piątek, 2 grudnia 2011

Wszędobylskie jarmarki

W Rennes, stolicy Bretanii, na placu przed historycznym gmachem parlamentu bretońskiego, obecnie mieszczącym sąd, trafiliśmy na jarmark. Nie zaskoczyło nas to szczególnie, bowiem od połowy listopada począwszy, od Normandii po Lazurowe Wybrzeże, trwa we Francji szaleństwo bożonarodzeniowych kiermaszów, podczas których można obkupić się w najpyszniejsze produkty Kraju Smakoszy, takie jak gęsie wątróbki, sery, wina, czekolady i wiele innych, nabyć oryginalne bądź dziwaczne rękodzieło na prezent, poprawić krążenie krwi kubkiem grzanego wina i zmusić żołądek do tytanicznej pracy nad daniem z żelaznego jarmarkowego repertuaru jak tartiflette czy churros ;)


Bezkresna równina tartiflette - dania wymyślonego w latach 80. celem podniesienia sprzedaży sera Reblochon
Grzanemu winu mówimy: Tak!



Smażonym na głębokim oleju churros - bombie kalorycznej rodem z Hiszpanii - mówimy: Innym razem..., bo znajomi czekają z kolacją.

czwartek, 1 grudnia 2011

FIP rządzi

Aldona i Blue Birds of Blanka z albumu Sonnet wypuszczonego w 2011. Po raz pierwszy zasłyszana w FIPie, a jakże!, Polka mieszkająca i tworząca we Francji, nie odżegnująca się od ojczystego języka.


środa, 30 listopada 2011

We mgle

Z Vitré udaliśmy się do położonego kilka kilometrów dalej, gotycko majaczącego we mgle Château des Rochers-Sévigné. W pełnym słońcu widzieliśmy już tyle zamków, obfotografowaliśmy tyle pałaców na tle nieskazitelnego błękitu, że zmiana scenerii podziałała odświeżająco na wyobraźnię.

Zamek od strony ogrodu francuskiego zaprojektowanego przez Le Notre`a

i od "podwórka"

Posiadłość upodobała sobie Madame de Sévigné, autorka sławnej korespondencji, dzięki której mgła spowijająca wiek XVII jest nieco rzadsza. W ponad tysiącu listów, w przeważającej większości adresowanych do córki, lecz kopiowanych i czytanych przez znacznie szersze grono czytelnicze jeszcze za życia autorki, dowcipnie komentowała m.in. wydarzenia towarzyskie, kulturalne, polityczne z życia dworu Króla Słońce Ludwika XIV, relacjonowała obyczaje panujące wśród arystokracji stołecznej i prowincjonalnej.


W powyższym kałamarzu pracowicie maczała pióro

W kasie siedziała miła pani, bileterka i przewodniczka w jednej osobie, mieszkanka pobliskiego Vitré. Byliśmy jedynymi chętnymi na turę o godzinie 15.15 - uroki zwiedzania w listopadzie. W tak kameralnym gronie obejrzeliśmy wnętrze kaplicy i dwie komnaty w baszcie, gdzie zgromadzono trochę mebli z czasów pisarki, kilka pamiątek po niej, portretów rodziny i sąsiadów. Najciekawszym eksponatem jest naturalnej wielkości portret Madame z roku 1644, w którym ukończyła 18 lat i poślubiła, wygląda na to, że z miłości, Henri`ego de Sévigné. Obraz przedstawia świeżą, piękną, szczęśliwą młodą kobietę. (Co ciekawe, zdradza sporo cech indywidualnych, odbiegając od powszechnej wówczas maniery wpasowywania obiektu w obowiązujący ideał piękna, na który składały się małe usta, duże oczy o niewidocznych rzęsach, pulchne twarzyczki o lekko zarysowanym drugim podbródku, krągłe ciała. W rezultacie wszystkie comtessy, duchessy i madamy wyglądają jak jedna i ta sama osoba w różnych sukienkach.

Ciśnie się kolejna dygresja, jak mało wspólnego z ówczesnym ma obecnie lansowany kanon kobiecej urody. Ostały się ino duże oczy. Cała reszta udała się na przeciwległe bieguny. Idealne usta przełomu wieków XX/XXI winny być napompowane niczym dętki na sekundę przed pęknięciem, ciała wyssane z tłuszczu metodą dowolną. Moim zdaniem idealny byłby brak ideałów w tej materii ;)

Zamek stanowi własność prywatną księcia czy innego earla, który mieszka tu wraz z małżonką, ich dorosłe dzieci przedłożyły różnorodność Paryża nad spokój prowincji. Podwórze z rozległym trawnikiem, zabudowania nieopodal, większość angielskiego ogrodu należą do klubu golfowego. Wstęp za bramę tylko na chwilę z przewodniczką, żeby spojrzeć na zamek od drugiej strony. Na koniec zostaliśmy sami w parku, po którym błądziliśmy niczym parweniuszowe dzieci we mgle, natykając się co krok na tabliczki "teren prywatny earla", "teren klubu golfowego". Jakbyśmy trafili do nieba ... o ograniczonym zasięgu...

wtorek, 29 listopada 2011

Pogwarki motoryzacyjne

Spider przekonuje Bee do zakupu nowego samochodu:

- Tak sobie spokojnie żyjesz... Ty wszystkich przeżyjesz. Jeszcze będziesz miała niejednego męża... A po mnie ci najwyżej zostanie Qashqai...

Le crétin!!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Vitré, czyli o domach i ludziach

W weekend udaliśmy się z przyjacielską wizytą do Bretanii. Niestety, Bretania nie była akurat usposobiona towarzysko i schowała się przed nami we mgle.

Na pierwszy ogień poszło średniowieczne miasteczko Vitré. Obecność wspaniale zachowanych zabudowań o konstrukcji szkieletowej odnotowaliśmy na równi z posezonowym deficytem turystów oraz ewidentnym brakiem ludności użytkującej owe zabudowania. Stopień wyludnienia był tak wysoki, iż nabraliśmy podejrzeń, że jakaś straszliwa epidemia zebrała tu okrutne żniwo.

Pusto wokół zamku

... na placach

i ulicach...

Przywykliśmy do tego, że w sobotnie popołudnia na paryskich rues, avenues i boulevards kwitnie najbujniej życie. Kto żyw, rusza w miasto metrem, rerem, rowerem, landroverem, żeby poprzerzucać ciuszki w butikach i sieciówkach, obejrzeć nowości w galeriach i muzeach, posiedzieć na chodniku, znaczy w kawiarni, skonsumować ogromny talerz sałaty, przyrządzonej przez kogokolwiek, byle nie własnymi rękami, zaopatrzyć się na wieczór w "smakołyki" z cukierni lub u Chińczyka (pozwoliłam sobie wstawić cudzysłów, gdyż nader często te pierwsze lepiej wyglądają niż smakują, drugie lepiej pachną niż smakują ;).

Dopiero znajomi w Rennes uspokoili nas, że z populacją Vitré wszystko w normie. Dżuma, cholera i czarna ospa nie gościły tam od wieków, po prostu w godzinach 12-14 mieszkańcy jadają własnoręcznie przyrządzony lunch, we własnym domu, w towarzystwie własnej rodziny, gdyż w tygodniu nie mają czasu na kultywowanie przy wspólnych posiłkach wartości rodzinnych. Interpretacja tak urocza, że ... zarzućmy wszelki sceptycyzm i trzymajmy się jej.

środa, 23 listopada 2011

Niespodzianka

Spider: Postanowiłem wprowadzić więcej elementu niespodzianki do naszego związku.
Bee: Suupeeer!
Spider: To czym mam cię zaskoczyć?

I to było na tyle :)

wtorek, 22 listopada 2011

FIP, FIP HURRA!!!

Radio FIP odkryłam kilka dni po przyjeździe do Francji i zakochałam się od pierwszego słyszenia. Przez kolejny rok nawet nie przemknęło mi przez myśl, żeby zmienić stację. Z przykrością rozstawałam się z nim na noc lub wychodząc z domu. Spider byłby zazdrosny, gdyby nie popadł w to samo uzależnienie. To jedyne radio, jakie znam, które W OGÓLE nie emituje reklam, gra wszystkie gatunki muzyczne POZA popem, a utwory pochodzą zawsze z wysokiej półki.
Znudzić się nim nie można, bo co kilka minut wyciąga z kapelusza - pięknego klasyka, ambitną nowość, interesujący eksperyment, niezwykłego twórcę. Po Jimie Morrisonie, następuje klimatyczny jazz z lat 40., potem Beethoven, Coldplay, wspaniałości ze Szwecji, bossa nova, afrykańskie bębny, urocza Doris Day, współczesna muzyka chińska, razu pewnego Anna Maria Jopek.

Poniżej nowość z Francji i wspaniałość ze Szwecji, czyli The Dø i Jenny Wilson, odkryte dzięki FIPowi.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...