"Marylin i Marlena" w Hali Stulecia, czyli ekspozycja kolejnego fragmentu kolekcji fotografii Miltona Greena zakupionej przez Wrocław kilka lat temu. Wystawa nieduża (do kilkukrotnego obejrzenia w godzinę), pozwalająca zajrzeć w oczy dwóch wielkich gwiazd i sporo w nich zobaczyć, jak również docenić talent i kreatywność fotografa.
Dietrich na zdjęciach Greena z lat 50. jest zachwycająco piękna i nieodgadniona niczym sfinks. Nie odsłania siebie prywatnej. Z jej twarzy nie można wyczytać żadnych uczuć. Czasami pozwala sobie na uwodzicielską, wyzywającą minę kobiety-wampa. Wszystko w zgodzie ze standardami kina lat 20. i 30. oraz polityką przemysłu filmowego, który kreował niedostępne dla śmiertelników gwiazdy, kobiety doskonałe, żyjące miłosnymi uniesieniami, śpiące w wieczorowych sukniach na futrach z norek, jedzące tylko kawior i nie korzystające z toalet (w ogóle!;). Tylko ujęcia eksponujące słynne nogi i jedwabiste niczym z reklamy włosy przesłaniające twarz mówią pośrednio o strachu przed starzeniem się i końcem kariery filmowej.
Marylin na każdej fotografii jest inna. Odsłania się całkowicie, mieni kolorami kolibra. Bywa gwiazdą i dziewczyną z sąsiedztwa, seksbombą i kruchą kobietą z krwi i kości, jednocześnie wyzywającą i niewinną, smutną i frywolną, kapryśną i miłą.
Dzieliło je 25 lat różnicy wieku, pochodzenie, wychowanie, charaktery. Łączył zawód, który wykonywały, zachwyt publiczności dla ich urody, talentu i uzależnienie od tego zachwytu.
Marlena przeżyła 91 lat, Marylin 36. Wiadomo! Sfinksy żyją dłużej...
sobota, 16 lipca 2016
poniedziałek, 4 lipca 2016
Nadal gwarzymy
***
NIUNIA (patrząc nostalgicznie w deszczowe okno): Skoda, ze magia nie istnieje... ( po chwili) Ale jest psecies magia miłości!
***
Spider i Bee w samochodzie stoją na światłach przy Muzeum Narodowym.
BEE: Gapisz się na nogi tej dziewczyny? (Niezłe, odkryte na prawie całej długości i w czerwonych szpilkach. Też się gapiłam.)
SPIDER: Nieee... na ten pomnik za nią.
NIUNIA (patrząc nostalgicznie w deszczowe okno): Skoda, ze magia nie istnieje... ( po chwili) Ale jest psecies magia miłości!
***
Spider i Bee w samochodzie stoją na światłach przy Muzeum Narodowym.
BEE: Gapisz się na nogi tej dziewczyny? (Niezłe, odkryte na prawie całej długości i w czerwonych szpilkach. Też się gapiłam.)
SPIDER: Nieee... na ten pomnik za nią.
wtorek, 28 czerwca 2016
Szare kruki
Z niedzielnego spotkania z wrocławskim bukinistą, czyli chodnikowym sprzedawcą książek przy Placu Dominikańskim, wyszliśmy ubogaceni takimi oto wdzięcznymi tytułami: "Sztuka graficzna i jej rola społeczna" wydana przez Muzeum Narodowe w Poznaniu w 1951 roku oraz "Palacz kotłów grzewczych" wydany przez Krajową Spółdzielnię Pracy "Oświata" we Wrocławiu w 1989 roku, w ostatnich podrygach komuny, a może już po przełomowym czerwcu.
Spider ma zamiar motywować swoją pozycją studentów i doktorantów do pilniejszej nauki, szczególnie polecając fragmenty o posługiwaniu się łopatą, choć społeczna (i nie tylko) rola palacza kotłów grzewczych jest do dziś nieoceniona.
Cytat z mojego nabytku: "Gabloty 27-28. Grafikę z pocz. XX w. reprezentują artyści polscy i radzieccy. Tematy pracy podejmują Krawczenko oraz E. Bartłomiejczyk; W. Krajewski i S. Raczyński ukazują siłę i tężyznę robotnika; drzeworyty T. Kulisiewicza są protestem i buntem przeciw niesprawiedliwości społecznej. Gabloty 29 - 32. Nowoczesne drzeworyty chińskie obrazują pokojową pracę, walkę z kułakiem [...] Gabl. 33. Najnowsze polskie drzeworyty obrazujące prace w stoczni, akcję hodowlaną i robotnika w fabryce".
Książeczka - wehikuł w niebezpieczne, również dla sztuki, czasy.
Spider ma zamiar motywować swoją pozycją studentów i doktorantów do pilniejszej nauki, szczególnie polecając fragmenty o posługiwaniu się łopatą, choć społeczna (i nie tylko) rola palacza kotłów grzewczych jest do dziś nieoceniona.
Cytat z mojego nabytku: "Gabloty 27-28. Grafikę z pocz. XX w. reprezentują artyści polscy i radzieccy. Tematy pracy podejmują Krawczenko oraz E. Bartłomiejczyk; W. Krajewski i S. Raczyński ukazują siłę i tężyznę robotnika; drzeworyty T. Kulisiewicza są protestem i buntem przeciw niesprawiedliwości społecznej. Gabloty 29 - 32. Nowoczesne drzeworyty chińskie obrazują pokojową pracę, walkę z kułakiem [...] Gabl. 33. Najnowsze polskie drzeworyty obrazujące prace w stoczni, akcję hodowlaną i robotnika w fabryce".
Książeczka - wehikuł w niebezpieczne, również dla sztuki, czasy.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Gdzie szukać księcia?
Znalazłam w końcu księcia na białym koniu. :) Na giełdzie antyków i staroci w Świdnicy. Marzenia pokoleń romantycznie usposobionych dziewcząt i kobiet o idealnym mężczyźnie oraz "długim i szczęśliwym" pożyciu odzwierciedlone w cudownie kiczowatym, przesłodkim wizerunku. (Zaczynam żałować, że go nie kupiłam...) Popatrzcie sobie, Dziewczyny, bo te rojenia są równie realistyczne jak sceneria w niżej zaprezentowanym dziele.
Na tym samym targu uwagę moją przyciągnął również obraz sygnowany przez, a jakże!, Siemiradzkiego. Nie dalej jak tydzień temu oglądałam wystawę artysty w krakowskich Sukiennicach, więc nawiązując do poprzedniego wątku, owo malowidło miało się tak do oryginalnych jak realny facet do tego z kobiecych marzeń...
Wybaczcie, Panowie, tę jawnie tendencyjną notkę. Jesteście pod wieloma względami OK, ale nie macie pojęcia, jakimi śpiącymi królewnami są Panie...
Na tym samym targu uwagę moją przyciągnął również obraz sygnowany przez, a jakże!, Siemiradzkiego. Nie dalej jak tydzień temu oglądałam wystawę artysty w krakowskich Sukiennicach, więc nawiązując do poprzedniego wątku, owo malowidło miało się tak do oryginalnych jak realny facet do tego z kobiecych marzeń...
| "U źródła" Siemiradzkiego |
środa, 25 maja 2016
Piosenka jest dobra na wszystko :)
Nie wychodzę i nie wybieram się, ale potrzebowałam czegoś wesołego i żwawego na rozruszanie przed zmywaniem góry garów i przypomniała mi się piosenka weselna. (W tym miejscu chyba mogę się pochwalić, iż osiągnęłam poziom mistrzowski w układaniu brudnych naczyń w taki sposób, żeby wyglądało, że jest ich mało, że wszystko mam pod kontrolą; zresztą i tak najważniejsze, aby był jeden czysty talerz i nóż dla tych, co nie zmywają (królewska liczba mnoga), a nie zmywają, gdyż nie są dopuszczani z powodu braku dokładności w płukaniu oraz uważności na stare fajanse i porcelany :).
Tak, słyszałam o istnieniu urządzeń zwanych zmywarkami, jednak wpasowanie takowej w naszą mini kuchnię zapełnioną fajansem i porcelaną wydaje się zadaniem odpowiedniejszym dla magika niż architekta wnętrz.
Krótki utwór, ledwie na opłukanie czajniczka do zielonej herbaty i umycie czarek starczyło, więc jeszcze jeden. Ten sam ślubny temat w męskiej wersji.
Tak, słyszałam o istnieniu urządzeń zwanych zmywarkami, jednak wpasowanie takowej w naszą mini kuchnię zapełnioną fajansem i porcelaną wydaje się zadaniem odpowiedniejszym dla magika niż architekta wnętrz.
Krótki utwór, ledwie na opłukanie czajniczka do zielonej herbaty i umycie czarek starczyło, więc jeszcze jeden. Ten sam ślubny temat w męskiej wersji.
Zrozumiałam, dlaczego w Juesej w latach 50. i 60. powstawało tyle skocznych piosenek (nawet te o rozdzierająco dramatycznych tekstach mają dziarskie linie melodyczne). Przemysł muzyczny wychodził naprzeciw zapotrzebowaniu licznej wówczas grupy gospodyń domowych...
czwartek, 5 maja 2016
3-majówka we Wrocławiu. W dwugłosie subiektywnym.
Ekscytującą atmosferę pospolitego ruszenia na festiwal gwiazd poczuliśmy już na przystanku tramwajowym, gdzie nie udało nam się wcisnąć do dwójki, żeby przejechać kilka przystanków, które dzieliły nas od Hali Stulecia. Cudem wepchnęliśmy się do kolejnej, by dotrzeć jak sardynki w metalowej puszce (z uchylonym wieczkiem:) do celu.
Zaczęliśmy od Korteza. Świadoma gustu muzycznego Spidera uprzedziłam, by nie spodziewał się instrumentalnych fajerwerków, gdyż Kortez to artysta z gitarą i fajnym, niskim, chrypliwym, lekko zblazowanym głosem. Największa wartość jego twórczości - perorowałam - leży w tekstach, w których męski podmiot liryczny nie boi się mówić szczerze i poruszająco o swoich uczuciach. Słowom towarzyszy nieskomplikowana melodia, która nie stanowi dla nich większej konkurencji. (Na gali wręczenia Fryderyków 2016, gdzie Kortez zagrał ze znakomitym artystą jazzowym Adamem Pierończykiem, prostotę tej muzyki słychać było szczególnie dobitnie w zestawieniu z głębią brzmienia saksofonu Pierończyka.)
Wracając do tematu - Kortez mnie wzruszył, Spidera zdenerwował, bo nuda i prawie disco polo. Indagowany, czy wsłuchał się w tekst, Spider zaprzeczył. Należy domniemywać, że mój wykład także puścił mimo uszu. W tym miejscu zacytuję fragment piosenki Natalii Przybysz pt. XJS, trafnie punktującej różnice w męskim i żeńskim odbiorze świata:
"Dlaczego ja piszę piosenkę, a ty nie wiesz, o czym jest?
Bo słucham melodii, nie liczy się tekst..."
Polecieliśmy na Pergolę, żeby posłuchać Meli Koteluk. Występowała w intensywnym słońcu i błękicie przysłoniętym fantazyjnymi chmurami. W pewnej chwili rozgrzaną i przykurzoną publiczność skropił delikatny deszczyk... Nie, nie z chmury, ale z pergolowej fontanny, która miewa taki szeroki gest. I wówczas nad widownią, na tle sceny z Melą w kolorowych, wzorzystych spodniach utworzyła się tęcza. Warunki i zjawiska atmosferyczne sharmonizowały się z pozytywną osobowością i piękną twórczością Artystki.
Pomimo tego, że jestem MELOmanką, nie potrafiłam skupić się na pierwszym w tym sezonie koncercie pod chmurką. (A skupienie na występach Meli jest nieodzowne.) Nie przeszkadzały mi co prawda chmury, ale gaduły i spacerowicze oraz słaba jakość dźwięku w miejscu, w którym staliśmy, nieco z tyłu, na prawo od czarnego domku dźwiękowca (po lewej dźwięk niczym nieograniczony niósł się znakomicie, co stwierdziłam dopiero następnego dnia słuchając w strugach deszczu Happysad). Tak czy inaczej przyjemnie było usłyszeć na żywo piłowane nieustannie z płyt lub laptopa utwory. Wczułam się dopiero w końcowe rockowe aranżacje. Dla Spidera muzyka Meli jest zbyt melodyjna, tekstów jak wiadomo nie słucha, więc zerwał się na Lao Che do Hali.
Dołączyłam wkrótce. Tu byliśmy absolutnie zgodni. Lao Che zagrał genialny koncert. Oszałamiający potęgą dźwięków i słowa. Warto byłoby wpaść na 3-majówkę tylko dla Lao Che.
Czas Kultu na Pergoli. Zajmujemy miejsca blisko sceny. Zaczyna się. Jest profesjonalnie, energetycznie, mocno, buntowniczo. Tłum gęstnieje. Tłum manifestuje. Unieśmiertelnia Celinę. Cieszy się z wyjazdu podopiecznych. Entuzjazm, prawie amok skaczącej widowni rozlewa się jak tsunami. Uciekam na suchy ląd, Spider zostaje w kotle. Wypływa po godzinie mokry do podkoszulka i zakurzony do kolan.
CDN.
Zaczęliśmy od Korteza. Świadoma gustu muzycznego Spidera uprzedziłam, by nie spodziewał się instrumentalnych fajerwerków, gdyż Kortez to artysta z gitarą i fajnym, niskim, chrypliwym, lekko zblazowanym głosem. Największa wartość jego twórczości - perorowałam - leży w tekstach, w których męski podmiot liryczny nie boi się mówić szczerze i poruszająco o swoich uczuciach. Słowom towarzyszy nieskomplikowana melodia, która nie stanowi dla nich większej konkurencji. (Na gali wręczenia Fryderyków 2016, gdzie Kortez zagrał ze znakomitym artystą jazzowym Adamem Pierończykiem, prostotę tej muzyki słychać było szczególnie dobitnie w zestawieniu z głębią brzmienia saksofonu Pierończyka.)
Wracając do tematu - Kortez mnie wzruszył, Spidera zdenerwował, bo nuda i prawie disco polo. Indagowany, czy wsłuchał się w tekst, Spider zaprzeczył. Należy domniemywać, że mój wykład także puścił mimo uszu. W tym miejscu zacytuję fragment piosenki Natalii Przybysz pt. XJS, trafnie punktującej różnice w męskim i żeńskim odbiorze świata:
"Dlaczego ja piszę piosenkę, a ty nie wiesz, o czym jest?
Bo słucham melodii, nie liczy się tekst..."
Polecieliśmy na Pergolę, żeby posłuchać Meli Koteluk. Występowała w intensywnym słońcu i błękicie przysłoniętym fantazyjnymi chmurami. W pewnej chwili rozgrzaną i przykurzoną publiczność skropił delikatny deszczyk... Nie, nie z chmury, ale z pergolowej fontanny, która miewa taki szeroki gest. I wówczas nad widownią, na tle sceny z Melą w kolorowych, wzorzystych spodniach utworzyła się tęcza. Warunki i zjawiska atmosferyczne sharmonizowały się z pozytywną osobowością i piękną twórczością Artystki.
Pomimo tego, że jestem MELOmanką, nie potrafiłam skupić się na pierwszym w tym sezonie koncercie pod chmurką. (A skupienie na występach Meli jest nieodzowne.) Nie przeszkadzały mi co prawda chmury, ale gaduły i spacerowicze oraz słaba jakość dźwięku w miejscu, w którym staliśmy, nieco z tyłu, na prawo od czarnego domku dźwiękowca (po lewej dźwięk niczym nieograniczony niósł się znakomicie, co stwierdziłam dopiero następnego dnia słuchając w strugach deszczu Happysad). Tak czy inaczej przyjemnie było usłyszeć na żywo piłowane nieustannie z płyt lub laptopa utwory. Wczułam się dopiero w końcowe rockowe aranżacje. Dla Spidera muzyka Meli jest zbyt melodyjna, tekstów jak wiadomo nie słucha, więc zerwał się na Lao Che do Hali.
Dołączyłam wkrótce. Tu byliśmy absolutnie zgodni. Lao Che zagrał genialny koncert. Oszałamiający potęgą dźwięków i słowa. Warto byłoby wpaść na 3-majówkę tylko dla Lao Che.
CDN.
niedziela, 1 maja 2016
To był dzień! Światowy Dzień Jazzu.
W sobotni wieczór w Hali Stulecia podczas wielkiej, wspaniałej imprezy z okazji Światowego Dnia Jazzu naprawdę można było odczuć europejskość i światowość, rozmach i jakość kulturalnego Wrocławia. Zadziało się tak za sprawą Leszka Możdżera - dyrektora artystycznego festiwalu Jazz nad Odrą oraz wielu znakomitych muzyków, którzy przyjęli jego zaproszenie do wzięcia udziału w tym niezwykłym przedsięwzięciu, które moim zdaniem przejdzie do muzycznej historii miasta.
Szczegółową relację pozostawiam jazz forum. (Właściwie dlaczego jeszcze jej nie ma?? Co tam, że długi weekend - żyjemy w czasach głodu najświeższych informacji! :) Nadmienię jedynie, że na głównej scenie Urszula Dudziak ze świetnym zespołem nie tylko śpiewała, ale również bawiła anegdotami i motywowała niczym najwiarygodniejszy coach do pozytywnej myśli oraz zgodnego z własnymi potrzebami i talentami życia.
Laureat Grand Prix Jazzu nad Odrą 2016, zespół SKICKI SKIUK, zagrał krótko (za krótko :), ale tak klimatycznie i zachęcająco, że już zaczęłam tropić ich najbliższy występ w naszym mieście.
Koncert Tomasza Stańko z Newelectronic feat. Leszek Możdżer był jak muzyczna uczta Babette, prezentował najwyższy poziom wyrafinowania.
Nie doceniłam wielbicieli jazzu, gdyż obawiałam się, że olbrzymia Hala będzie świecić pustkami. Tymczasem publiczność stawiła się tłumnie, rozrzut wieku od 90 (nie przesadzam) do nastu, i współtworzyła razem z muzykami oraz organizatorami entuzjastyczną i wyjątkową atmosferę tego Wydarzenia.
Jazz ma się dobrze pod każdym względem.
P.S. Poniżej zdobywcy Grand Prix - SKICKI SKIUK - w akcji - przy innej okazji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)