sobota, 6 grudnia 2014

Tokio 2014

Spider miał niedawno przyjemność polatać po Tokio, choć była ona nieco przytłumiona przez aktywności wirusa, takie jak chrypka, bezgłos i uporczywy kaszel, który to wirus nęka od tygodni wrocławian, nie oszczędzając przedszkolaków, monterów okien ni stomatologów. Wrocław i Tokio mają wreszcie coś wspólnego (poza moim blogiem:) - WIRUSA, gdyż nie wątpię, iż Spider zatargał go do Kraju Wschodzącego Słońca i sprezentował kilku tokijczykom.
Z powrotem przytaszczył zieloną herbatę, umeshu, czyli słodko-kwaśny likier z zielonych śliwek-niejadek, TERMOS, gdyż ma obsesję na punkcie termosów i kilka zdjęć w telefonie.

Świątynia Senso-ji w dzielnicy Asakusa























Widok z 45. piętra stołecznego "ratusza"
w Shinjuku (zwanego tokijską Notre Dame)
na hipnotyzująco ogromne,
rozświetlone miasto
i odległą o 100 km górę Fudżi



























Kosmiczna architektura gigantycznego
centrum wystawowego na sztucznej wyspie
Odaibie położonej w Zatoce Tokijskiej
 

























W podarku mąż przywiózł mi zakupioną na straganie przy świątyni Senso-ji zawieszkę do telefonu w postaci miniaturowej tradycyjnej lalki kokeshi (umknęło jego uwadze, iż od roku jestem w posiadaniu aparatu, do którego nie można NICZEGO doczepić :) oraz charakterystyczną dla infantylnej i słodkiej estetyki kawai maskotkę - misię w różowym kapturku, pelerynie i z niewidocznym na zdjęciu różowym plecaczkiem, którą z satysfakcją dołączyłam do pęczku kluczy. Nooo, prawie jakbym była w Tokio :)




niedziela, 30 listopada 2014

Andrzejki, czyli scenki z życia małżeńskiego


Wieczór andrzejkowy nie zapowiadał się dobrze. Nie mogła jeść, pić, tańczyć i śmiać się, gdyż zabieg stomatologiczny, odkładany wielokrotnie z przyczyn, które zasługują na odrębną opowieść z gatunku nieprawdopodobnych, odbył się na tydzień przed planowaną zabawą i okazał o wiele bardziej skomplikowany niż w swej naiwności zakładała. Uściślając - nie powinna konsumować jedzenia twardszego od kaszki manny (szwy), spożywać alkoholu (antybiotyk), podskakiwać zbyt intensywnie (szwy oraz możliwość rozdrażnienia naczynka krwionośnego, które uparcie sączyło krew jeszcze kilka dni po zabiegu i dopiero po zmarznięciu na kość na giełdzie antyków w czwartek uspokoiło się; nie zawsze cieplarniane warunki sprzyjają rekonwalescencji, czasami twarda rzeczywistość okazuje się skuteczniejszym remedium...) i śmiać się (szwy, opuchlizna pod górną wargą), a zagrożenie było duże, gdyż wybierali się z największym rozśmieszaczem spośród ich przyjaciół.

Spider nie przeszedł co prawda żadnego inwazyjnego zabiegu, ale w niedzielę rano miał się zjawić świeży i myślący na zajęciach ze studentami zaocznymi.

Na godzinę przed imprezą okazało się, że wyjątkowo nie kobieta, ale mężczyzna nie ma co na siebie włożyć. Zgodnie z tradycją zostało to jednak dramatycznie wyartykułowane przez kobietę.

Pognali na łeb na szyję do Galerii Dominikańskiej, żeby zakupić fantazyjną koszulę. Zanim wybiegli z bloku, on stwierdził, że dawno nie sprawdzał skrzynki na listy, więc musi koniecznie i właśnie w tym momencie zajrzeć. Przy czym tak go zafascynowała korespondencja od spółdzielni informująca o nowej wysokości opłat eksploatacyjnych oraz zaproszenie na darmowe badanie cytologiczne, że zapomniał wyjąć kluczyk z zamka. Oczywiście przy kluczyku tkwiącym w skrzynce z wypisanym wielkimi czarnymi cyframi numerem mieszkania dyndały również klucze od tegoż mieszkania. Brak pęku został zauważony po godzinie, kiedy wrócili z zakupioną fioletową koszulą (nie wiadomo jak reszta świata, ale z pewnością Niunia będzie nią zachwycona, gdyż to jej ulubiony kolor).

Zakupy trwały dłużej niż planowali, ponieważ ona stwierdziła, że skoro już tu są, chętnie kupiłaby inne buty na imprezę, bo stare mają za długie czubki, oraz wstąpiła do fryzjera, gdyż właśnie ją oświeciło, że jej amatorskie koki nie wytrzymują nakładania czapki, więc potrzebuje profesjonalnej konstrukcji na wielogodzinne pląsy. Niestety, w salonie nie było wolnych terminów, a wszystkie ładne buty nadawały się do stania na pomniku udręczonej kobiecości.

Po odnalezieniu kluczy przy skrzynce na listy, on wyraził wątpliwość, czy aby kto podstępny ich nie skopiował i nie czyha teraz na ich dobra. Nie mieli jednak czasu, żeby przejąć się na poważnie tą myślą, gdyż trzeba było prasować koszulę zagniecioną okrutnie na tekturce i kończyć manicure. Spóźnili się na andrzejki tylko 15 minut, co w tak niesprzyjających okolicznościach należy uznać za ogromny sukces organizacyjny.

Zabawa okazała się przednia, wino zbędne, szpinak i szaszłyki z kurczaka rozpływały się w ustach niczym masło, dowcipny kolega był wykończony po trudnym tygodniu w pracy, a pod ich nieobecność nikt nie wyniósł z mieszkania kogutów. :)

Tak doszła do wniosku, że kłody leżące na drodze do przyjemnego celu należy z wdziękiem przeskakiwać czyt. ignorować. (Z innymi typami celów sprawa jest bardziej skomplikowana i wymaga dokładniejszych oględzin kłód.)

P.S. Żeby w optymizmie nie posunąć się do głupoty, po powrocie z zajęć i kanapowej regeneracji on udał się do Praktikera, zakupił nowe zamki, a następnie je wymienił.

czwartek, 20 listopada 2014

Okruchy jesieni

Mój nieprzyjaciel czas pędzi wciąż na łeb na szyję pochłaniając wszystko po drodze. Wszystkożerny i nienasycony. Zbieram okruchy. Dobre i to.

Wystawa Alfreda Lenicy w Muzeum Narodowym. Meandry organicznych form wciągających wzrok w skomplikowane labirynty w poszukiwaniu sensów. Obłe kształty i miękka kolorystyka obrazów Lenicy wywoływały pozytywne wrażenia łagodząc gorzką tematykę dzieł sugerowaną przez tytuły.


Podczas gdy Spider rozbijał się po Tokio, ja wytropiłam Japonię we wrocławskiej Galerii Miejskiej na wystawie Direct Painting XY Anki Mierzejewskiej...



... oraz pod postacią miłorzębu japońskiego, klonu japońskiego i takiejże kalikarpy, które zmieniły image, gdy rodzime drzewa (buki wyglądały obłędnie w tym roku) potraciły już liście.




Kalikarpa
Jesień pozostawała długo ożywczo zielona, żeby buchnąć kolorami ognia z końcem października. Ogród botaniczny wyglądał przez trzy tygodnie zjawiskowo. Szkoda mi było każdego dnia, którego nie zdołałam wpaść tam choćby na chwilę nacieszyć oczy. A powaby jesieni trwają równie krótko jak uroki wiosny. Natura dozuje człowiekowi przyjemności, żeby nie oszalał z nadmiaru piękna :)






Idealne śniadanko na listopadowe chłody i ciemności - tiramisu a la pszczółka, czyli w miejsce lekkich jak piórka biszkoptów stosujemy ciężkie jak puchowe pierzyny magdalenki, zamiast kawy mocną herbatę, mascarpone z żółtkiem i brązowym cukrem nie odbiega mocno od tradycji, amaretto i kakaową posypkę używamy w zależności od zapotrzebowania. Wygrzebałam z dna szafy ostatnie półkilogramowe opakowanie magdalenek przywiezionych z wakacji we Francji i zaczęło się jesienne tuczenie :)

Kakaowy pyłek pominięto przez wzgląd na nadmierne spożycie kakao w formie płynnej
Wełniana martwa natura ze skarpetkami :)
Zachód słońca w Kliczkowie koło Bolesławca, gdzie pojechaliśmy popatrzeć po raz enty na odrestaurowany zamek, obecnie hotel, ujeżdżalnię koni, w której mieści się jeden z oryginalniejszych basenów hotelowych oraz pospacerować po parku i lasach wokół posiadłości.

wtorek, 4 listopada 2014

Z cyklu ZACHWYCENIA

Kilka lat temu (już!!!) wędrując ze Spiderem ulicami i bulwarami wokół Ogrodu Luksemburskiego trafiłam na wernisaż nieznanej mi wówczas, mieszkającej w Paryżu fotografki Sarah Moon. Weszliśmy i zostaliśmy chwilę, żeby obejrzeć zdjęcia rozwieszone na ścianach galerii, przejrzeć udostępnione albumy z twórczością Moon, dyskretnie rzucić okiem na obecną autorkę, postarzałą piękność okutaną w artystyczne czernie. Podobały mi się jej prace, niewyraźne, jakby zasnute mgiełką czasu i tajemnicy, pokazujące w poetycki sposób zjawisko, stan kobiecością zwany. Nie kupiłam wtedy albumu i nie poprosiłam o autograf, czego dziś żałuję. Przed chwilą wyklęty i niezastąpiony fejs przypomniał mi o Sarze Moon.
Życząc nastrojowego wieczoru :)


wtorek, 28 października 2014

Arles i van Gogh

Dlaczego van Gogh nie dotarł do Marsylii?
Ponieważ zatrzymał się w Arles i nie miał już ochoty stamtąd wyjeżdżać.
Oczywiście jest to tylko efektowne uproszczenie na potrzeby tego wpisu. Ziarnko prawdy owinięte trudną codziennością malarza, kłopotami finansowymi i zdrowotnymi.

Faktem niezaprzeczalnym jest, iż boski Vincent (określenie znacznie bardziej uprawnione niż w przypadku Valentino) doczekał się w Arles Anno Domini 2014 Fundacji.

Widok na miasto z Fundacji Vincenta van Gogha
Fundacja od frontu...
...i z góry. Na dachu efektowna, choć tu tego nie widać, instalacja Raphaela Heftiego z tafli kolorowego szkła.
Rozsuwana brama wejściowa z dziełem Bertranda Laviera, ukazującym podpis van Gogha i charakterystyczną fakturę jego obrazów.
"... w przyszłości należałoby używać w katalogu mego imienia, nie zaś nazwiska, jak to robię podpisując obrazy. Vincent, a nie van Gogh, dla tej prostej przyczyny, że nazwiska nikt tu nie potafi wymówić." - pisał artysta do brata Theo.
Na inaugurującą działanie Fundacji czasową wystawę pt. "Van Gogh żyje!" składały się m. in. obrazy malarza powstałe w Arles i okolicach oraz prace współczesnych artystów inspirowane w mniej lub bardziej oczywisty sposób jego twórczością.

Thomas Hirschhorn stworzył "Wewnętrzny ołtarz van Gogha" - zajmującą kilka pomieszczeń instalację zbudowaną z przedmiotów wykorzystujących dzieło i mit artysty. Zaczynając od książek, albumów i kalendarzy, na talerzach, tackach i poduszkach kończąc. Autor instalacji zgromadził setki, może nawet tysiące przedmiotów lub ich fotografii rodem ze sklepów z pamiątkami, połączył je aluminiowymi neuronami, gdyż akcja dzieje się w mózgu młodej Japonki-obsesjonatki vangoghowskiej, i skontrastował z cytatami z listów niedocenionego za życia malarza. Przy obsesjach kultury masowej i schizofrenii rynku sztuki, psychiczne problemy van Gogha wydają się niewielkie... ;)




Sklepu z pamiątkami jednak nie zabrakło w Fundacji
Żaden malarz nie potrafił tak jak Vincent oddać świetlistości i nasycenia kolorów Południa. Żółty dom z mieszkaniem i pracownią Boskiego ostał się próbie czasu tylko na obrazie. Obecnie w miejscu budynku, tuż za murami miejskimi, znajduje się banalne rondo.
Istnieje nadal malowana przez van Gogha kawiarnia.
Teraz kilka fotogenicznych widoków Arles, jakim mniej więcej widział go malarz.







sobota, 18 października 2014

Pogwarki o diecie i etyce

Park Wschodni. Siedzimy na schodach nad rzeczką i obserwujemy łabędzia.
Przechodzi pani z psem przypominającym z pyska tapira.
- To jest łabędź - tłumaczy właścicielka pupilowi.
Psina spogląda na pierzastego z umiarkowanym zainteresowaniem.
- Tego się nie je - pani kontynuuje lekcję przyrody i etycznego odżywiania.
:))

"I kto tu kogo obserwuje?"















wtorek, 14 października 2014

"Dziady" we Wrocławiu

Moja relacja z czasem jest coraz trudniejsza. Zupełnie się już nie rozumiemy. On ciągnie w jedną, ja w drugą. On pędzi w peletonie depcząc wszystko i nie rozglądając na boki, ja wlokę się w ogonie usiłując zobaczyć i zabrać ze sobą, ile się da. Doganiam go rzadko, tylko, gdy muszę. Wolę ogon. Trzeba sobie powiedzieć jasno - przyjaźń się skończyła.

Ostatnio udało mi się zagarnąć sporo wspaniałości. M.in.:

"Dziady" w Teatrze Polskim we Wrocławiu



Takiego Gustawa jeszcze nie było. Momentami męski i poważny, głównie jednak chłopięco niedojrzały i histeryczny. Artysta muzyk, sądząc z wokalnych popisów oraz rockowego wizerunku, i kabotyn. Chwilami kpiarski i zdystansowany, bierze wszystko w cudzysłów, kokietuje publiczność, zwracając się bezpośrednio do niej. Porzucony przez kobietę z krwi i kości, do której atrakcyjnych kształtów referuje kilkukrotnie, nieszczęśliwie zakochany w niej, w sobie, nie radzący sobie z uczuciami, z cierpieniem. W interpretacji Bartosza Porczyka Gustaw mieni się wszystkimi odcieniami znerwicowanego współczesnego mężczyzny. (Ups, sorry.)

Jako widz jestem w pełni usatysfakcjonowana tą szarżującą, świadczącą o talencie i charyzmie, niepozwalającą na chwilę znużenia rolą. Jako widz-kobieta... chciałabym zobaczyć jak Porczyk odnajduje w Gustawie mężczyznę-opokę, sprzed kryzysu tożsamości i dewaluacji miłości. Myślę, że byłoby to jeszcze bardziej fascynujące przeżycie.

Reżyser, Michał Zadara, znakomicie uwspółcześnił swoją inscenizację "Dziadów", części I, II i IV, przenosząc je w aktualne realia i kostium, unikając przy tym poprawiania Mickiewicza, czyli nieodzownego w "nowoczesnej" reżyserii teatralnej majstrowania przy tekście. Więcej! Serwując pełną, nieokrojoną wersję dramatu. Cześć Mu za to i chwała!

Akcja rozgrywa się m. in. w pokoju nastolatki w modnych okularach i luźnym koku na czubku głowy (dobra rola Anny Ilczuk), marzącej o wielkiej miłości, która nada sens istnieniu. W zapaskudzonym nielegalnie wysypywanymi śmieciami lesie, po którym błądzą myśliwi, a młodzi ludzie imprezują lub rozmawiają przy ognisku "o życiu". Obrzęd przyzywania duchów odbywa się na niedokończonej budowie, pod wodzą groteskowego Guślarza (Mariusz Kiljan), "oszołoma" na czele sekty. Nieodparty komizm i brawurowe aktorstwo scen II części (rewelacyjna Sylwia Boroń w roli Dziewczyny) nie ujmuje wagi przesłaniom przynoszonym przez poszczególne duchy.



Spektakl z dwoma przerwami trwa cztery godziny, bardzo młodzi w przeważającej części widzowie (licealiści jak mniemam z krągłej świeżości lic) siedzą nadspodziewanie cisi i zainteresowani jak na trudną, romantyczną mowę wiązaną, na koniec nagradzając twórców owacjami na stojąco. To, wespół z moją minirecenzją, powinno stanowić nie najgorszą rekomendację.

Na przyszły rok planowana jest premiera III części. Płonę z niecierpliwości.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...