sobota, 17 sierpnia 2013

Stylowo

Był sobie stolik komputerowy, przy którym Spider zwykł pracować wieczorami. Stolik szpetnie nijaki, zrobiony z płyty wiórowej, oklejonej okleiną (brzmi tak, jak wygląda), kupiony tak dawno, że nikt nie pamiętał, gdzie i kiedy. Bee cierpiała estetyczne katusze patrząc na jego smętną banalność i paździerzową funkcjonalność. Kiedy udało jej się zakupić na aukcji internetowej stolik-biurko w stylu Ludwika XVI, radość nie miała granic. Nowy stolik był śliczny, zgrabny, orzechowy, z girlandą róż wijącą się subtelnie na froncie szuflady. Nie pochodził wprawdzie z epoki, lecz z początków 20. wieku, i niezmiernie smakował drewnojadom, ale przy pomocy znajomego restauratora udało się zatuszować przynajmniej tę drugą wadę.

- Nie chcę przy tym siedzieć, bo będę musiał uważać!!!! - protestował niewdzięczny Spider.

Dla obu stolików nie było jednak miejsca w ich zagraconym mieszkaniu, więc byle jaki został w końcu wyniesiony do piwnicy.

- Musisz bardzo uważać, ale to bardzo, żeby nie stukać, nie rysować, nie stawiać, nie moczyć...  - wyliczała Bee. - A pod kubek dostaniesz dzierganą serwetkę.

- Naprawdę marzyłem o takich warunkach do pracy... - rzekł z przekąsem.

Gdy pogodził się z obecnością stylowego biurka w jego życiu, Bee zagadnęła:

- Pająkuuu, a mógłbyś zamiast krzesła komputerowego używać tego ludwikowskiego krzesełka, które idealnie pasuje do stolika? Twoje wynieślibyśmy do piwnicy...

Śliczne krzesełko - misternie rzeźbione, z siedzeniem obitym miękką różową skórą, w stylu Ludwika XVI, zbliżone wiekiem do epoki - zostało zakupione swego czasu na targu antyków i staroci przy Porte de Vanves w Paryżu. Posiadało tylko jedną dyskusyjną cechę - było tak niskie, że Spider siedząc na nim dotykał rękami podłogi... (Co przy odrobinie dobrej woli można uznać za niezwykle praktyczne, gdyż nie trzeba wstawać, by podnieść rzecz upadłą, a wręcz podłogę można uważać za przedłużenie biurka i obłożyć się książkami dokoluśka...;)



Jednak Bee nie liczyła na inżynierskie zrozumienie dla pojęć takich jak piękno otoczenia, harmonijna całość, podmiotowość przedmiotu...

Tymczasem inżynier wykazał się niespodziewaną wrażliwością na jednorodność stylu i chęcią współpracy, gdyż zaproponował:

- W takim razie kup mi jeszcze perukę i gęsie pióro, żebym lepiej pasował do wnętrza... Komputer też się wywali, będę machał numerykę piórkiem na papierze czerpanym!

:)

Le bal paré / [d'après] A. de Saint-Aubin ; [gravure de] Duclos ; [photogr.] Réunion des Musées nationaux - 1



wtorek, 6 sierpnia 2013

Jak dobrze wstać...

Tradycyjni Japończycy jadają na śniadanie zupę miso z kawałkami tofu i krążkami pora, do tego ryż, ewentualnie rybę pozostałą z kolacji. Francuzi zalewają czarną kawą chrupiącego rogalika lub bagietkę z dżemem. 
Polak drzewiej chłeptał zupę mleczną z makaronem (ach, te kożuchy zaplątane pomiędzy kolanka) albo babciną zacierkę (smaczniejsza wersja, choć równie nieodporna na ścinanie się mleka). Jeśli miało się w rodzinie rannego ptaszka, na stół wjeżdżały świeże bułeczki, obowiązkowo z wędliną, żółtym serem, ostatecznie "białym".

Obecnie niezdrowa przedwojenna tradycja walczy o lepsze z dietetyczną kartonową nowoczesnością. Bułki, szynki i kiełbachy, które mocno dzierżą rząd żołądków, kontra zdrowie i uroda (ponoć!), czyli musli z zimnym lub lekko podgrzanym mlekiem (żegnajcie kożuchy!), jogurty, owoce. Zresztą co ja tu będę generalizować. Nasz naród reguł nie lubi i je po prostu to, co mu w... lodówce gra.

Jako nieodrodna przedstawicielka nacji z fantazją chętnie zjem na śniadanie zupę z pokrzyw i kaczkę w buraczkach, jednak mam taką wersję menu, która zasługuje na miano ulubionej, powtarza się dość często i mieści w śniadaniowych standardach. Składa się z zielonej herbaty, kakao (z miodem lipowym, bo jakże by inaczej) i solidnej porcji szarlotki na kruchym cieście.




Jabłka bywają zastępowane przez jagody, brzoskwinie, morele. Kruchy spód i wierzch pozostają identyczne w swym boskim smaku (prawie identyczne, bo przecie każdy kucharz wie, że wystarczy zmienić mąkę, dodać więcej śmietany lub piec 10 minut dłużej a smak będzie nieco inny).
Kakao (wyłącznie cedzone przez sitko) w sezonie letnim bywa wyparte przez mus truskawkowy, miseczkę borówek lub malin.

Taki posiłek nie jest po japońsku zdrowy, ani po francusku skromny, ale po epikurejsku przyjemny. Przyjemność na śniadanie - to moje motto o poranku. Organizm (oj, niesmaczne słowo), maszyneria (wręcz niejadalne), no po prostu bezbronne, kruche ciało, którym należy się opiekować, będzie wdzięczne i chętne do życia. Zresztą masło, brązowy cukier i pieczone owoce są pożywieniem naturalnym i jako takie źródłem energii (pozytywnej). Uff, trochę się zmęczyłam kuciem tej teorii i ustawianiem nawiasów.

Kuję dalej, póki kakao gorące. Moje zasady epikurejsko-metafizycznego początku dnia:

1. Idealnie, gdy dzień zaczyna się wtedy, gdy dusza sama wraca z wędrówki po preriach (jak mawiają Indianie), bambusowych laskach lub francuskich parkach (jak twierdzą inni), a nie ściąga ją stamtąd w trybie pilnym budzik w telefonie.

2. Następnie ciało potrzebuje być napojone zieloną herbatą, a dusza przejrzeć ulubione albumy, jakieś Impresjoniści wokół Paryża, jakieś Sztuka życia w Prowansji, Japońskie ryciny i Secesje... Wszystko domaga się wdzięcznej uwagi, od rana, od zarania dnia (co było pierwsze - "rano" czy "zaranie"?)

3. Śniadanie nie musi być zdrowe, lekkie, dietetyczne, choć od biedy może. Ważne, by już sama myśl o nim smakowała, a zmaterializowane zapewniało takie doznania, by mieć ochotę na powtórkę menu jutro i pojutrze.

4. Ze śniadaniem nie wolno się śpieszyć. Jeśli nie ma wystarczająco dużo czasu na docenienie pokarmu i własnych myśli, lepiej darować sobie poranny posiłek i poczekać na rozkosze obiadu lub kolacji, a w głodnym międzyczasie skupić się na korzyściach minidiety (poczucie silnej, ba, żelaznej woli, panowania nad własnym życiem, kształtem ciała; takie tam dyktatorskie przyjemności).

5. Śniadanie (jak wszystko inne) winno posiadać walory estetyczne i artystyczne, czyli odbywać się w odpowiednich miejscach. Pożądane - angielskie ogrody, ukwiecone tarasy, balkony na wysokich piętrach; satysfakcjonujące - ulubione wnętrza z widokiem na... ryciny z widokiem na... Niezbędne do osiągnięcia pełni ukontentowania są ładne, oryginalne naczynia. (Temat wymaga osobnego rozwinięcia.)

6. Towarzystwo mile widziane, choć nieobowiązkowe. Własne należy uważać za wystarczająco atrakcyjne (poranna afirmacja).

7. Dokonawszy ablucji i odziawszy się można po takim budującym poranku lecieć w świat.

Powinnam zaniechać ostatniej metafory, ale zasłaniając się lekkim zamroczeniem umysłu spowodowanym panującą w mieszkaniu od kilku tygodni temperaturą 30C, dodam, iż każdy początek dnia jest jak pełen sił i entuzjazmu młodzian idący za rękę ze szlachetną, wrażliwą dziewicą* oczywiście ku słońcu w zenicie. Warto od czasu do czasu się przyłączyć. :)

Atrybuty przypisano płciom przypadkowo, można zamienić.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Piorunujące wrażenia

Właśnie przeleciało nad Wrocławiem z południa na północ stadko chińskich smoków, władców deszczu. Jeden z nich był tak dobry i zapozował przez ułamek sekundy.


piątek, 21 czerwca 2013

Przystanek Alaska

Przed wylotem Spidera na konferencję na Alaskę, Bee, która zna juesej jedynie z filmów i seriali, instruuje:
- Tylko nie łaź tam nigdzie po nocach, bo wiesz, te amerykańskie miasta...niebezpieczne dzielnice... gangi... handlarze narkotyków... handlarze bronią... 
- Dobrze, dobrze.
- ...terroryści... wariaci...
- OK!
- ...femmes fatales...
- Obiecuję, że postaram się wracać do hotelu zanim zapadnie cieemnaaa nooc.

Okazało się, że w Anchorage o tej porze roku ciemność nie nastaje, gdyż występują białe noce... Spryciarz!

wtorek, 18 czerwca 2013

Bajka o irysach i malarzu

Liczyłam na długie, spokojne panowanie królewskich irysów, podczas którego rozkwitnie sztuka ... kwitnienia, a wierni poddani będą mogli do woli napawać się kolorem, kształtem, fakturą, zapachem, przesłaniem...
W ogrodzie botanicznym było zatrzęsienie irysów w tym roku. Dziesiątkami gatunków i odmian, falujących zalotnie rokokowymi sukienkami, skrzących się drobinami złota i srebra, obsadzono długie rabaty wzdłuż ścieżek i trawników. Chowajcie się wschodnie kobierce i siedmiobarwne tęcze!



Niestety, czerwiec anno Domini 2013 okazał się wyjątkowo burzliwym czasem rządów. Irysy toczyły nieustające boje z wrednym zimnem, paskudnym deszczem i wstrętnym wiatrem. Wyszły z tych walk poszarpane, zbrzydłe, ale zwycięskie i już miały rozwinąć ostatnie infanckie pąki, gdy nadszedł nadgorliwy ogrodnik i ściął im łodygi u nasady zostawiając na pobojowisku smętne liście.

Nie ostałam się sama w rozczarowaniu i niepocieszeniu. Mój ogrodowy znajomy, długowłosy malarz-amator, raczej odklejony od rzeczywistości, nie dokończył przez te porządki obrazu. Zamówiła go jedna pani dając nawet zaliczkę. Oglądałam wczoraj bladobłękitne irysy na białym tle zajmujące środek i lewą stronę płótna. Prawą miały wypełnić ciemnofioletowe, ale
ten artysta maluje tylko z natury, więc obecnie ma problem, gdyż ukatrupiono mu modeli. "Jakbym wiedział, że zetną, to bym poprosił dyrekcję o dwa dodatkowe dni." Ba, gdybym wiedziała, wynajęłabym agencję ochrony. Chcąc jakoś pomóc post strasznem factum, rzekłam, iż uchował się brązowy irys na klombie najbliższym kościoła św. Krzyża, więc może by tak ten brązowy... Ale nie. Zleceniodawczyni życzyła sobie fioletowe, będzie musiała rok poczekać. Sztuka wymaga konsekwencji i poświęceń.

Owego malarza widywałam w ogrodzie w zeszłym roku. Wpatrywał się w kwitnące słoneczniki. Z bardzo bliska, z natężeniem, wplątany w wysokie łodygi, schowany w bezruchu. Można się było przestraszyć niczym gigantycznego owada.
"Współczesne wcielenie van Gogha......" - pomyślałam.

W maju rozmawialiśmy po raz pierwszy. Malował peonię drzewiastą. Powiedział, że śni mu się Gauguin i daje jakieś wskazówki. Wszystko się zgadza...
Chyba powinnam też złożyć zamówienie na parę płócien...

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Skrzypek wciąż gra...

Na "Skrzypku na dachu" zainscenizowanym na dziedzińcu zamku Topacz w podwrocławskiej Ślęzy wylądowaliśmy niespodziewanie i nieplanowanie za sprawą przyjaciółki, która przyleciała na kilka dni z Paryża i ujrzawszy wielki baner reklamujący kolejne plenerowe przedsięwzięcie Opery wrocławskiej stwierdziła, że właśnie tego punktu brakowało w naszym bogatym programie kulturalnym. (Zrezygnowałyśmy w związku z tym z uczestnictwa w wykładzie na temat pneumatyki aktora - techniczne objaśnienie pojęcia przez Spidera pomogło nam stosunkowo łatwo pogodzić się z koniecznością wyboru - oraz z koncertu chóru w Auli Leopoldina). Pewnego zagrożenia upatrywaliśmy w czarnych chmurach zalegających na niebie niczym byk na pastwisku i słupku rtęci opadającym w okolice 10C, ale zastosowaliśmy technikę pozytywnego myślenia i przyjęliśmy założenie, że w ciągu najbliższych godzin temperatura podniesie się do 25C.

Na wszelki wypadek za radą innej uczestniczki eskapady, przyjaciółki-wrocławianki, bywalczyni koncertów organizowanych w klimatycznych (ze wskazaniem na klimat arktyczny) wnętrzach "gotyckich kościołów oraz romańskich klasztorów", zaopatrzyliśmy się w koce wełniane i kurtki zimowe (przypominam, iż opisywane wydarzenia toczą się pod koniec maja). Z własnej inicjatywy zabraliśmy czapki (pod wpływem proroczej wizji wrzuciłam do plecaka nawet zapasową, która okazała się wielce przydatna), rękawiczki oraz różne pobudzacze krążenia i podkręcajki humoru (gorąca, zielona herbata i zimna, prawie czarna czekolada, żeby nie zostawić pola dla insynuacji). Nie zabraliśmy jedynie parasoli, gdyż regulamin imprezy zabraniał utrudniać widoczność innym uczestnikom.

Arcypunktualnie dotarliśmy wesołą gromadą na miejsce 45 minut przed rozpoczęciem, co z niedowierzaniem odnotowuję, gdyż w pojedynkę takie rzeczy mi się nie przytrafiają. Dało nam to możliwość przyjrzenia się przerobionym na luksusowy obiekt hotelowy powozowni, stajni (gdyby poprzedni mieszkańcy mogli to zobaczyć!), rządcówce, nadal remontowanemu renesansowemu dworowi oraz przespacerowania się po parku.

Następnie uwaga nasza skupiła się niepodzielnie na spiętrzonych na scenie drewnianych zabudowaniach Anatewki i rozwijającej się akcji oraz odrobinę na szczelniejszym owijaniu się kocami. W samą porę nadeszła przerwa, podczas której pokrzepiliśmy się i odbyli sesję fotograficzną w czapkach (która będzie ilustrować maj w kalendarzach na 2014 rozpowszechnianych przez ambasady polskie wśród zagranicznych nacji celem utwierdzenia ich w przekonaniu, iż w Polsce występują niedźwiedzie polarne i pingwiny).

Po przerwie okazało się, że wiatr przegnał chmury i nad Anatewką zaświecił najprawdziwszy księżyc w pełni, a nad widownią prawdziwe gwiazdy. Dla takich niezwykłych zderzeń kultury i natury warto wyprowadzać sztukę z budynków. (Uważam nawet, że olbrzymią widownię byłoby warto wznieść dla samego spektaklu, jakim uraczyła nas przyroda. Bowiem po kontemplacji kosmicznego piękna ciał niebieskich, przyszła pora na podziwianie harców w stratosferze - wiatr przesuwał pierzaste łąki i góry z chmur przed księżycową lampą fundując Ziemianom perspektywę metafizyczną.)

***



Wrocławskiej inscenizacji musicalu brakowało w moim odczuciu żywiołowości i energii, jakiegoś "wespół w zespół", zaś postaci Tewjego Mleczarza w wykonaniu Bogusława Szynalskiego wdzięku czy charyzmy, jego głos/interpretacje brzmiały często zbyt jednostajnie. Podobało mi się kilka duetów w drugim akcie, zachwycił ciekawy głos Katarzyny Haras w roli średniej córki Hudel, muzyka wiele razy zabrzmiała pięknie. Do imponującego rozmachu operowych produkcji jesteśmy we Wrocławiu przyzwyczajeni. Drugi akt wypadł zdecydowanie lepiej niż pierwszy.

Opowiedziana w baśniowej konwencji (bez bajkowego happy endu) historia rodziny Tewje Mleczarza bawi za sprawą na przemian rzewnie tkliwej i ujmująco radosnej muzyki oraz wciąż zabawnych tekstów piosenek i dialogów ("kiedy Żyd je kurę, to albo Żyd, albo kura musi być chora"). Jej przekaz okazuje się jednak niezwykle pojemny. Uniwersalny apel o życzliwość, szacunek dla drugiego człowieka, dla innej nacji. Wieczne tułaczki narodu żydowskiego rezonują z peregrynacjami współczesnych emigrantów, co świetnie opisała HollyWydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce czy we Francji pokazują jak bardzo aktualna jest opozycja pomiędzy orędownikami kultywowania tradycji, obyczajów, które mogą stanowić o tożsamości, dawać oparcie, poczucie bezpieczeństwa, gdy zabraknie gruntu lub korzeni a zwolennikami zniesienia sztywnych zasad i reguł, kiedy w grę wchodzi indywidualne szczęście.

***

Część widzów ruszyła z kopyta na parkingi, jeszcze przed końcowymi ukłonami... Nam się nie śpieszyło, wyjeżdżaliśmy pół godziny, co tylko wzmocniło jeden z najważniejszych składników indywidualnej szczęśliwości: przebywanie w dobrym towarzystwie.

niedziela, 2 czerwca 2013

Inżynier a teatr nowoczesny

Po wizycie w teatrze na skomplikowanej, nowoczesnej inscenizacji.
BEE (do Spidera): Podziel się ze mną swoimi refleksjami.
SPIDER (ponuro): Ja jestem prostym inżynierem i nie miewam refleksji, tylko uwagi techniczne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...