nie jest przekonana.
Do Centrum Pompidou poleciałam w pierwszy dzień świąt, żeby zobaczyć wystawę Marcela Duchampa, na którą ostrzyłam ząbki od kilku miesięcy. A przy okazji popatrzeć z ostatniego piętra szklanego gmachu na ulubioną panoramę Paryża z niezwykle efektowną z tej odległości choinką Eiffla. Chmury pędzą, rzeki płyną, w człowieku zmieniają się konfiguracje neuronów. Mrugająca o godzinie 21. wieża nie wywołała spodziewanej ekscytacji, wzbudził ją natomiast widok bazyliki Sacre Coeur w słońcu, gdy wjeżdżałam schodami w przeszklonym korytarzu na górę... Ekspozycja wielkiego kpiarza, ironisty, eksperymentatora - Duchampa pozostawiła mnie obojętną, tymczasem rozłożona na tym samym piętrze retrospektywa współczesnego amerykańskiego artysty Jeffa Koonsa, której nie miałam w planach, dostarczyła całej gamy nieoczekiwanych doznań, kolorowego koktajlubodźcówtyleż przyjemnych dla oka, co frapujących dla mózgownicy. Snułam się początkowo zmęczona wśród odkurzaczów i tosterów wyniesionych na ołtarze sztuki, pośród olbrzymich, oryginalnych billboardów z lat 70. i 80. niezamierzenie ukazujących i utrwalających nierówności klasowe amerykańskiego społeczeństwa. Przy srebrnym wiadrze w otoczeniu wyrafinowanych przedmiotów używanych przez ekonomicznie uprzywilejowanych zaczęłam doceniać wyraziste koncepty i społeczne zaangażowanie Koonsa. Porcelanowy Michael Jackson z szympansem Bubbles bezapelacyjnie mnie zachwycił. Co za genialny, przeładowany sensami pomysł, aby przedstawić króla popu, nadwrażliwca o kruchej psychice, osuwającego się często w tandetną stylistykę, w delikatnym, białym (!), królewskim materiale, jakim jest porcelana! Misterne kwiatki otaczające postaci nawiązują do najcenniejszej porcelany miśnieńskiej, obiektu uwielbienia i pożądania kolekcjonerów i dumy muzeów na całym świecie, której bogactwo zdobień może czasami razić, ale budzi też respekt dla artyzmu i techniki wykonania. Podobnie jest z Michaelem... Wstąpiły we mnie nowe siły. Dalej było kolorowo i efektownie w warstwie wizualnej, refleksyjnie i gorzko w sferze treści. Obrazy niczym z animacji dla dzieci połączone z przekazem dokumentu na temat współczesnego świata.
Retrospektywę Jeffa Koonsa można oglądać w Centrum Pompidou do 27 kwietnia 2015.
Życzę Wam wiary w siebie i swoje możliwości, zapału i energii do rozwijania pasji, umiejętności błogiego odpoczywania, uświadomienia i realizacji skrytych pragnień oraz przychylności Nowego 2015 Roku w kwestiach w/w i nie tylko :) Bee
Poniżej kilka świąteczno-sylwestrowych zdjęć Paryża.
Tak się miło złożyło, że na Święta wylądowaliśmy w Świątyni Sztuki zwanej przez poetów Miastem Światła, przez geografów Paryżem. Plan kulturalny miałam bardzo ambitny, obejrzenie około piętnastu wystaw w tutejszych muzeach, oblecenie ulubionych ulic, placów, dzielnic, odkrycie zaułków i miejsc ciągle nieodkrytych, obfotografowanie świątecznych wystaw sklepowych oraz iluminacji ulicznych... Na pierwszy ogień poszło Muzeum Luksemburskie. Mieści się ono w pawilonie przy Pałacu Luksemburskim i sławnym Ogrodzie i organizuje dobre ekspozycje czasowe. Tym razem kuratorzy zaproponowali wystawę zatytułowaną "Paul Durand-Ruel. Postawić na impresjonizm. Manet, Monet, Renoir." Durand-Ruel - marszand, właściciel galerii w Paryżu, później również w Nowym Jorku, miłośnik sztuki jako jeden z pierwszych kupował obrazy od lekceważonych, klepiących biedę impresjonistów. Organizatorom udało się zgromadzić znakomitą próbkę tego, co przeszło przez ręce marszanda, obrazy rozsiane obecnie po muzeach w Stanach Zjednoczonych, Francji, Niemczech i pozostające własnością prywatną. Takiej gratki nie mogłabym przepuścić. Poza tym nie może być czulszego przywitania z Paryżem jak poprzez dzieła impresjonistów. Odstałam chwilę w ogonku przypominając sobie znany przecież fakt, że w Paryżu do muzeów ustawiają się kolejki, nie udało mi się oddać kurtki do szatni, gdyż wszystkie numerki zostały wykorzystane i wkroczyłam do pierwszej sali prosto w wibrujące intensywnością kolory Renoira - portrety synów i córek Durand - Ruela. Nie pamiętam, czy obraz Moneta "Czytająca", zwany również "Wiosną", był częścią wielkiej wystawy mojego ulubieńca w Grand Palais kilka lat temu. Być może schował się w tłumie większych formatów, choć trudno sobie wyobrazić, że mogłabym go nie zauważyć. W Muzeum Luksemburskim szeptał do mnie tak słodko i pogodnie, że nie potrafiłam od niego oderwać oczu (i uszu;). Wracałam kilkakrotnie, żeby napatrzeć się na plamy światła na trawie i sukni, na świeżość zieleni ogrodu, róż i seledyn tkaniny, spokojną twarz czytającej, poczuć piękno i i ulotność chwili.
"Czytająca" lub "Wiosna" Moneta przyjechała z The Walters Art Museum w Baltimore
"Ogród artysty" Moneta z National Gallery of Art w Waszyngtonie
"Po śniadaniu" z Muzeum Staedel we Frankfurcie
"Śpiąca dziewczyna" Renoira z The Sterling and Francine Clark Art Institute w Williamstown
Wspaniale było zastać w Paryżu impresjonistów-emigrantów zza Oceanu. Pewnie nieprędko się znów zobaczymy.
Spider miał niedawno przyjemność polatać po Tokio, choć była ona nieco przytłumiona przez aktywności wirusa, takie jak chrypka, bezgłos i uporczywy kaszel, który to wirus nęka od tygodni wrocławian, nie oszczędzając przedszkolaków, monterów okien ni stomatologów. Wrocław i Tokio mają wreszcie coś wspólnego (poza moim blogiem:) - WIRUSA, gdyż nie wątpię, iż Spider zatargał go do Kraju Wschodzącego Słońca i sprezentował kilku tokijczykom.
Z powrotem przytaszczył zieloną herbatę, umeshu, czyli słodko-kwaśny likier z zielonych śliwek-niejadek, TERMOS, gdyż ma obsesję na punkcie termosów i kilka zdjęć w telefonie.
Świątynia Senso-ji w dzielnicy Asakusa
Widok z 45. piętra stołecznego "ratusza" w Shinjuku (zwanego tokijską Notre Dame) na hipnotyzująco ogromne, rozświetlone miasto i odległą o 100 km górę Fudżi
Kosmiczna architektura gigantycznego centrum wystawowego na sztucznej wyspie Odaibie położonej w Zatoce Tokijskiej
W podarku mąż przywiózł mi zakupioną na straganie przy świątyni Senso-ji zawieszkę do telefonu w postaci miniaturowej tradycyjnej lalki kokeshi (umknęło jego uwadze, iż od roku jestem w posiadaniu aparatu, do którego nie można NICZEGO doczepić :) oraz charakterystyczną dla infantylnej i słodkiej estetyki kawai maskotkę - misię w różowym kapturku, pelerynie i z niewidocznym na zdjęciu różowym plecaczkiem, którą z satysfakcją dołączyłam do pęczku kluczy. Nooo, prawie jakbym była w Tokio :)