| Zdjęcie pożyczyłam z internetu, na moim było ładniejsze niebo, słabsza reszta, ale też nie zadałam sobie trudu stosownego oddalenia się od obiektu, jak autor powyższego :( |
Beta zadbała o reklamę w Europie Środkowej ;)
Jechaliśmy od strony Rennes. Bretania żegnała nas deszczem, Normandia powitała bladym błękitem. Klasztor wybudowany na szczycie skalistej wysepki, połączonej z lądem groblą, widać z odległości kilkunastu kilometrów i jest to obraz wywołujący przemarsz mrówek po kręgosłupie, wart trzynastogodzinnego lotu z innego kontynentu. Wraz z położonym u stóp miasteczkiem wygląda jak nienaturalnych rozmiarów grzyb, który wyrósł na plaży, w dodatku do góry nogami... nogą. To wertykalna przygoda dla oka pośrodku płaskiego horyzontu. Połączenie pięknego kaprysu przyrody z wyobraźnią, inteligencją i uporem człowieka.
Samochód zostawiliśmy na parkingu poniżej grobli, otrzymaliśmy karteczkę z ostrzeżeniem, że należy go stamtąd zabrać do godziny 19, w przeciwnym razie dotkliwie doświadczy niezwykłego zjawiska przypływów w Zatoce Mont-Saint-Michel.
Tylu Japończyków, co w uliczce prowadzącej do bram opactwa, widywaliśmy naraz tylko w Japonii. Japońskie studentki, małżeństwa z dziećmi, emerytki. Z rana było pewnie jeszcze więcej, ale autokary uwiozły ich z powrotem do stolicy, gdzie rozejdą się po znacznie szerszym obszarze i będą sprawiać wrażenie, że z powodu kryzysu zaniechali turystyki.
W sklepach z pamiątkami pracują Japonki, jedna z nich zdradziła, że przyjeżdża tu na weekendy z Paryża, żeby obsługiwać rodaków. Napisy informowały o możliwości przesłania zakupionych dóbr bezpośrednio ze sklepu do Kraju Trzęsącej Się Ziemi. Frontem do klienta nielubiącego dźwigać ciężkich toreb. W restauracjach, dwóch małych muzeach, klasztorze atakowały napisy w języku japońskim, co stanowiło frajdę dla Spidera, który z zapałem je literował i tak się zapędził w odświeżaniu hiragany, że prawie wziął japońskiego audiogajda.
W klasztorze trafiło nam się jak ślepym kurom ziarnko (pardon, Spiderku) - oprowadzanie w języku angielskim tylko dla nas dwojga (zalety listopadowej turystyki). Nasza przewodniczka - starsza, postawna Francuzka w adidasach i obszernej kurtce przeciwdeszczowej - odznaczała się dużą wiedzą, jeszcze większą pewnością siebie i niewielką tolerancją na hałasy. Przeszkadzały jej wszelkie odgłosy zewnętrzne, może poza skrzeczeniem mew, w każdym razie tego ostatniego nie skomentowała. Wykorzystując pozycję "gospodyni" kategorycznym "SZSZSZZZZZ!!!" uciszała wszystkich przeszkadzających jej w wykonywaniu pracy - głośniej rozmawiających, zwyczajnie mówiących, śmiejących się, tupiących obcasami (What a noisy shoes!), robiących zdjęcia z trzaskiem flesza, Japończyków, Francuzów (French groups are the worst!), dzieci, ludzi w sile wieku i staruszków. Sama przy tym perorowała tak donośnie, że słyszał ją Archanioł Michał na szczycie klasztornej wieży.
Jej asertywność wprawiała nas w lekkie zakłopotanie, gdyż upominani taksowali nas badawczymi spojrzeniami, czyśmy przypadkiem nie księstwem Yale w trakcie prywatnej tury.
Dla swojej dwuosobowej grupy przewodniczka była miła i troskliwa niczym kwoka dla kurczątek (wytrzymajcie jeszcze chwilę w szponach drobiowej metaforyki;), ostrzegała przed zdradzieckimi progami i schodami, dzieliła się szczodrze wiedzą, sprawdzała stan naszej odpytując, które sale są romańskie, które gotyckie, które mieszane i w jakich proporcjach. Po tej wizycie jesteśmy ekspertami od obu stylów.
Nie widzieliśmy, niestety, przypływu, gdyż poranny był zbyt rano, a wieczorny zbyt po ciemku. Musimy w związku z tym wrócić do Mont-Saint-Michel.











