wtorek, 25 września 2012

Pogwarki o ... sztuce



Zebrało się Spiderowi na czułości na ławce w parku w Sceaux.
- To było jak Pocałunek Rodina - rzekła Bee.
- Ale całuję lepiej niż Rodin?

poniedziałek, 24 września 2012

Bonjour Paris! Witaj słodka Francjo!





Na gorąco odnotowuję, że gapienie się na paryskie kamienice i klomby, wystawy sklepowe i kawiarniane ogródki, obserwowanie pędzącego trotuarami i siedzącego na ławkach w parku życia nadal ekscytuje me dziecięce serce.

Paryż nie zmienił się w ciągu pół roku naszego niewidzenia. Nadal się przyjaźnimy. Zresztą z jego perspektywy czymże jest kilka miesięcy!

Widziałam z daleka mrugającą światłami Piękność Eiffla. Z bliska Łuk Triumfalny i Pola Elizejskie - pierwszy nadal stoi niewzruszony wśród szaleństwa pojazdów meandrujących po Placu Charlesa de Gaulle`a, drugie nieustająco epatują swoją monumentalnością i niepozbawionym uroku egocentryzmem, czyli świata pępkowatością.

Od bieżącego tygodnia rusza jesienno-zimowy sezon kulturalny, zaczyna się paryska ekspozycyjna rozpusta. Ostrzę ząbki i pazurki, znaczy skręcam zwoje i przecieram okulary na kilka wystaw - "Impresjonizm i modę" w Muzeum Orsay, "Edwarda Hoppera" i "Cyganerię" w Grand Palais, "Paryż oczami Hollywoodu" w Hotel de Ville. To na początek.

Przywitaliśmy się już ze starym znajomym - parkiem w Sceaux, za którym tęskniłam. Poczyniliśmy nowe znajomości - z pałacykiem Aleksandra Dumasa ojca Chateau Monte-Cristo i miastem Le Vesinet, które mam oczywiście zamiar opisać, ale oczywiście nie obiecuję, że tak się stanie ;)


Parc de Sceaux
Jako smakosz dobrego jadła i napoju, daleka krewna Gargantuy i Pantagruela, cieszę się wielce, że znalazłam się znowu w Krainie Serem Stojącą, Masłem Ociekającą i Winem Płynącą, Kraju Celebracji Kolacji, Raju Świadomej i Nieświadomej Nieustającej Konsumpcji.

Dzień zaczynamy od rogalików opieczonych przez chwilę w piekarniku celem dodania niebiańskiej chrupkości oraz serów twardych, miękkich, z białym i zielonym porostem pleśni tudzież innych, jakie Francuz w koneserskim szale stworzył. Szkoda czasu na tradycyjne dżemy, tym bardziej, że już na drugie śniadanie pogryzamy błyszczącą czekoladę wytwarzaną z kakao z Ghany lub Dominikany. Dla kulinarnej odmiany chadzamy na obiady do japońskiej restauracji, prowadzonej przez Chińczyków, gdzie sushi przyrządza czarnoskóry. Mieszanka narodowościowa, której nie podejrzewałabym o dobre efekty w tej dziedzinie... A jednak! Na kolację chrupiące bagietki z masłem Charentes-Poitou (brzmi też dobrze), sałatka z batawii, pomidorów, koziego sera i oliwy, sery i wino. A w szafce spoczywają w oczekiwaniu na swoją kolej ulubione magdalenki St. Michel... A na półkach sklepowych mrugają tłuszczykiem gęsie wątróbki...
Nie wiem, czy Francja okaże się słodka, na pewno będzie pysznie i tłusto.
I bardzo kulturalnie.


Nasza dzienna porcja ;)

sobota, 15 września 2012

Ogrody Gaudiego, cz.II

Odmówiłam opuszczenia Katalonii, dopóki nie zobaczę Parku Güell, więc ostatniego dnia pobytu zapuściliśmy się samochodem na strome, wąskie ulice dzielnicy Barcelony sąsiadującej z parkiem. Takich podjazdów, jak żyję, nie widziałam. A pokonaliśmy dwukrotnie autem alpejską przełęcz Grand Saint Bernard... TO kwalifikowało się tylko dla roweru wysokogórskiego i łydek Lance`a Armstronga po podwójnej dawce dopingu, którego zresztą nie stosuje. Gdyby z przyczyny spacerującego kota, kąpiącego się wróbla, przechodzącej drogę staruszki przyszło nam stanąć, w górę już byśmy nie ruszyli. Szczęśliwie szosa była pusta, więc jeszcze trochę lawirowaliśmy wśród wyrzeczeń Spidera, że on wolałby spokojnie pociągiem do Placu Catalunia, a potem metrem, wówczas jednak nie odkrylibyśmy położonej na wzgórzach, klimatycznej, nieturystycznej Barcelony, wtrąciłam, aż znaleźliśmy w końcu wolne miejsce parkingowe i wkroczyliśmy w świat baśni Gaudiego - domów z piernika, wież cukiernika, doryckich kolumnad dźwigających mozaikowe pontony, stalaktytów ściekających z głów kariatyd...




Park powstał w latach 1900-1914 na zlecenie hrabiego Eusebiego Güella i miał być częścią ekskluzywnego osiedla. Projekt nie wypalił pomimo genialnego położenia i wielkiej urody i mimo tego, że pomysłodawca w ramach działań reklamowych zamieszkał osobiście w jednej z willi oraz przekonał Gaudiego do zakupu kolejnej. Dziś można zwiedzać dom-muzeum, w którym architekt spędził z rodziną dwadzieścia lat (1906-1926).




Przybytek odwiedzany jest przez tysiące ludzi dziennie, o czym świadczą gęsto zaludnione zdjęcia. Do fotografii ze smokiem uformowała się samozwańcza kolejka, domagająca się okrzykami, aby nie robić tłoku wokół, lecz czekać cierpliwie na sam na sam z baśniowym stworem.



Zwiedzanie to ciężka praca, regeneracja na ławach zaprojektowanych przez Gaudiego wielce wskazana. Jego artystyczne szaleństwo było kontrolowane. Olbrzymią wagę przywiązywał do wygody użytkownika. Kamienne ławki zostały stworzone do półleżącego lenistwa w słońcu, nic nie ciśnie, nie uwiera, nagrzane, gładkie mozaiki są przyjemne w dotyku. Deszcz spływał przez widoczne otwory, eliptyczne guzy chroniły szanowną niewymowną przed zamoczeniem.
Gaudi był prekursorem sztuki z recyklingu. Płytki do swoich mozaik potrafił podobno zbierać w wyburzanych budynkach.

Do zobaczenia, Antonio!! Wybaczam Ci ... już Ty wiesz co.


P.S. Dzięki otwartym umysłom i odwadze barcelońskich inwestorów tamtej niezwykłej epoki, zarówno prywatnych, jak państwowych i kościelnych, Gaudi mógł realizować swoje fantastyczne wizje, budować swoje ogrody wyobraźni.
Nazwiska zleceniodawców przetrwały w nazwach powstałych domów, pałaców, parków. Boczną furtką weszli do nieba zasłużonych dla sztuki. Mają swoją malutką działkę nieśmiertelności obok hektarów Gaudiego. Hmm, wygląda na to, że nieśmiertelność można kupić, tylko trzeba mieć odwagę i refleks, poza funduszami rzecz jasna ;)

wtorek, 4 września 2012

Ogrody Gaudiego, cz.I

Casa Mila, kamienica zaprojektowana przez Gaudiego dla barcelońskiej burżuazji - małżonków Mila, powstała w latach 1906-1912. Zwana ze względu na charakterystyczny wygląd fasad i dziedzińców kamieniołomem - La Pedrera - była pod wieloma względami innowacyjna, co ściągnęło na nią gromy miejscowych intelektualistów.

Pani Mila również nie poznała się na geniuszu Gaudiego. Po jego śmierci  kazała przeprojektować wnętrza. Odznaczała się odrobiną przyzwoitości lub brakiem odwagi, więc nie zrobiła tego za życia twórcy. Muzy musiały narobić nie lada rwetesu na Parnasie, nazrzędzić się Apollinowi, że ten w końcu ruszył się z rydwanu i interweniował, i ocalił panoramiczny taras na dachu budynku.

Japońskie i chińskie kamienne ogrody przywodzą na myśl trwanie, niezmienność, stałość wśród szaleństwa przyrody poddanej nieustającym zmianom pór roku, nieuchronnemu procesowi wzrostu, kwitnienia, zamierania. 
Gaudi stworzył kamienny ogród sztuki, który może symbolizować trwanie idei, myśli i niczym wehikuł czasu przenosi w mi(s)tyczny bezczas. Gorąco polecam tę chwilę lewitacji nad dachami Barcelony.









sobota, 25 sierpnia 2012

Sesja, Secesja, Barcelona

Z Langwedocji do Katalonii jest tak blisko, że grzechem byłoby nie zawitać na kilka dni, aby dać się sponiewierać falom na Costa Brava oraz pozwolić obmyć falom secesji w Barcelonie. Secesji jedynej w swoim rodzaju, niepowtarzalnej, twórczo podążającej za tajemnicami gotyku oraz różnorodnością i szaleństwem form stworzonych przez naturę. Znów szczęśliwy mariaż Sztuki i Natury, czyli to, co pszczółki lubią najbardziej! Tak zapadłam na zespół barcelońskiego modernisme`u, schorzenie objawiające się oczopląsem, zadartą na stałe głową i brakiem kontaktu z ziemią, przyśpieszonym biciem serca pomimo wstrzymywanego oddechu, nagłymi przypływami serotoniny do mózgu itd.
Przedstawiam poniżej w dużym skrócie przyczyny choroby, ze szczególnym wskazaniem na Gaudiego.

Casa Amatller



Casa Lleo Morera


Casa Batllo (Gaudi)

Casa Batllo w środku. Warto zaprzyjaźnić się z przewodnikiem ze słuchawki, bo opowiada zajmująco.


Kamienny ogród na dachu Casa Batllo
Falująca secesja
Casa Mila, zwany Kamieniołomem - La Pedrera (Gaudi)
Palau del Baro de Quadras, czyli Pałac Barona Quadrasa, obecnie Casa Asia - centrum współpracy azjatycko-hiszpańsko-katalońskiej

Casa Terrades
Trafiło się cudeńko w bocznej ulicy Eixample`i

Głównemu podejrzanemu o zarażanie niewinnych dziewcząt;) poświęcony zostanie oddzielny wpis.

środa, 22 sierpnia 2012

Areszt za jeden uśmiech?

Gawędzili zupełnie niedawno Bee ze Szwagrem i Bratem Szwagra na temat częstotliwości występowania uśmiechu na twarzach różnych nacji w warunkach miejskich i wiejskich. Bee opowiadała, jak przyjemnie jej było na wakacjach we Francji, gdy ludzie młodzi i starsi mijani w miasteczkach lub wioseczkach obdarzali ją nagle i niespodziewanie sympatycznym uśmiechem. Brat Szwagra, mieszkający w okolicach Liverpoolu twierdził, że w angielskim narodzie życzliwość dla bliźniego i siebie samego utrzymuje się również na przyzwoitym poziomie. Szwagier dorzucił, że we Wrocławiu nie jest źle w porównaniu z Warszawką. Bee nie zgodziła się co do Wrocławia, napomknęła również, jaką zgrozę, podejrzenia o niecne zamiary i ochotę wyrwania sztachety z najbliższego płotu budzi wśród mieszkańców polskiej wsi uśmiechający się przybysz z zewnątrz. Rozmowę przerwało roześmiane od ucha do ucha Dziecko.

Brat Szwagra udał się za dni kilka do Warszawy i gdy szedł trotuarem przypomniała mu się powyższa konwersacja, więc postanowił wykazać się przyjazną inicjatywą, zaświecić przykładem, przy okazji zbadać empirycznie, jak wygląda sytuacja w stolicy. Traf chciał, że w momencie, gdy poczuł się gotowym na eksperyment, napatoczył się policjant i Brat Szwagra obdarzył go serdecznym uśmiechem...

W odpowiedzi usłyszał ponure:
- Co się głupio śmiejesz?

Roztropnie nie podjął dyskusji z władzą.

P.S. Obiekt, na którym przeprowadzono próbę, nie został najszczęśliwiej wybrany, choć niewątpliwie jest reprezentatywny dla swojej grupy zawodowej, udzielił jednakże interesującej podpowiedzi - cieszyć się na ulicy do siebie lub innych jest GŁUPIO! A dlaczego? Rozwinięcie we własnym zakresie ;)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Powrót do Pont du Gard

We Wrocławiu początek kolejnej epoki lodowcowej, wieją mroźne wiatry znad Syberii, gnają po niebie góry chmur. Czyżby już nastał czas, aby schować klapki z Lidla (wciąż służą:) i odszukać w szafach kozaczki z Ginzy?

Celem rozgrzania się nie tylko kubkiem kakao z miodem lipowym, zasiadłam do oglądania świeżych wspomnień z wakacji. W zgrabiałe myśli wpadły obrazki spod rzymskiego akweduktu Pont du Gard. O błogie, ulotne chwile, gdy było gorąco jak w przedsionku piekła! Jestem zainteresowana ponownym zstąpieniem.


System mostów i tuneli o całkowitej długości 50 km wybudowali Rzymianie w I wieku p.n.e., żeby doprowadzić wodę ze źródła w Uzes do Nîmes. Akwedukt Pont du Gard jest doskonale zachowanym fragmentem tej konstrukcji, ma 49 metrów wysokości i robi wrażenie swoją wielkością, ale przede wszystkim naturalnym, organicznym pięknem i harmonijnym wkomponowaniem w otoczenie. Wygląda, jakby stał tam nie od dwóch tysięcy, ale dwóch milionów lat i został ukształtowany nie ręką człowieka, lecz przez siły natury, jak dookolne skały. (Geologu, nie irytuj się. Nie mam bladego pojęcia, z jakiego okresu pochodzą skały.)


Antyczne budowle i lazurowe niebo tworzą idealną całość. Podkreślają wspólnymi siłami nieskończoność czasu i przestrzeni.


Rzeka Gardon


Dzikie kąpielisko w cieniu akweduktu. Temperatura wody dla zuchwałych - oscyluje wokół 18C.


W dłuższym cieniu strzeżone kąpielisko i kajakowisko.


Jak na Francję przystało - nie mogło zabraknąć restauracji i platanów.


Jest i muzeum, doskonały przykład gatunku "jak z niczego zrobić interesującą ekspozycję", którą to umiejętność Francuzi opanowali do perfekcji. Opowiada historię akweduktu i rzymskiego zamiłowania do wody. Urzekły mnie kilkuminutowe filmy z serii "Sztuka wody" pokazujące ocalałe fragmenty starożytnych ogrodów, term, mozaik i płynącą, ciurkającą, przelewającą się przez nie wodę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...