czwartek, 20 listopada 2014

Okruchy jesieni

Mój nieprzyjaciel czas pędzi wciąż na łeb na szyję pochłaniając wszystko po drodze. Wszystkożerny i nienasycony. Zbieram okruchy. Dobre i to.

Wystawa Alfreda Lenicy w Muzeum Narodowym. Meandry organicznych form wciągających wzrok w skomplikowane labirynty w poszukiwaniu sensów. Obłe kształty i miękka kolorystyka obrazów Lenicy wywoływały pozytywne wrażenia łagodząc gorzką tematykę dzieł sugerowaną przez tytuły.


Podczas gdy Spider rozbijał się po Tokio, ja wytropiłam Japonię we wrocławskiej Galerii Miejskiej na wystawie Direct Painting XY Anki Mierzejewskiej...



... oraz pod postacią miłorzębu japońskiego, klonu japońskiego i takiejże kalikarpy, które zmieniły image, gdy rodzime drzewa (buki wyglądały obłędnie w tym roku) potraciły już liście.




Kalikarpa
Jesień pozostawała długo ożywczo zielona, żeby buchnąć kolorami ognia z końcem października. Ogród botaniczny wyglądał przez trzy tygodnie zjawiskowo. Szkoda mi było każdego dnia, którego nie zdołałam wpaść tam choćby na chwilę nacieszyć oczy. A powaby jesieni trwają równie krótko jak uroki wiosny. Natura dozuje człowiekowi przyjemności, żeby nie oszalał z nadmiaru piękna :)






Idealne śniadanko na listopadowe chłody i ciemności - tiramisu a la pszczółka, czyli w miejsce lekkich jak piórka biszkoptów stosujemy ciężkie jak puchowe pierzyny magdalenki, zamiast kawy mocną herbatę, mascarpone z żółtkiem i brązowym cukrem nie odbiega mocno od tradycji, amaretto i kakaową posypkę używamy w zależności od zapotrzebowania. Wygrzebałam z dna szafy ostatnie półkilogramowe opakowanie magdalenek przywiezionych z wakacji we Francji i zaczęło się jesienne tuczenie :)

Kakaowy pyłek pominięto przez wzgląd na nadmierne spożycie kakao w formie płynnej
Wełniana martwa natura ze skarpetkami :)
Zachód słońca w Kliczkowie koło Bolesławca, gdzie pojechaliśmy popatrzeć po raz enty na odrestaurowany zamek, obecnie hotel, ujeżdżalnię koni, w której mieści się jeden z oryginalniejszych basenów hotelowych oraz pospacerować po parku i lasach wokół posiadłości.

wtorek, 4 listopada 2014

Z cyklu ZACHWYCENIA

Kilka lat temu (już!!!) wędrując ze Spiderem ulicami i bulwarami wokół Ogrodu Luksemburskiego trafiłam na wernisaż nieznanej mi wówczas, mieszkającej w Paryżu fotografki Sarah Moon. Weszliśmy i zostaliśmy chwilę, żeby obejrzeć zdjęcia rozwieszone na ścianach galerii, przejrzeć udostępnione albumy z twórczością Moon, dyskretnie rzucić okiem na obecną autorkę, postarzałą piękność okutaną w artystyczne czernie. Podobały mi się jej prace, niewyraźne, jakby zasnute mgiełką czasu i tajemnicy, pokazujące w poetycki sposób zjawisko, stan kobiecością zwany. Nie kupiłam wtedy albumu i nie poprosiłam o autograf, czego dziś żałuję. Przed chwilą wyklęty i niezastąpiony fejs przypomniał mi o Sarze Moon.
Życząc nastrojowego wieczoru :)


wtorek, 28 października 2014

Arles i van Gogh

Dlaczego van Gogh nie dotarł do Marsylii?
Ponieważ zatrzymał się w Arles i nie miał już ochoty stamtąd wyjeżdżać.
Oczywiście jest to tylko efektowne uproszczenie na potrzeby tego wpisu. Ziarnko prawdy owinięte trudną codziennością malarza, kłopotami finansowymi i zdrowotnymi.

Faktem niezaprzeczalnym jest, iż boski Vincent (określenie znacznie bardziej uprawnione niż w przypadku Valentino) doczekał się w Arles Anno Domini 2014 Fundacji.

Widok na miasto z Fundacji Vincenta van Gogha
Fundacja od frontu...
...i z góry. Na dachu efektowna, choć tu tego nie widać, instalacja Raphaela Heftiego z tafli kolorowego szkła.
Rozsuwana brama wejściowa z dziełem Bertranda Laviera, ukazującym podpis van Gogha i charakterystyczną fakturę jego obrazów.
"... w przyszłości należałoby używać w katalogu mego imienia, nie zaś nazwiska, jak to robię podpisując obrazy. Vincent, a nie van Gogh, dla tej prostej przyczyny, że nazwiska nikt tu nie potafi wymówić." - pisał artysta do brata Theo.
Na inaugurującą działanie Fundacji czasową wystawę pt. "Van Gogh żyje!" składały się m. in. obrazy malarza powstałe w Arles i okolicach oraz prace współczesnych artystów inspirowane w mniej lub bardziej oczywisty sposób jego twórczością.

Thomas Hirschhorn stworzył "Wewnętrzny ołtarz van Gogha" - zajmującą kilka pomieszczeń instalację zbudowaną z przedmiotów wykorzystujących dzieło i mit artysty. Zaczynając od książek, albumów i kalendarzy, na talerzach, tackach i poduszkach kończąc. Autor instalacji zgromadził setki, może nawet tysiące przedmiotów lub ich fotografii rodem ze sklepów z pamiątkami, połączył je aluminiowymi neuronami, gdyż akcja dzieje się w mózgu młodej Japonki-obsesjonatki vangoghowskiej, i skontrastował z cytatami z listów niedocenionego za życia malarza. Przy obsesjach kultury masowej i schizofrenii rynku sztuki, psychiczne problemy van Gogha wydają się niewielkie... ;)




Sklepu z pamiątkami jednak nie zabrakło w Fundacji
Żaden malarz nie potrafił tak jak Vincent oddać świetlistości i nasycenia kolorów Południa. Żółty dom z mieszkaniem i pracownią Boskiego ostał się próbie czasu tylko na obrazie. Obecnie w miejscu budynku, tuż za murami miejskimi, znajduje się banalne rondo.
Istnieje nadal malowana przez van Gogha kawiarnia.
Teraz kilka fotogenicznych widoków Arles, jakim mniej więcej widział go malarz.







sobota, 18 października 2014

Pogwarki o diecie i etyce

Park Wschodni. Siedzimy na schodach nad rzeczką i obserwujemy łabędzia.
Przechodzi pani z psem przypominającym z pyska tapira.
- To jest łabędź - tłumaczy właścicielka pupilowi.
Psina spogląda na pierzastego z umiarkowanym zainteresowaniem.
- Tego się nie je - pani kontynuuje lekcję przyrody i etycznego odżywiania.
:))

"I kto tu kogo obserwuje?"















wtorek, 14 października 2014

"Dziady" we Wrocławiu

Moja relacja z czasem jest coraz trudniejsza. Zupełnie się już nie rozumiemy. On ciągnie w jedną, ja w drugą. On pędzi w peletonie depcząc wszystko i nie rozglądając na boki, ja wlokę się w ogonie usiłując zobaczyć i zabrać ze sobą, ile się da. Doganiam go rzadko, tylko, gdy muszę. Wolę ogon. Trzeba sobie powiedzieć jasno - przyjaźń się skończyła.

Ostatnio udało mi się zagarnąć sporo wspaniałości. M.in.:

"Dziady" w Teatrze Polskim we Wrocławiu



Takiego Gustawa jeszcze nie było. Momentami męski i poważny, głównie jednak chłopięco niedojrzały i histeryczny. Artysta muzyk, sądząc z wokalnych popisów oraz rockowego wizerunku, i kabotyn. Chwilami kpiarski i zdystansowany, bierze wszystko w cudzysłów, kokietuje publiczność, zwracając się bezpośrednio do niej. Porzucony przez kobietę z krwi i kości, do której atrakcyjnych kształtów referuje kilkukrotnie, nieszczęśliwie zakochany w niej, w sobie, nie radzący sobie z uczuciami, z cierpieniem. W interpretacji Bartosza Porczyka Gustaw mieni się wszystkimi odcieniami znerwicowanego współczesnego mężczyzny. (Ups, sorry.)

Jako widz jestem w pełni usatysfakcjonowana tą szarżującą, świadczącą o talencie i charyzmie, niepozwalającą na chwilę znużenia rolą. Jako widz-kobieta... chciałabym zobaczyć jak Porczyk odnajduje w Gustawie mężczyznę-opokę, sprzed kryzysu tożsamości i dewaluacji miłości. Myślę, że byłoby to jeszcze bardziej fascynujące przeżycie.

Reżyser, Michał Zadara, znakomicie uwspółcześnił swoją inscenizację "Dziadów", części I, II i IV, przenosząc je w aktualne realia i kostium, unikając przy tym poprawiania Mickiewicza, czyli nieodzownego w "nowoczesnej" reżyserii teatralnej majstrowania przy tekście. Więcej! Serwując pełną, nieokrojoną wersję dramatu. Cześć Mu za to i chwała!

Akcja rozgrywa się m. in. w pokoju nastolatki w modnych okularach i luźnym koku na czubku głowy (dobra rola Anny Ilczuk), marzącej o wielkiej miłości, która nada sens istnieniu. W zapaskudzonym nielegalnie wysypywanymi śmieciami lesie, po którym błądzą myśliwi, a młodzi ludzie imprezują lub rozmawiają przy ognisku "o życiu". Obrzęd przyzywania duchów odbywa się na niedokończonej budowie, pod wodzą groteskowego Guślarza (Mariusz Kiljan), "oszołoma" na czele sekty. Nieodparty komizm i brawurowe aktorstwo scen II części (rewelacyjna Sylwia Boroń w roli Dziewczyny) nie ujmuje wagi przesłaniom przynoszonym przez poszczególne duchy.



Spektakl z dwoma przerwami trwa cztery godziny, bardzo młodzi w przeważającej części widzowie (licealiści jak mniemam z krągłej świeżości lic) siedzą nadspodziewanie cisi i zainteresowani jak na trudną, romantyczną mowę wiązaną, na koniec nagradzając twórców owacjami na stojąco. To, wespół z moją minirecenzją, powinno stanowić nie najgorszą rekomendację.

Na przyszły rok planowana jest premiera III części. Płonę z niecierpliwości.

piątek, 26 września 2014

Calanques

Tego lata zrozumiałam, po co wymyślono jachty. Żeby żeglować wzdłuż fantastycznie ukształtowanego wybrzeża między Marsylią i La Ciotat. Cumować w bajkowych zatoczkach i patrzeć, ile dusza zapragnie. Leżeć na pokładzie w słońcu odbitym od czekoladowych skał, poddawać się błogiemu i emocjonującemu kołysaniu, wdychać morze. Spędzać całe dnie prawie nago wśród czterech żywiołów. Wody, skał, powietrza i słońca. Taaak. Wakacje na jachcie mogą być niezwykle zmysłowym doświadczeniem.

Oświecenie spłynęło na mnie podczas dwuipółgodzinnego rejsu, w który wypłynęliśmy z La Ciotat za radą Jeana-Louisa, aby zobaczyć calanques w pełnej okazałości. Pierwszą strofę tej baśni zapisanej w skale przez czas poznaliśmy w ubiegłym roku podczas wizyty w Cassis, położonym w malowniczej zatoce z widokiem na zdumiewające pomarańczowe klify. W tym roku przeczytałam ekscytujący ciąg dalszy. Ani chwili nudy, ogromna ciekawość, co dalej, niedowierzanie i zachwyt, że takie dzieło stworzono...

Skaliste wybrzeże i zatoki różnią się uformowaniem, od koronek po gotyckie kolumny, oraz kolorami. Od ciepłych brązów, przez pomarańcze, żółcie, po szarości i biele.

Czekoladowa góra, o ileż przyjaźniejsza od lodowej!


Plażowanie na skałach


Wpływanie i opuszczanie zatok zmieniało perspektywy.



Tę "kalankę" upodobali sobie wspinacze i kajakarze. Do plaży widocznej u podnóża klifu można dopłynąć tylko od strony morza.
Prototyp Sagrada Familia


Łódź, którą pruliśmy fale (prawda, że ładny związek frazeologiczny?) była niewielka, czego nie można powiedzieć o falach tego dnia. Kołysało i rzucało dość mocno, szczególnie gdy wypływaliśmy z zatoczek. Chodzenie po pokładzie czy stanie bez trzymania się poręczy ławki celem zrobienia zdjęcia, wymagało nie lada ekwilibrystyki. I tu dokonałam odkrycia potwierdzając tym samym znaną prawdę, że podróże uczą nie tylko o świecie, ale i o sobie. Uwielbiam pływać po niespokojnym morzu, wędrować po rozchybotanym pokładzie. (Jakby to odczucie przenieść na samolot??) Zaś na świecie jest takie miejsce, które nadaje się idealnie na rajskie wakacje.

niedziela, 21 września 2014

Sztuka niejedno ma imię?

Na niedzielnym targu pod młynem wymieniam z panem handlującym obrazami "od 10 do 50 zł", jak głosił napis na kawałku kartonu, uwagi na temat dzieła wybijającego się na tle innych tematyką. Przedstawia ono coś jakby opalonych greckich bogów, być może Posejdona i jego syna Trytona, zasadzających się na bladolice nimfy morskie. Malarz niespecjalnie radził sobie z proporcjami ciała, kobiece siedzenie fascynowało go do tego stopnia, że umieścił je na pierwszym planie i powiększył aż do łopatek, ale był niewątpliwie mistrzem ekspresji twarzy.



Chcę zrobić zdjęcie obrazu telefonem, lecz przez dłuższą chwilę nie mogę go włączyć.
- Zbuntował się - mówię.
Pan na to: Widać zna się na sztuce.
:)


***

"Okeanidy" Gustawa Dore
Takich nie uświadczysz pod młynem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...