Nawet marnego zdjęcia z wakacji nie chce się poszukać i wstawić opatrując pseudozabawnym podpisem. Nikt chyba nie ma już wątpliwości, że usiłuje się tu pozorować dzianie i działanie, a generalnie się obija.
A Wy cierpliwie zaglądacie, czego dowodzą blogowe statystki (pozdrowienia dla Chińczyków, którzy od czasu do czasu pojawiają się w ilościach hurtowych:), ja zaglądam, jak Wy zaglądacie, jak Wasze zainteresowanie i cierpliwość falują, jak dzielnie wytrzymują próby wielodniowego milczenia, aż w którymś momencie stwierdzacie, że macie dość tej nieogarniętej dzieweczki, której nie chce się pomyśleć i naskrobać kilku słów o Paryżu, Tokio lub Wrocławiu.
A wtedy taa-daaam!!! Podsumowanie stycznia.
Uprzejmie donoszę, że działałam na innych areałach, tzn. latałam ze szczególną jak na zimową porę energią nad kwitnącymi łąkami filmowymi, teatralnymi i innymi.
KINO
Zrobiłam trzy podejścia do "Życia Adeli" w kinie nowohoryzontowym, dwa razy stwierdzając przy kasie, że jest za dużo widzów, którzy będą mi przeszkadzać w idealnym odbiorze. Za trzecim razem de facto zakupiłam bilet i siedziałam już na widowni, która pęczniała i ruszała się, i szemrała, i gdzieniegdzie szeleściła. Zapełniła się z przodu, z tyłu, z boków, uniemożliwiając salwowanie się ucieczką do pierwszych rzędów lub na skrajne krzesła. Na reklamach z zimną determinacją opuściłam salę, a moje ulubione kino zwróciło mi pieniądze za bilet wykazując się zrozumieniem dla syndromu KNG (księżniczka na ziarnku grochu-termin będzie się pojawiać częściej na łamach, gdyż przypadłość, niestety, zaostrza mi się z biegiem lat). "Życie Adeli" postanowiłam obejrzeć na DVD w zaciszu domowego leda.
W towarzystwie kilku kulturalnych widzów obejrzałam "Moliera na rowerze" w reżyserii Philippe`a Le Guaya. (Mała dygresja - widz kulturalny zwany zamiennie widzem-kamieniem zachowuje się jakby go nie było; przy tej okazji nadmienię, że kilka lat temu podczas NH siedziałam na seansie "Barry`ego Lyndona" obok Wojtka Smarzowskiego i niniejszym mam okazję obwieścić, iż oprócz tego, że jest świetnym reżyserem, jest również współwidzem doskonałym, widzem-głazem.) Francuskiemu kinu z zasady nie przepuszczam, a tym razem zaliczyłam strzał w dziesiątkę, błogość filmową. Inspirowaną molierowskim "Mizantropem", osadzoną współcześnie, tragi-komiczną opowieść o znakomitym aktorze, który porzuca zawód i ucieka na francuską wysepkę Re rozczarowany egoizmem i chciwością środowiska filmowo-teatralnego.
Akcja rozpoczyna się w momencie pojawienia się na wyspie gwiazdora popularnego serialu o lekarzach, który chce przekonać zgorzkniałego samotnika do wspólnego zagrania w "Mizantropie". Oglądamy więc pojedynek dwóch postaw i osobowości, wybornie odtworzonych przez Fabrice`a Luchiniego i Lamberta Wilsona, "początek pięknej przyjaźni", zarys miłości (wzruszające sceny śpiewania z urodziwą sąsiadką Włoszką w samochodzie czy zabawy na wietrznej plaży), satyrę na show-biznes i kpinę ze współczesnego świata (postać młodziutkiej "aktorki" filmów porno, która ku zrozumieniu rodziny i chłopaka "robi karierę", a przede wszystkim nieźle zarabia bez specjalnego wysiłku...). Czy miłości i przyjaźni uda się w pokręconym (od stuleci) świecie rozwinąć? Postawa którego z adwersarzy jest Wam bliższa? Sprawdźcie.
Muszę wspomnieć o bezcennej scenie kąpieli bohatera Wilsona w jacuzzi w snobistycznym domu letniskowym na Re użyczonym mu przez redaktorkę jakiegoś pisma. Scena ta - śmieszna i dramatyczna zarazem - jest jak kwintesencja molierowskiego i leguayowskiego pokazywania świata.
SERIALE
Wpadłam w serialowy amok za sprawą angielskiego "Sherlocka". Błyskotliwie uwspółcześnionej wersji przygód słynnego detektywa i asystującego Watsona, pomysłowo i efektownie zrealizowanej, genialnie zagranej. Holmes jest gejem, wiecznie znudzonym geniuszem, zimnym (na pozór) złośliwcem z nieodłącznym smartfonem w ręce. Zakochałam się w tej nietuzinkowej postaci w interpretacji Benedicta Cumberbatcha. Martin Freeman jako Watson - weteran wojny w Afganistanie, podrywacz i bloger (tym mnie ujął niebywale:), uzależniony od adrenaliny - jest również do schrupania. Czysta, szalenie dowcipna zabawa w kino! Trzy sezony, dziewięć pełnometrażowych odcinków, obejrzałam niemal jednym tchem i błagałam o więcej (nadal błagam).
Pocieszyłam się pierwszym sezonem amerykańskiego serialu "Masters of sex" opartego na losach pionierów doświadczalnych badań nad ludzką seksualnością - Williama Mastersa i Virginii Johnson. Ich historia zawodowa oraz osobista wciąga, a oglądanie obyczajowych realiów lat 50. jest jak wizyta w skansenie niewiarygodnej ignorancji na temat seksu, w cukierkowo opakowanym świecie dojmującego patriarchatu i podporządkowanych ludzi drugiej kategorii - kobiet, czarnoskórych, gejów. Nie pozostaję odporna na uroki opakowania (Ach te motyle sukienki, staranne uczesania, biżuteria i samochody retro!), ale oddycham z ulgą, że wiele tematów zostało już odrobionych. Lizzy Caplan w roli Virginii czaruje oryginalną urodą i seksapilem, choć aktorsko daleko jej do partnera - doświadczonego wyjadacza angielskich scen teatralnych Michaela Sheena (nie z tych Sheenów). Jak najbardziej polecam.
RODZINA
Finał pobytu w Bobolandii nazwałabym malowniczym, mianowicie Niunia pędem pokonała dystans dzielący toalety od wyjścia, czyli praktycznie całą halę, z obnażoną tylną częścią ciała, gdyż nie pozwoliła podciągnąć sobie majtasów. Wyprowadzona z równowagi mamunia oznajmiła: "Pożegnaj się z Bobolandią, bo długo tu nie wrócimy." Na co Niunia posłusznie wychlipała: "Ziegnaj Bobolandio! Kocham cię Bobolandio!"
Obchodziliśmy czwarte urodziny Niuni. (Nie powstrzymam się od zdziwionych wykrzykników i pustych pytajników... Cóż za nieprawdopodobny wiek! Jak to jest mieć tylko cztery lata!?!?) Jubilatka (słowo kojarzy mi się ze 104 urodzinami... wyobraźnia podsuwa obraz Niuni z trzecimi zębami...) nie chciała dmuchać świeczek na bardzo słodkim torcie w kształcie lokomotywy ani pozować do zdjęć. Przekonał ją dopiero argument, że będzie je mogła pokazać w przedszkolu Olusiowi...
TEATR, KSIĄŻKI I WYSTAWY
